poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Bestia" rozdz. 3

Ul. Strzelna 18.

 Czyli co spowodowało, że Zelo nie pojawił się następnego dnia w szkole.

 Zespół: B.A.P.
Paringi: -brak-
Typ: Backstory, Gen
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Junhong) 



"Umarł" kołatało mi się w głowie na zmianę z... "Ktoś go zamordował".


Czemu tak strasznie się bałem? Bo co dzień chodzę do tej szkoły, wracam późno... A gdyby zamiast profesora, to był Youngjae? Albo ja?

Youngjae...
Jak ja go dziś okropnie traktowałem.
Tak nie postępują przyjaciele, ani trochę.

Zarzuciłem torbę na ramię i puściłem się pędem w kierunku wyjścia ze szkoły. Po drodze jednak, ktoś złapał mnie za koszulę, tak, że o mało nie straciłem zupełnie równowagi.

To ten nowy historyk.
- W statusie szkoły mówią coś chyba, o zakazie biegania po korytarzach? - mruknął, a ja wraz z jego oddechem, poczułem zapach dymu papierosowego. Nie taki zły, jak mama mówiła.
- Chyba mówią, psorze, ale śpieszę się przeprosić przyjaciela. - wystękałem rozpaczliwie, modląc się w głębi, żeby Young jeszcze nie wyszedł.
Nowy zasępił się.
- Dobrego przyjaciela? - spytał, mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem.
Skinąłem tylko szybko głową, nie dając mu odetchnąć od wyczekującego spojrzenia...
- Biegnij, byle szybko. Ale jak już przeprosisz, masz się do mnie zgłosić, jasne? - z surowym wyrazem twarzy wypuścił skrawek mojej koszuli.
- Się rozumie! - wrzasnąłem, ułamek sekundy później, kontynuując swój sprint.
Mógłbym przysiądz, że się za mną gapił. No ale teraz to nie ważne.

- Youngjae!! - wrzasnąłem z całej siły.

Nie obrócił się.
Ponowiłem krzyk i tym razem poskutkowało.
Gdy tylko dobiegłem do mojego kochanego przyjaciela, jakoś tak... łzy same wcisnęły mi się do oczu. Nie mogłem na jego widok powstrzymać emocji, które aż wydzierały się ze mnie przy choćby oddechu.
- Young... - nie dokończyłem, kiedy dzieliły nas już może dwa kroki. Po prostu rzuciłem się na niego, wtuliłem jak syn w tatę, kiedy bardzo się boi.
- Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.- wyrecytowałem na jednym wydechu, starając się wytłumaczyć wszystkie moje uczucia. Oczywiście było to niewykonalne, ale zawsze warto próbować, czemu nie...
- Nie szkodzi.
Te słowa dotarły do mnie jakby wcześniej niż ich sens. "Nie szkodzi"? Tak po prostu "wybaczam"? Mimo, że traktowałem go gorzej niż śmieć, serio?

Oh Youngjae... nie mogłem sobie wymarzyć lepszego przyjaciela. Potrzebowałem go przytulić. A po jego policzkach właśnie w tym momencie potoczyły się łzy.

Czemu płaczesz, przyjacielu?
C-co... co się stało?
On... on jest taki wrażliwy.

Sięgnąłem dłonią jego okrągłej buzi i przetarłem małe kropelki, które się po niej sączyły. Przykro mi było, gdy musiałem patrzeć na płacz kogoś bliskiego. Kogoś jak Youngjae. Mojego najlepszego przyjaciela.

- Muszę lecieć, przepraszam, ale wezwał mnie ten nowy z historii. Do zobaczenia jutro, Young! - krzyknąłem machając mu, a on uśmiechnął się, odmachał mi i wyszedł.
Kamień spadł mi z serca.


Podchodząc do drzwi gabinetu tego nowego, muszę przyznać, trochę się bałem. Nie żeby mógł mi coś zrobić, ale... miał w sobie coś niepokojącego.

Na szczęście nie przypominał seryjnego mordercy.
Ledwo nacisnąwszy klamkę, z głębi pokoju rozległ się jego głos.
- Śmiało. - ponaglił mnie, a ja już bez namysłu popchnąłem drzwi i przekroczyłem próg gabinetu historyka. Nieco zdziwił mnie widok w środku, zatrzymałem się i nieskładnie burknąłem "dzień dobry".
Blond facet, nasz nowy nauczyciel, siedział na biurku z rękoma opartymi o kolana, w bluzie i narzuconym niestarannie na głowę kapturze. Profesor Kyunghae na pewno nie przyjmował tak uczniów, chociaż tego nie wiem. Nigdy nie byłem wzywany osobiście do niczyjego gabinetu.
Nowy widząc mnie uśmiechnął się.
- Siadaj, gdzie chcesz. - mruknął, ale ten pomruk brzmiał bardziej jak warczenie. Mimo wszystko permanentnie się uśmiechał i chyba tylko dlatego ciągle byłem spokojny.
Zająłem miejsce na małe sofie po jego lewej i złączyłem kolana. Zawsze to robię, kiedy jetem trochę poddenerwowany.
Milczeliśmy.
Ja nie miałem odwagi się odezwać, on wyglądał jakby nad czymś się grubo zastanawiał.
Wizualnie był... niezły. Żeby nie powiedzieć, że był po prostu przystojny. Blond grzywka spływała wzdłuż jego skroni i kończyła się gdzieś przy linii szczęki. Obserwowałem go sobie tak bezkarnie, aż w końcu chrząknął znacząco, tak, że ja niemal podskoczyłem. Zapiekły mnie policzki. "Widział...?" przemknęło mi przez myśl.
- Nad tym będziesz jeszcze musiał popracować. - profesor sapnął zerwanym śmiechem i zsunął się z biurka, stając nade mną.
- Mianowicie? - burknąłem sam nie mając pojęcia o czym ten człowiek mówi.
- Mianowicie, nad sztuką niedostrzegalnej obserwacji. - pochylił się niżej i.. ku memu wielkiemu zaskoczeniu po prostu, bez jakichkolwiek ograniczeń pstryknął mnie w nos. Jak kolega.
Z wyrazem twarzy niedorozwiniętej fretki odprowadziłem go wzrokiem, gdy przeszedł w kierunku niewielkiej gablotki, ulokowanej poniżej wentylatora. Wlepił w niego wzrok, ale  tylko tak, jakby chciał po prostu bezcelowo się w coś pogapić. Zwłaszcza, że w gablotce były tylko stare słowniki i encyklopedie historyczne Kyunghae.
A ten facet przede mną, na pewno nie był historykiem.
- Co wiesz o Wojnach Napoleońskich? - zaatakował mnie w końcu, odwracając się z impetem.
Zamarłem. Mimo wiedzy, jaka wypełniała moją głowę, nie byłem w stanie nic powiedzieć.
- Yym... no too... - bełkotałem, ale nic istotnego nie wyszło z moich ust.
- Mhm, panowanie nad stresem też u Ciebie leży. - wydawało mi się, że lepiej byłoby, żebym zapadł się w tą sofę po czubek głowy.
O co mu chodziło? Kim ten facet był? I dlaczego mówił do mnie tak, jakbym był jego... no nie wiem, młodszym bratem?
- Kim pan jest? - mruknąłem w końcu, ale zaskoczyło mnie jak bardzo nie potrafiłem przy nim zapanować nad głosem.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko.
- Jutro, w ramach kary za brak wiedzy historycznej... - tutaj nachylił się nad moim uchem i wyszeptał szczegółowe polecenie.
Bardzo dziwne polecenie. Zupełnie nie mogłem zrozumieć po co.
- Zrozumiałeś? - jego wzrok przeszył mnie na prawdę przenikliwie, a głos wydawał mi się nawet zbyt poważny jak do sytuacji.
- No tak, ale... mogę wiedzieć, cze...? - nie zdążyłem skończyć, uniemożliwił mi to, układając palec wskazujący na w pół otwartych ustach. Posłałem mu najbardziej pytający wzrok na jaki było mnie stać.
- Nie, nie możesz. Ale dowiesz się. Przyjdzie na to czas. - tęczówki tego blondyna błyszczały dziko. Na prawdę niezwykle. Tak, że nie mogłem skupić się na żadnym innym czynniku.
- N-no dobrze... - poddałem się.
Był zadowolony.
Widać to było w sposobie w jaki na mnie patrzył.
Było w nim coś, co wykraczało ponad zasady. Sam mężczyzna wydawał się schludny i porządny, ale jeśli spojrzeć w jego iskrzące się ślepia, traci się poczucie bezpieczeństwa. Magnetyzm działa na prawdę mocno, ale równocześnie zasiewa w sercu niepokój. Jeden z tych, gdy zbliża się burza z piorunami. Tak właśnie się czułem, kiedy wlepiał we mnie wzrok. Jakby niebo w moim umyśle zaczynały powoli, ale nieuchronnie zalewać ciemne, purpurowe chmury.
- Ale to będzie znaczyło... - wyrwałem się jeszcze, pragnąc jakichkolwiek wytłumaczeń. - Że nie przyjdzie pan do szkoły?
- Mhm, wolno mi. - roześmiał się. Jak on się niespotykanie śmiał.
- Ale jak to? - jego zachowanie nie dawało mi spokoju.
To jasne, że z historią ten człowiek nie miał nic wspólnego, ale w takim razie kim był? Dlaczego mnie akurat wybrał? Przecież ja... ja się zupełnie nie wyróżniam spośród tłumu. Poza wzrostem. Bo od tego blondyna byłem wyższy. Jednak mimo zdawania sobie sprawy z tego faktu, nie potrafiłem wyciągnąć z tego ani krzty pewności siebie. Pławił wszelkie zalążki rodzącej się we mnie dociekliwości, tylko jednym spojrzeniem.
No dobrze, był po prostu niezwykły.
Zupełnie niespotykany człowiek.
-  A tak to... mnie wolno wszystko. - najwyraźniej bardzo rozbawiony własnym stwierdzeniem roześmiał się zrywnie i nierytmicznie, po czym wygonił mnie gestem dłoni. - No ale teraz już spadaj mały, no, sio! Chcę mieć chwilę dla siebie.

Nie odpowiedziałem.


Jedyne, co byłem w stanie zrobić to wstać i grzecznie wykonać jego polecenie. Nie byłem pewien czy to co się dzieje, jest prawdziwe. A może to jeden z tych realistycznych snów, gdzie jesteś w stanie półświadomości?


Zatrzymałem się w drzwiach. Nie mogłem wyjść.

Po prostu, złapałem coś na kształt blokady.

You shall not pass.


Odwrócił się w moją stronę, wyłapałem to po charakterystycznym świśnięciu powietrza.

Jedyny odgłos, jaki rozlegał się przez moment w pokoju, to jego oddech. Własnego w ogól nie słyszałem, w sumie, to nawet nie byłem pewien czy oddycham. Jego ciche sapanie, w końcu zatrzymało się. Nabrał powietrza i ze świstem skierował do mnie kilka słów:
- A więc nie możesz wytrzymać? - zjechał głosem w dół, wcale nie intonując pytania, a jednak czułem, że wymaga odpowiedzi.
- Mhm. - pokiwałem głową. - Nie wiem nawet, kogo będę miał jutro szukać. Nawet nie mam informacji, o kogo pytać w razie czegoś tam... - tak na prawdę to jedynie ciekawość, zżerała mnie od środka.
Wcale nie przywiązywałem wagi do tego jak poradzę sobie z jego osobliwym poleceniem. Chciałem po prostu wiedzieć jak ma na imię. I "dowiesz się wszystkiego w swoim czasie" zaczynało mnie lekko irytować.
- Cała ta sytuacja jest typowa wyłącznie dla mnie, więc po pierwszych słowach jakie im powiesz, skierują Cię do mnie. Nie masz się czego obawiać. - odparł bezuczuciowo, nawet nie spoglądając w moją stronę.

Chwila.

Jeśli zachowuje się jak mój kolega i tak mnie też traktuje, to nie widzę powodu, dla którego ja nie mógłbym zachowywać się tak samo.
Podszedłem do niego najpewniej jak potrafiłem, lekko chwyciłem go za materiał bluzy i przyciągnąłem do siebie. Wzrostem górowałem, niewiele ale jednak znacząco. Na tyle, by każdy normalny czuł się wyższy. A ja dalej nie potrafiłem spojrzeć na niego z góry.
- Kim Ty jesteś? - spytałem i choć miałem zamiar zabrzmieć stanowczo, wyszła z tego jakaś żałośnie rozpaczliwa prośba.

Blondyn patrzył.

Nic więcej.
No i to mu wystarczało.
To pewne siebie, zaciekłe spojrzenie zwalało z nóg. Im dłużej przebywałem z nim w jednym pokoju, tym dziwniejsze emocje we mnie wywoływał.
- Bardzo chcesz wiedzieć? - rozległo się w końcu, a wibracje jego głosu napełniły pokój, jak ciepła smoła, beznadziejną zieloną beczkę.
Wydawało się, jakby sposób w jaki go trzymałem go zadowalał. Sprawiał wrażenie dumnego.
- Jeśli powiem "siadaj", co zrobisz? - rzucił głośno, tak, że pewnie w pokoju obok słyszeli go wyraźnie.

Nie odpowiedziałem.

Nie mogłem odpowiedzieć.
I ja, i on wiedzieliśmy jaka jest odpowiedź.

- Co zrobisz? - naciskał.

- Usiądę. - sam byłem zaskoczony tonem swojego głosu. Brzmiałem... groźnie?
- Powinieneś mi przyjebać. - puściłem go i pytając o milion rzeczy naraz swym spojrzeniem, odsunąłem się o krok.
- C-co...?
- Nigdy... nie. NIGDY..! - wrzasnął, a mnie ponownie zapiekły policzki. - nie dawaj sobie rozkazywać. Kiedy się tego nauczysz, będziemy rozmawiać.
Jego wzrok osiadł na mnie, ale tym razem poczułem w nim jakąś pogardę.
- A teraz zejdź mi z oczu. - machnął bez zainteresowania. - Nie chcę Cię już widzieć...
Zamurowało mnie. Poczułem się źle. Jak ktoś zupełnie bezsensowny. Jak...
- Śmieć. - mruknął blondyn, rzucając mi krótkie spojrzenie.

Wzdrygnąłem się.

Bo chociaż tego nie powiedział, wiedziałem to doskonale.
Moje życie nieodwracalnie się zmienia.
I to zupełnie bez mojej woli.


To nie była rzeczywistość, w której żyłem. Wszystko to co zobaczyłem, usłyszałem i poczułem w tym pokoju, nie należało do mojego świata. To było mi tak bardzo obce...
A już jutro moje zadanie od historyka, miało to zmienić.
Najbardziej męczyło mnie jednak tylko to jedno pytanie.
"Ciekawe kim on tak na prawdę jest...?"


Biedy Kyunghae.

Wróciłem do domy późno. Za późno. Od progu zaatakowało mnie gniewne spojrzenie ojca.
- Gdzie byłeś tak długo?
- Zatrzymał mnie.. - nie byłem pewien, czy powinienem mu mówić cokolwiek. - Profesor od chemii.
- Od chemii? - mina ojca wyrażała dokładnie to jak bardzo był tym zaskoczony.
- Noo... chciał, żebym pomógł Youngowi w ostatnich tematach. Zupełnie sobie nie radzi. - skrzywiłem się z politowaniem i wyminąłem skołowanego rodziciela, pędząc po schodach do swojego pokoju.
Znalazłszy się już w moim małym azylu, zatrzasnąłem drzwi i odetchnąłem ciężko. Nigdy nie kłamałem ojcu prosto w oczy. Zupełnie nie wiedziałem co się ze mną działo.
Rozłożyłem na biurku pierwszą-lepszą książkę porwaną z plecaka, a sam otworzyłem laptop, siadając z nim na kolanach na podłodze.
- Liceum... nr. 6... - mruczałem, szukając strony oficjalnej naszej szkoły. Może tam będzie cokolwiek na temat tego nowego...
Gówno. Jak wszystko na tej stronie.
Oczywiście nikomu nie chciało się zaktualizować danych, przez co w spisie nauczycieli rubryczka "historia" nadal świeciła nazwiskiem zamordowanego Kyunghae.
- Niech to szlag! - uderzyłem pięścią w podłogę, a na schodach dało się słyszeć ciche tupanie.
"Szlaaag!" powtórzyłem w myślach podrywając się momentalnie z podłogi, zamykając laptop i niedbale rzucając go na łóżko. Sekundę później siedziałem już przy biurko i "czytając" losowy podręcznik. Drzwi do pokoju skrzypiąc, otworzyły się.
- Junhong... coś się stało?
- Nie n-niee nie. Nic tato. - machnąłem ręką, nawet nie odwracając wzroku od książki.
- Jeśli tak, to ucz się dalej, dziecko. - mruknął przyjaznym głosem i opuścił pokój.

Opadłem na podręcznik i głośno wypuściłem z siebie powietrze. Serce waliło mi jak szalone, wszystkie żyły wybijały zwariowane tętno. 


Jutro.


Jutro wszystko będzie inne.


Wyciągnąłem z szuflady kartkę z notatnika i długopis, i zapisałem na niej adres podany mi przez historyka, tak na wszelki wypadek, gdybym zapomniał.


"Ul. Strzelna 18"


Nie wiedziałem kogo tam znajdę, ale tylko jak bardzo wszystko się wtedy zmieni.

Ale nie miałem wyjścia.
Poza tym... nie bałem się.
Czułem tylko dziwny rodzaj czegoś na kształt stresu. Jak trema przed występem

Gdy w nocy leżałem w łóżku, nie mogłem nawet zmrużyć oka. Cały czas miałem w głowie wizję tamtej rozmowy z nowym. 


"- Co zrobisz?

- Usiądę.
- A powinieneś..."
Rozpraszałem te urywki wspomnień i starałem się zasnąć. Zaraz jednak wracały, uparcie jak ćmy do światła.
W końcu odpłynąłem, nawet nie pamiętam, w którym momencie. Po prostu nagle obudził mnie alarm z komórki i głos matki, wołającej mnie na śniadanie.

- Ja pierdole... - podniosłem się do siadu i przeczesałem włosy.


To już za chwilę.



T.B.C.
Sai

No proszę was serdecznie, teraz tylko zasada COK* i jazda do przodu ~! ^-^


_______________________________
*COK - Czytam Oceniam Komentuję












\

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Droubble series pt. 2

Po drugie: Ucz się (całe życie)
Czyli chemia jest wśród nas. Pomysł żywcem zaczerpnięty z życia szkolnego, zapraszam.
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Fluff, Droubble
Narracja: Trzecioosobowa

- Wiesz co!? Wiesz co!? Wiesz co!? - Minzy z zacieszonym ryjkiem doskoczyła do łóżka swej kochanki o 7:00 rano, wskakując na nią i siadając na jej biodrach okrakiem.
- Czy Ty nie masz dla mnie ani trochę litości... - wysyczała półprzytomna raperka, rozklejając powieki.
- Ale wymyśliłam coś fajnego...
- No co takiego...?
- Wiesz, że CL to chlor, prawda?
- Nie, jestem blondynką do sześcianu, wiesz?
- No dobra dobra... no i wiesz, jak nazywają się związki innych pierwiastków z chlorem?
- Chlorki?
- Brawo, jednak myślisz nad ranem! - Minzy nie tracąc zapału zaklaskała w ręce. - To teraz popatrz na moje imię. Można je skrócić do Mn, co nie?
- Mm...
- Mn to symbol manganu.
- Nnnggg....
- CL czy Ty śpisz...?
- Nie niee...
- Wiesz do czego zmierzam?
- Właśnie... - wymruczała raperka - Ani trochę....
Minji z zawiedzioną miną westchnęła znacząco w kierunku liderki. W końcu darując sobie rozbudowaną grę w zgadywanki, położyła się na ukochanej, głowę układając wygodnie na jej piersiach.
- Jesteśmy chlorkiem manganu... - rzuciła tylko, mrużąc powieki.
Szybko jednak uśmiech wpłynął na jej usta, gdy wyczuła smukłą dłoń sunącą wzdłuż jej kręgosłupa.
- Mhm... ale to zdecydowanie związek mało reaktywny... - sprostowała blondynka, oplatając Minzy głębiej.
Chcąc udowodnić, że przecież wcale tak nie jest, fioletowowłosa własnoręcznie przymusiła rozespaną liderkę do zwiększenia swej porannej aktywności
T.B.C
Sai
Ja bym może dodała wreszcie coś poważnego, a nie się bawię w formy krótkie -_-" ehh... no ale enjoy. ~

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Boży pożar" OS. ~

"Niechaj prawa Twa ręka nie wie, co czyni lewa"

Czyli Sai nieogarnia, wypluwa swoją złość i obrzydzenie wszystkim dookoła, przy okazji wyrażając swój chołd dla Taekwona.
Zespół: VIXX
Paring: LeoBin
Typ: One Shot, Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Hongbina)

Takich rzeczy gazety nie opisują.
Żadna stacja telewizyjna tego nie relacjonuje.
Takie rzeczy są zakazane.
Boją się tego służby porządkowe.
Uciekają przed tym dzieci.
To chore.

Straż pożarna wyła żałośnie, zajeżdżając pod topiący się w płomieniach budynek. Kilku mężczyzn wysiadło z wozu i puściło się pędem w kierunku wejścia, reszta rozkładała wąż hydrauliczny. Ale są gorsze rzeczy niż pożar.
Wkrótce zjechały się media i kamery, sierowane na jedyne okno, nie zalane jeszcze falą ognia. Tam stałem.

Skok?

To nic trudnego.
Ale wtedy bym uciekł. A to już poważny problem.

Ogniste języki, zaczynały już łechtać niemoralnie moje plecy, nogi. Włosy zapewne pozwijały się od gorąca. Dym przedzierał się przez moją tchawicę i napełniał płuca zupełnie wbrew woli, jak brutalny kochanek szuka wyłącznie spełnienia.

Ciepły, zimny, ciepły... zimny, zimny... zimny.

Głowa sygnalizowała, że ma zamiar wybuchnąć. Ręce pokryły się sadzą, spodnie nieprzyjemnie tliły.

Odwróciłem się.

Jego oczy błyszczały wśrod dymu, pożółkłe zęby stroiły się w niewinną krew. Prześliczne, duże oczy... i ten miły uśmiech.

Ktoś wrzeszczał. Infantylne słowa  rzucane na wiatr pobrzmiewały głosami  rozpaczy i strachu.
To co dzieje się w pokoju, to rzeźnia. On patrzy tymi pięknymi ślepiami. A w tym samym momencie wciska dłoń pomiędzy jelita, już po raz któryś z kolei.

- Zabiłeś mi dom.
Sam już nie kontroluję swojego spalonego głosu.

On nadal z uśmiechem wyciąga ze swego brzucha, fragmenty zmiażdżonych żeber.

- Teraz mnie też zabijesz.
Ciała współlokatorów bezradnie rozrzucone wokół niego, zalewały podłogę szkarłatną taflą.

- I Ty też zginiesz.

Wstał.
Wnętrzności wypłynęły z rozprutego brzucha, zawisły bezwładnie w powietrzu. Zastanawiałem się jakim cudem on jeszcze chodzi.
Jego nadpalona skóra czerniała z sekundy na sekundę. Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając kroki. Osmolona podłoga trzeszczała niebezpiecznie, krew sączyła się po jego nagich, przypalonych udach. Gdy znalazł się tuż przy oknie, zszedłem z parapetu.
Wrzaski ludzi z frontu, gdy zniknąłem z ich pola widzenia, wyrażał niejednoznaczną radość i niepokój. Strażacy tupali głośno, błądząc w zwęglonych szczątkach przeszłości.

Przylgnął do mnie całym sobą, jego śliskie wnętrzności lepko ocierały się o mój brzuch.
Zakrwawionymi wargami delikatnie jak promienie wiosennego słońca mnie pocałował. Wokół dym mieszał się z odorem płonących wnętrzności i gorącej krwi.
Oplotłem jego szyję, delikatnie gładząc  kruche, rozpadające się włosy, zwęglone ramiona, oplecione strużkami parującej, karmazynowej cieczy.

Płakał.
A w sumie, to nie, jego oczy same wypuszczały z siebie potoki znikających po ułamku sekundy łez. Nie było sensu  ich zcałowywać.
Powiodłem wierzchem palców po jego osmolonych żebrach, wątrobie, nerkach. Wsunąłem pomiędzy nie opuszki, już po chwili całą dłoń, aż po nadgarstek.
- Umrzesz.

Uniosłem wzrok spowrotem na jego twarz. Uśmiech jak skurcz go nie opuszczał, jednak oczy ukazywały już wyłącznie białka. Źrenice wraz z tęczówkami zniknęły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, a płomienie już po chwili pożarły go w całości, rozjątrzając rany na moich przedramionach. Osunął się na podłogę, w połowie spalony. Zmieszał się z resztą, proch z jego ciała utopił się w krwi ofiar. Sięgnąłem jego głowy i powoli rozdrapałem zwęgloną skórę, połamałem czaszkę odłamkiem szkła z rozbitego okna, w którym wcześniej stałem.
Ostrożnie wsunąłem dłonie przez wyrwę, wyjąłem ociekający krwią mózg.

Po chwili strażacy, reporterzy oraz gapie, mogli znów zobaczyć mnie w oknie.
Uniosłem narząd nad głowę, rozdrobniłem go i pozwoliłem mu opaść na ziemię oraz przerażony, panikujący motłoch.

- Bierzcie... i jedzcie. Oto jest ciało waszego boga. ~

THE END
Sai

Jest rozkmina .-. Twory przedsenne. Do zobaczenia i komentujcie tą pulsującą kontrowersję. .-.

środa, 4 grudnia 2013

Dadadaam ~!

Po pierwsze: Nie zdradzaj.

Czyli pierwsze yuri na tym blogu oooo! Specjalnie dla Wujka Filipka.~
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Droubble, Fluff/Komedia
Narracja: Trzecioosobowa

- Miin... - raperka wymruczała nad uchem dziewczyny, obejmując ją w pasie i wtulając się w jej plecy.
- Hm? Na co znów wpadłaś? - odparła ta, nawet nie odrywając wzroku od telefonu.
- Na nic, aaa... Z kim tak piszesz...?
- Uhmm... Z nikim ważnym.
- Z menago? - liderka wydała z siebie krótki brecht.
Młodsza posłała jej wymowne spojżenie, wywróciłam oczami z miną "Siwonie, ratuj" i powróciła do stukania w ekran telefonu.
Po chwilk milczenia znów rozległ się dźwięk głosu CL.
- Mizny, zdradzasz mnie?
- ...
- Min, pytam serio!
- Jasne, z trzema naraz...
- WIEDZIAŁAM! - zakrzyknęła blondynka, jednym szybkim ruchem wgryzając się w ucho młodszej.
- KURWA CL! Jesteś nienormalna! - wrzasnęła zaatakowana, w momencie odpychając dziewczynę od siebie.
- Nauczysz się, może czegoś...
- O Jezu, przecież żartowałam... nigdy Cię nie zdradziłam, nawet z Amber. - Minzy wróciła do wcześniejszego miejsca, w którym siedziała.
- Na pewno?
- Tak, na pewno...
- Tak na 100%?
- Nawet na 200%.
- Aha! Ale na 1000 to już niee? - warknęła starsza.
- Boże, CL... na 1000 i więcej, nigdy przenigdy nie widziałam innej nagiej kobiety. - Minzy teatralnie przyłożyła dłoń do serca, w geście przysięgi.
- ... Wiesz... - blondynka pokręciła pobłażliwie głową.
- No co znowu?!
- Nie sądziłam, że wolisz ze zgaszonym światłem...
- CE-ELL!!!

Od tej pory Minzy gasiła światło, dopóki liderka jej nie przeprosiła.

T.B.C.
Sai

Będzie mini seria tego typu opowiadań z tym dokładnie OTP, wszystkie droubble (po 200 słów), żałosne i mało ambitne. Enjoy! ^-^