Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OneShot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą OneShot. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2014

"Not Only P.T.J." ~ OneShot

Szybciej.

Czyli wyścig z czasem i sofa w morku.
Zespół: B.T.S
Paringi: V-Kook
Typ: SMUT, LEMON, OS
Narracja: Trzecioosobowa

- Chodź, szybciej!
Niedelikatnie szarpie go za rękę, mkną jak małe chochliki.
- Chyba ktoś tu szedł...
- No to szybko!
Zatrzymują się na moment, dotarli do rozwidlenia. Taehyung wychyla się niepostrzeżenie, zerka w prawo, potem w lewo, nikogo - rusza pędem, wlokąc za sobą Jeongguka.
- Hyung, szybciej, chyba kogoś słyszałem!
Obracają się w biegu, rozglądają, pędzą bez opamiętania. Nikogo, na szczęście. Wbiegają za kulisy, jeden chaotycznymi ruchami odgarnia pudła i ciuchy z sofy, drugi drżącymi dłońmi przekręca klucz w zamku zatrzaśniętych pośpiesznie drzwi. Koniec końców, przerwa w nagrywaniu nie trwa długo.
Pstryk.
Teraz jest tylko ciemność i oni. Intuicynie czują swoją obecność, Jung Kook stojący przy drzwiach odwraca się i szybkim, pewnym krokiem podchodzi do siedzącego na częściowo odgraconej sofie. Siada okrakiem na jego kolanach, podciąga koszulkę do góry, starszy pospieszającym ruchem zszarpuje ją chłopcu z ramion. Uwolniwszy ręce, Kookie zarzuca je na szyję V, mierzwiąc bezcelowo jego włosy i delikatnie kręcąc ósemki biodrami.
- Hyung szybko...
- Nie wytrzymam długo.
Uspokaja go blondyn, wpijając się zachłannie w jego usta, bez zastanowenia, czy chwili zwłoki wsuwa między wargi chłopca język, dłońmi już błądzi po jego nagim ciele. Wkrótce i on zostaje pozbawiony górnej części garderoby, młodszy zsuwa się zgrabnie, lądując na kolanach pomiędzy udami Tae. Niecierpliwie całuje jego brzuch, oblizuje linię spodni, rozpina je i zsuwa razem z bokserkami. Nie ma czasu na gry wstępne. V ze zmrużonymi oczami znosi to, w jaki sposób maknae sprawia, że blondyn wije biodrami, mimowolnie gwałcąc z pełnią przyjemności jego usta. Łapie się makeriału okrywającego sofę, spina wszystkie mięśnie. Kookie z wprawą molestując męskość hyunga, pozbywa się niepostrzeżenie spodni, zaraz potem bielizny. Sięga dłonią do krocza, zaciska palce w akcie desperacji. W końcu starszy łapie krucze włosy chłopca i podciąga go do góry, brutalnie atakując jego wargi, własnymi. Chłopiec bez zaproszenia wpycha się na kolana Tae, przytrzymując jego przyrodzenie przy swoim wejściu i bez jakichkolwiek przygotowań nadziewając się szybko, i boleśnie. Pocałunek tłumi głośny jęk, Jeongguk niemalże sekundę później rozpoczyna spragnione ruchy biodrami, V dotyka dłońmi jego talię, brzuch, sutki.
- TaeTae...
Kookie nieprzerwanie się porusza, otacza szyję hyunga i zaczyna szybko unosić i opuszczać biodra, nierytmicznie, z zagryzionymi wargami, ponętnie, bez pamięci. Zmęczone mięśnie odmawiają posłuszeństwa, starszy przejmuje inicjatywę, czując przy tym przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Łapie spontanicznie biodra JungKooka, sam rozpoczynając frykcyjny pościg, prędko na zmianę wypychając i cofając własne biodra. Zaciska powieki, leciutko wbija paznokcie w pośladki maknae.
- Kookie, już, już zaraz...
Tłumione stękanie obu chłopców przerodziło się już w zrywne, niekontrolowane jęki.
- Aissh!
Jeongguk szybko zsuwa się z kolan Tae, trafia idealnie w moment - wyczekany, szaleńczo pożądany. V pręży się spazmatycznie, w towarzystwie długiego stęknięcia szczytuje w buzi młodszego. Maknae nie marnuąc ani chwili przełyka aktualną zawartość policzków, wstaje, siada obok kochanka, łapie jego twarzyczkę, wpija się namiętnie w rozchylone w ekstazie usta Tae. Pocałunek się dłuży, jest spełniony i nieco uspokajający. Gdy chłopcy nieznacznie odsuwają się od siebie, między ich ustami wraz z powstałym obłoczkiem gorącego powietrza, rozciąga się strużka białawej mazi. Zaraz V łapie ją w wargi, przy okazji oblizując usta Kookiego. Dużo delikatnych, przyjemnych dreszczy. Dwójka ocierających się o siebie, wiecznie spragnionych ciał.
- A T-ty...?
Głos V drży, załamuje się lekko, jest zachrypnięty. Kookie bez odpowiedzi siada wygodniej, rozchylając powoli uda. Tae już zsunął się z sofy, usadowił między nogami JungKooka, otwiera usta, zachłannie łapie w nie naprężoną męskość maknae. Młodszy chłopiec odchyla odruchowo głowę. Chwila ta nie trwa długo, natłok emocji, pośpiech, jednak przede wszystkim tak ciepły, delikatny język Taehyunga muskający jego przyrodzenie, sprawiły, że u absolutnego szczytu przyjemności Kookie znalazł się w zaledwie kilkanaście sekund. Moment oddechu, chłopcy usiedli tuż przy sobie.
Niby to nic. Zwykłe fizyczne pragnienie, na forum zespołu nic ich przecież nie łączy. Młodszy kątem oka lustruje partnera.
Nic ich przecież nie łączy...
A jednak bezszelestnie, jakby z dużą ostrożnością unosi dłoń, powoli i wręcz niedostrzegalnie. Ciągle jeszcze nieco drży, nie umie tego do końca opanować. Niepewnie układa uniesioną łapkę na spoczywającej luźno na sofie dłoni V. Starszy nie odwraa wzroku. Jakby w ogóle nie reagował. Zaraz jednak Kookie czuje na swoich palcach leciutki, przezorny uścisk. Koniuszkami Tae gładzi mleczną skórę Jeongguka, uspokajającym, stonowanym gestem. Nagle bez ostrzeżenia wstaje, zapala światło. Kookie czuje, jakby wraz z pstryknięciem włącznika, ktoś wstrzyknął mu podwójną dawkę wstydu. Zakrył się jak tylko umiał rękami, podkulając nogi pod samą brodę. Taehyung po drodze do sofy zbiera rozrzucone ciuchy chłopca, podchodzi do niego i wyważonym gestem odsłania jego własne palce, zasłaniające większość twarzy. Dotyka go spokojnym wzrokiem.
- Ubierz się, bo zmarzniesz kochanie.
V uśmiecha się w ten swój spontanicznie niewinny sposób. Kookie unosi prawy kącik ust, chwyta ciuchy, rozkłada je. W tym momencie TaeTae wykorzystuje jego nieuwagę i delikatnie się pochylając otula jego wargi ustami.
Obaj jakby nieco zdezorientowani. Ale zastygają teraz na moment, mrużąc powieki, mrucząc cichutko.
- Chyba coś nas jednak łączy...
- No chyba tak.
A reszta świata czeka spokojnie.
Da end. ~

niedziela, 19 października 2014

"Bloody Blue" ~ One Shot

Żuki i muchy

Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)

- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.

- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?

piątek, 3 stycznia 2014

-brak tytułu-

Speszyl 4 RinYoo

Czyli wymyślmy coś dziwnego na poczekaniu, bo dongsaeng nie ma głowy do paringów.
Zespół: VIXX; Super Junior
Paring: RaWon (Siwon x Ravi)
Typ: Lemon, OS
Narracja: Trzecioosobowa

- Gdzie to cholerstwo kurwa jest? - wywrzeszczał brunet, zakładając na szerokie ramiona ciemny, granatowy płaszcz.
- No ja go raczej nie brałem, sorki, mam swój.- prychnął w odpowiedzi młodszy, również zbierając się do wyjścia, przy okazji ze stołu porywając niewielkich rozmiarów, pomarańczowy notes z nabaźgranym na okładce napisem "HEECHUL".
- Niech to szlag.. - warknął towarzysz blondyna, przeszukując kolejne sterty dokumentów i gazet.
- Jak nie ma, to wykreślisz później. - jego rozmówca beznamiętnie wzruszył ramionami, wiążąc wysokie, militarne buty.
- Łatwo Ci mówić. - prychnął głośno brunet, przeczesując palcami krótkie włosy.
Po chwili obaj wyszli z niewielkiej plomby w typowo angielskim stylu, bez słowa rozchodząc się w dwóch kierunkach.
Brunet udał się w stronę centrum miasta, skręcając w pierwszą uliczkę w prawo za salonem fryzjerskim, a jego współlokator skierował się do parku.
Chmury przesłaniały listopadowe niebo, podczas gdy dwójka skośnookich mieszkańców tego niewielkiego miasteczka przemykała przezeń niepostrzeżenie.

***

Tego samego, mglistego ranka w zupełnie innej części tego miasta, na czwartym piętrze bloku przy jednej z głównych ulic, obudził się młody chłopak. Przetarł zalepione powieki i przeciągnął się długo.
- Hakyeon... - mruknął nad uchem chłopaka, który spał tuż obok niego.
Srebrnowłosy jęknął niezadowolony i nakrył się kołdrą po sam czubek głowy.
Siedzący obok niego uśmiechnął się szeroko otaczając go ramionami i wtulając głowę w pościel otulającą jego chłopaka.
- Hakyeon wstawaj leniu, kot Ci umrze jak nie wrócisz do domu i go nie nakarmisz. - zaśmiał się chłopak, targając dłonią swe włosy koloru świeżej marchewki.
Ten argument skłonił towarzysza, do rozbudzenia się. Podniósł się ociężale i westchnął podczas przeciągania.
- Wonsik... - warknął, chcąc zapewne sprawić wrażenie poirytowanego, jednak uśmiehnął się tylko i opuścił bezsilnie ramiona. - Chodź tu.
Chudziutkie ręce srebrnowłosego otoczyły chłopaka siedzącego obok, ten wtulił się zadowolony. Za oknem zaczynał kropić deszcz.

- Do wieczora, Hakyeonnie! - rudzielec pomachał za znikającą w słocie postacią w beżowym płaszczu.
- Ya, Wonsik, do wieczora. - rzucił ten przez ramię, unosząc na chwilę dłoń, po czym wpychając ją szybko spowrotem w kieszeń płaszcza.
Stojący w progu chłopak oparł się o framugę z rozmarzonym wyrazem twarzy wpatrując się w osobę skąpaną w deszczu.

Po południu sam wyszedł na miasto, korzystając z chwilowej przerwy w deszczu, który planował najprawdopodobniej przeobrazić się w nocy w potężną ulewę.
Narzucił na siebie skórzaną kurtkę i opuścił blok, porywając jeszcze na wszelki wypadek małą, skłdaną parasolkę.
Przeszedł wzdłuż wschodniej ściany centrum miasta, przy której lokowało się jego miejsce zamieszkania i dalej, wkraczając na ścianę północną. Skierował się do swojej ulubionej piekarni, którą odwiedzał przy każdej nadarzającej się okazji.

- Dzień dobry! - rudzielec wkroczył do wnętrza sklepu, co z resztą obwieścił przyjemny dźwięk dzwoneczka przy drzwiach.
- Dzień dobry, Wonsik! - zadowolony sprzedawca podszedł do lady, racząc swojego klienta ciepłym uśmiechem. - Co podać?

Chłopak wyszedł z piekarni, ściskając w rękach czekoladowy przysmak, prosto z pieca, wciąż parujący.
Po zaczęciu jedzenia, przeszedł w jedną z węższych uliczek, która kierowała do starej siedziby miejscowego banku. Budynek był teraz wystawiony na sprzedaż.
Okolica przyciągała urokiem; przez połacie zawilgłej ziemi ciągnęły się alejki usiane kasztanami i bukami, które tego dnia sprawiały wrażenie jakby wyrastały prosto z mgły.
Chłopak dziarsko brnął przez stosy brązowych, mokrych liści spowijających dróżki przecinające las za starym budynkiem banku. Wypiek, który dzierżył w swych drobnych dłoniach, nie tracił ciepła, a tylko objętość, natomiast  czekolada, wypływająca z pomiędzy ciasta, zdobiła coraz gęściej kąciki ust i brodę rudzielca.

Brunet w granatowym płaszczu, zatrzymał się przed piekarnią. Z uśmiechem wyminął ją, kierując się do starego budynku tutejszego banku.

Wonsik niespiesznie stawiał kroki, kierując się w okolice zakładu fryzjerskiego, spod którego miał tylko kawałek z powrotem do swego bloku.
Skończył konsumowanie przepysznej bułeczki w jednej z wąskich uliczek, doprowadzających do ulic równoległych do ścian centrum.

Brunet szybkim, pewnym krokiem dobył rudego chłopca.
- Wonsik? - zapytał niskim głosem, który zdawał się zagęszczać otaczającą te dwie postaci mgłę.
- Ya, znamy się? - widać było na pierwszy rzut oka, że chłopiec o marchewkowych włosach, był sporo młodszy od swojego rozmówcy.
- Jeszcze nie. Chodź. - brunet złapał dłoń chłopaka, dużo mniejszą od własnej.

Dwie postaci przemierzały coraz mniejsze uliczki, nurkując w głębię miasteczka. Deszcz znów zaczynał padać.
- Może się gdzieś lepiej schować? - rzucił rudzielec, do mężczyzny ciągnącego go za sobą.
- Po co, to tylko deszcz. - w odpowiedzi jego nowy znajomy tylko wzruszył ramionami.
Wonsik nie miał jak jedną ręką rozłożyć parasola, więc mimowolnie pozwalał coraz liczniejszym kropelkom otulać swoją twarz.

***

Przyparty do ściany chłopak, starał się w jakiś bystry sposób wymknąć się napastnikowi, jednak siłą nie dorównywał mu nawet w marzeniach.

Szerokie ramiona otaczały rudzielca, usta bruneta atakowały jego szyję, palce wędrowały pod jego czarną koszulą.

Granatowy płaszcz i skórzana kurtka spokojnie spoczęły na mokrym asfalcie.

Pomarańczowe kosmyki przylegały do twarzy Wonsika, strużki chłodnawej wody wyznaczały trasy na ciepłej skórze chłopca.

Opierał się teraz o mur tylko plecami, brunet uniósł go, wymuszając na Wonsiku to, by oplótł chudymi nóżkami jego biodra. Chłopal chcąc, nie chcąc, musiał wykonywać jego polecenia, zdając sobie sprawę, że w przeciwnym wypadku może zostać potraktowany dużo gorzej.

Mężczyzna oblizywał zachłannie prawie każdą kroplę, która przyzdabiała nagie obojczyki rudzielca. Przyciskał go do ściany, napierając równocześnie na wrażliwe podbrzusze chłopaka, przez co ten wydawał z siebie przeróżne westchnienia.

- Krzycz... - wysapał do ucha chłopca o marchewkowych włosach, opartego łokciami o obdartą ścianę, z dłońmi przyduszonymi do otwartych ust.
Wkrótce też, rozległy się głośne okrzyki chłopaka, zgodnie z rozkazem jego napastnika.

- Hakyeon!! - wrzasnął w końcu rudzielec, wijąc się na wszystkie strony, czując kumulujące się w jego wnętrzu podniecenie.
- Nie, jak już się drzesz, to "Siwon". - mężczyzna poruszał się w nim lubieżnie, w coraz zawrotniejszym tempie.
- S-Siwon... - wydusił z siebie chłopak, racząc spragnionego gwałciciela głośnym jęknięciem.

Pot mężczyzny mieszał się z chłodnym deszczem, który rozpadał się na dobre. Ciężkie oddechy dwóch osób, w nie uczęszczanej przez nikogo uliczce, milkły w szumie spadających kropel.

Dwa parujące ciała przylegające do siebie ściśle. Jedno w drugim. Brutalne, zrywne ruchy mężczyzny. Szarpiący się pod nim, rudy chłopiec, stopniowo wydający z siebie coraz to bliższe ekstazy dźwięki.

Motyle w brzuchu, długo wyczekiwany moment, jeszcze nieco przezroczysta, biaława, lepka ciecz,  znacząca partiami mur. Rzęsisty deszcz, który w mgnieniu oka spłukuje ją ze ściany.

- Połknij.
Rudzielec trzymany z tyłu głowy za włosy, wykonał polecenie bez wyraźnych sprzeciwów.
Brunet puścił go, by zaraz znów podnieść i rozkazać.
Seria mokrych pocałunków otulających szyję mężczyzny.

Język głęboko w buzi rudzielca, palce pieszczące jego twarde z zimna sutki, dwa oddechy, łączące się w jeden.

Mgła, która spowiła mokrą od deszczu ziemię.

***

Brunet otworzył drzwi mieszkania, w którym już przebywał właściciel notatnika podpisanego imieniem Heechul.
- Znalazłem. - rzucił zadowolony blond włosy współlokator, machając przed sobą błękitnym notatnikiem, na którym wielkimi literami zapisane było "SIWON".
- Mała szmato, miałeś go cały czas. - warknął brunet z mściwym uśmiechem na ciągle rozpalonych ustach.
- Wcale nie, był w łazience pod stertą brudnych ciuchów. - Heechul wywrócił oczami, podając nowo przybyłemu jego własność.

"Wonsik..." - myślał Siwon, wykreślając jedno z wielu imion na swej liście. - "Wykreślony."

Heechul otworzył własny notatnik, oglądając listę. Wziął w dłoń czarny długopis.

"Hakyeon..." - pomyślał w duchu. - "Wykreślony."

THE END
Sai

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Boży pożar" OS. ~

"Niechaj prawa Twa ręka nie wie, co czyni lewa"

Czyli Sai nieogarnia, wypluwa swoją złość i obrzydzenie wszystkim dookoła, przy okazji wyrażając swój chołd dla Taekwona.
Zespół: VIXX
Paring: LeoBin
Typ: One Shot, Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Hongbina)

Takich rzeczy gazety nie opisują.
Żadna stacja telewizyjna tego nie relacjonuje.
Takie rzeczy są zakazane.
Boją się tego służby porządkowe.
Uciekają przed tym dzieci.
To chore.

Straż pożarna wyła żałośnie, zajeżdżając pod topiący się w płomieniach budynek. Kilku mężczyzn wysiadło z wozu i puściło się pędem w kierunku wejścia, reszta rozkładała wąż hydrauliczny. Ale są gorsze rzeczy niż pożar.
Wkrótce zjechały się media i kamery, sierowane na jedyne okno, nie zalane jeszcze falą ognia. Tam stałem.

Skok?

To nic trudnego.
Ale wtedy bym uciekł. A to już poważny problem.

Ogniste języki, zaczynały już łechtać niemoralnie moje plecy, nogi. Włosy zapewne pozwijały się od gorąca. Dym przedzierał się przez moją tchawicę i napełniał płuca zupełnie wbrew woli, jak brutalny kochanek szuka wyłącznie spełnienia.

Ciepły, zimny, ciepły... zimny, zimny... zimny.

Głowa sygnalizowała, że ma zamiar wybuchnąć. Ręce pokryły się sadzą, spodnie nieprzyjemnie tliły.

Odwróciłem się.

Jego oczy błyszczały wśrod dymu, pożółkłe zęby stroiły się w niewinną krew. Prześliczne, duże oczy... i ten miły uśmiech.

Ktoś wrzeszczał. Infantylne słowa  rzucane na wiatr pobrzmiewały głosami  rozpaczy i strachu.
To co dzieje się w pokoju, to rzeźnia. On patrzy tymi pięknymi ślepiami. A w tym samym momencie wciska dłoń pomiędzy jelita, już po raz któryś z kolei.

- Zabiłeś mi dom.
Sam już nie kontroluję swojego spalonego głosu.

On nadal z uśmiechem wyciąga ze swego brzucha, fragmenty zmiażdżonych żeber.

- Teraz mnie też zabijesz.
Ciała współlokatorów bezradnie rozrzucone wokół niego, zalewały podłogę szkarłatną taflą.

- I Ty też zginiesz.

Wstał.
Wnętrzności wypłynęły z rozprutego brzucha, zawisły bezwładnie w powietrzu. Zastanawiałem się jakim cudem on jeszcze chodzi.
Jego nadpalona skóra czerniała z sekundy na sekundę. Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając kroki. Osmolona podłoga trzeszczała niebezpiecznie, krew sączyła się po jego nagich, przypalonych udach. Gdy znalazł się tuż przy oknie, zszedłem z parapetu.
Wrzaski ludzi z frontu, gdy zniknąłem z ich pola widzenia, wyrażał niejednoznaczną radość i niepokój. Strażacy tupali głośno, błądząc w zwęglonych szczątkach przeszłości.

Przylgnął do mnie całym sobą, jego śliskie wnętrzności lepko ocierały się o mój brzuch.
Zakrwawionymi wargami delikatnie jak promienie wiosennego słońca mnie pocałował. Wokół dym mieszał się z odorem płonących wnętrzności i gorącej krwi.
Oplotłem jego szyję, delikatnie gładząc  kruche, rozpadające się włosy, zwęglone ramiona, oplecione strużkami parującej, karmazynowej cieczy.

Płakał.
A w sumie, to nie, jego oczy same wypuszczały z siebie potoki znikających po ułamku sekundy łez. Nie było sensu  ich zcałowywać.
Powiodłem wierzchem palców po jego osmolonych żebrach, wątrobie, nerkach. Wsunąłem pomiędzy nie opuszki, już po chwili całą dłoń, aż po nadgarstek.
- Umrzesz.

Uniosłem wzrok spowrotem na jego twarz. Uśmiech jak skurcz go nie opuszczał, jednak oczy ukazywały już wyłącznie białka. Źrenice wraz z tęczówkami zniknęły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, a płomienie już po chwili pożarły go w całości, rozjątrzając rany na moich przedramionach. Osunął się na podłogę, w połowie spalony. Zmieszał się z resztą, proch z jego ciała utopił się w krwi ofiar. Sięgnąłem jego głowy i powoli rozdrapałem zwęgloną skórę, połamałem czaszkę odłamkiem szkła z rozbitego okna, w którym wcześniej stałem.
Ostrożnie wsunąłem dłonie przez wyrwę, wyjąłem ociekający krwią mózg.

Po chwili strażacy, reporterzy oraz gapie, mogli znów zobaczyć mnie w oknie.
Uniosłem narząd nad głowę, rozdrobniłem go i pozwoliłem mu opaść na ziemię oraz przerażony, panikujący motłoch.

- Bierzcie... i jedzcie. Oto jest ciało waszego boga. ~

THE END
Sai

Jest rozkmina .-. Twory przedsenne. Do zobaczenia i komentujcie tą pulsującą kontrowersję. .-.

niedziela, 24 listopada 2013

"Książę z bajki" ~

Książę z bajki,

Czyli seksy, krew i ja chcę VIXX'y ;-;Zespół: VIXX
Paring: LeoHyuk

Typ: smut
Narracja: Trzecioosobowa

- Strasznie się wkopałeś, kochaniutki. - N władczo stanął nad maknae swego zespołu.
Ten westchnął tylko głęboko, zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji przegranej.
No i po co się zakładał...
Lider ciągnął chłopca korytarzami ich dormu, a ten jak szmaciana laleczka gotował się na najgorsze.
- Lidaaaaaa... - jęknął w końcu, gdy Hakyeon zamknął ich w garderobie. - Tylko nie zabawa w zamknij oczy otwórz buzię...
- SANHYUK, ZAMKNIJ SIĘ! - odparł lider z morderczym uśmiechem.
Sięgnął do szafy i wygrzebał z niej...
- N, co to ma, k u r w a, być... - maknae z lekko nieprzytomnym wyrazem twarzy wpatrywał się w trzymane przez Hakyeona ubranie.
- Oto Twoja nowa kreacja. - zakrzyknął ten i rzucił Hyukowi w ręce...
Różowo białą, lolicią, krótką sukieneczkę, z milionem kokardek, falbanek i wstążeczek.
- LIDA! NIE WŁOŻĘ TEGO, CHOĆBY KEN NAUCZYŁ SIĘ ROBIĆ AEGYO! NIE MA MOWY! - maknae wyrzucił sukienkę na podłogę i wycofał się pod ścianę.
- Nie gorączkuj się tak, słoneczko... tylko raz. - lider podniósł ciuch, otrzepał go i przyłożył go do ciała Hyuka. - Pasuje jak ulał!
- Nie zmusisz mnie! - wrzasnął rozpaczliwie, kiedy N rozpiął jego koszulę, szarpiąc się z każdym guzikiem.
W końcu maknae, w samej bieliźnie, stanął zawstydzony przed liderem.
- Hyung, błagam... - jęknął i opuścił głowę w geście przegranej.
- Hyuk, kochanie. Zakład to zakład. - N uśmiechnął się niecnie, po czym rzucił maknaesowi ubranie. - Wbijaj w to.
Chwilę później, chłopiec wyglądał zupełnie niczym... dziewczynka. Blond włosy, niestety, tylko potęgowały to wrażenie.
  OMÓJBOŻEHYUKWYGLĄDASZTAKPRZEUROCZOMOJETYKOCHANIEZGWAŁCĘCIĘCHYBA! - pisk lidera rozległ się po całym dormie.
- Lida, błaagam... - jęknął blondyn rumieniąc się po uszy.
- Leo będzie zachwycony! - starszy klasnął w dłonie.
- L-leo...hyung...? - w oczach maknae pojawiły się łzy strachu.
- Nie bój się kotek, Leo lubi małe dziewczynki. - zachichotał Hakyeon.
Drzwi od garderoby otworzyły się, dongsaeng N'a wyszedł pierwszy. Zanim jednak skierowali się do pokoju wolaka, lider przytrzymał członka swego zespołu za rękę i przygwoździł go w momencie do ściany.
- Ah, jeszcze w ramach zakładu... - mruknął i złapał w zęby dolną wargę Hyuka, wsłuchując się jak jego maknae wydaje z siebie stłumione, ciche stęknięcie.
Liderzy lubią swoich maknaesiów...
Chwilę później stali już przy drzwiach do pokoju Leo.
- Lida, nie mogę, boję się. - szepnął Sanhyuk.
- Dasz sobie radę, jakby wyciągnął spod łóżka maczetę, to wołaj. - N poklepał chłopca po plecach, po czym otworzył drzwi, przed którymi stali.
Leo spał.
Hyuk... musiał przyznać sam przed sobą, że... jego hyung wyglądał, aż dziwnie niewinnie.
Był piękny. Taki... nieskazitelny.
- Hyuk, opanuj się, spazmy zaraz będziesz miał. - Hakyeon poruszył chłopcem, a ten z permanentnie zaróżowionymi policzkami potrząsnął głową.
- Lida...
- Nie. Bez gadania. Razdwatrzy! - pisnął N i wepchnał maknae do pokoju. - Powodzenia kochanie! - rzucił jeszcze na koniec, po czym zamknął drzwi z impetem.
Rozległ się głośny trzask, a zaraz potem szczęk przekręcanego w zamku klucza.
Hyuk zamarł.
"Zamknął mnie tu." pomyślał przerażony maknae "Zamknął, w różowej sukience, tuż przy Leo".
Pochylił się do przodu i zlustrował swój wygląd.
Pozwolić tak bardzo się spedalić...
Spojrzał w kierunku śpiącego na łóżku hyunga. Dziwne, że po tyly hałasach jeszcze się nie obudził.
- Ehh... - westchnął i usiadł tuż przy nim. - Tak jak się umawialiśmy, Hakyeon... maknae zawsze dotrzymują słowa.
Pochylił się nad wokalistą. Z wielką dozą ostrożności odgarnął kosmyk włosów, zasłaniający policzek hyunga.
- Obudzisz się od pocałunku, mój książę? - wysyczał prawie niedosłyszalnie kwestię niecnie opracowaną przez lidera.
Zgiął się i na dwie sekundy ułożył usta na skórze Taekwona.
Nic.
Chłopiec poczuł wielką ulgę, już chciał opuścić pokój, gdy przypomniał sobie co zrobił N, zostawiając go tutaj.
- Kurwa... - zaklął opierajac się o drzwi i wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby.
Już moment później, jego uszu dobiegł szmer.
Odgarnianej kołdry.
Strach sparaliżował jego mięśnie.
- San.. Hyuk....? - rozległo się za  plecami maknae.
Cisza.
Gardło odmówiło mu posłuszeństwa.
Kolejny szmer.
"Wstał!" krzyczał głos głowie maknae.
Po krótkiej chwili, na ramieniu chłopca, bez jakiejkolwiek delikatności znalazła się dłoń Leo.
Maknae poczuł, że pod jej ciężarem uginają się jego kolana.
Starszy powoli obrócił go, twarzą do siebie.
Wzrok, jakim Hyuk został zaatakowany, był w stanie zabić. Oczy maknae zaszkliły się w momencie.
- L-...le-eo... hyu-...hyung... j-ja... - zaczął się jąkać, po czym w przypływie paniki złapał się kurczowo koszulki Taekwona i pisnął krótko.
Czuł, że mógłby się rozpłakać, z nadmiaru emocji i presji.
- Hyung, mianhae! Przegrałem zakład z N'em, a on kazał mi w tym stroju... tutaj... do Ciebie wbić... - maknae zaciął się kilka razy, wstrząsany falami paniki.
Leo odsunął go od siebie.
Jego wzrok nadal wypalał resztki odwagi Hyuka, jednak przysiągłby, że nieco złagodniał.
- Zakład z Hakyeonem? - powtórzył wokalista i westchnął. - I to on zamknął drzwi? - jego dźwięczny, niski głos cicho rozbrzmiewał w pokoju.
- T-tak... - wydukał dongsaeng Taekwona, nie będąc w stanie ani na chwilę spojrzeć na wyraz jego twarzy.
- Ehh... - wypłynęło z ust Leo, po czym chłopak odstąpił od młodszego, prężąc się i kładac obie ręce na karku. - Przysięgam, że kiedyś zamorduję go własnymi rękami.
Hyuk zadrżał, nie na żarty przejęty groźbą Leo posłaną liderowi. Był święcie przekonany, że jeśli hyung tak mówi, jest w stanie to zrobić.
Po chwili Taekwon ze spokojem zabarwionym jeszcze nutką irytacji podszedł spowrotem, powoli do maknae.
Chwycił w dłoń skrawek materiału sukienki, w którą wystrojony był Hyuk i uniósł sarkastycznie brwi.
- Sam to wybierał? - mruknął, po dłużącej się dla dongsaenga w nieskończoność, chwili ciszy.
W odpowiedzi, blondyn skinął tylko głową, speszony przez lidera do granic możliwości.
Leo jeszcze przez chwilę oglądał kreację chłopca, po czym zrezygnowany wrócił do swojego poprzedniego lokum, układając się w półsiadzie na łóżku.
Sanhyuk stał dalej pod drzwiami, nie podnosząc wzroku ani na moment.
Taekwon, najpierw mając zamiar zajęcia się czytaniem, rzucł spojrzenie na maknae. Wzrok, najpierw pobłażliwy i cięty, po chwili nieco się zmienił.
- Hyuk. - rzucił bezuczuciowo, sprawiając, że spanikowany chłopak uniósł przerażony wzrok na wokalistę. Ten skinął na niego, przywołując drobnym gestem do siebie.
Sanhyuk gotowy na poniesienia okrutnych tortur, na nogach jak z waty ruszył na egzekucję.
Gdy tylko dotarł do brzegu łóżka Taekwona, opuścił spowrotem głowę i zacisnął z przerazenia powieki. Po chwili jego uszu dobiegł dziwny dźwięk, jakby pocierania o coś śliskiego materiału. Otworzywszy oczy, ukazała mu się jego własna klatka piersiowa, dalej otulona materiałem sukienki. Coś było jednak nie tak.
- HYUNG! - pisnął w końcu Hyuk, dostrzegając w smukłych palcach Leo wąską, białą wstążeczkę. Należała ona do sukienki, w którą był ubrany i właśnie opuszczała przeznaczone jej miejsce; z przodu, kreacja przyozdobiona była mianowicie małym gorsecikiem, trzymajacym ją w całości.
- Hyung, przestań, proszę! - wyjęczał młodszy, uporczywie walcząc z powoli rozpinającą się sukienką.
Leo nic nie robiąc sobie z pisków dongsaenga, zwinął wstążkę i odłożył ją na bok. Złapał za krańce rękawów sukienki, w którą ubrany był Sanhyuk, po czym pociągnął mocno w swoją stronę, powodując to, że już po chwili maknae osiadł na jego kolanach.
Zaczerwieniony chłopiec odwracał głowę od hyunga, mimo wszystko będąc skrępowanym jego uściskiem.
- L-leo hyung... - wydukał, starając się ukryć spowijające jego policzki rumieńce.
- Wiń lidera. - odparł Taekwon, już po chwili zwieszając się nad leżącym na plecach maknae.
Pięść Leo zacisnęła się na blond włosach, czuł wreszcie, że ma pełną kontrolę nad młodszym. Drugą dłonią przesunął wzdłuż talii maknae. Hyuk zadrżał. Ostatnie czego się spodziewał, to taki obrót spraw. Mimo wszystko przestał się chyba aż tak rumienić, poddając się władaniu wokalisty.
Taekwon usatysfakcjonowany tym pełnym posłuszeństwem, podciągnął chłopca ku górze. Zdezorientowany dongsaeng otworzył oczy i w tym momencie jego wargi, zostały brutalnie zaatakowane przez starszego. Usta Leo, mimo że miękkie i ciepłe, w połączeniu z plączącym się między nimi językiem, i drobnymi ugryzieniami, pozwalały odkrywać Hyukowi zupełnie nowe emocje. Niepewnie uniósł delikatne ręce, zaplatając je wokół talii hyunga. Usłyszał przeciągły pomruk, wycelowany prosto we własne usta. Nigdy nie przypuszczał, że będzie świadkiem, a co dopiero sprawcą, takiego zachowania u Księcia Lodu.
Po upływie kilku sekund, Leo uchwycił młodszego w pasie, podnosząc go bez problemu i sadzając na swoich biodrach. Sam, oparty na łokciach, wyczekiwał pieszczot. Młodszy jak w transie, pozwolił instynktowi kierował swym ciałem. Właśnie dzięki temu, wiercił teraz biodrami, powodując stopniowe twardnienie przyjaciela Taekwona. Dłonie same wpłynęły pod koszulkę jego hyunga, na co Leo zareagował jedynie przymrużeniem oczu. Maknae dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dalej ma na sobie ten... krępujący strój, już i tak uszczuplony o białą tasiemkę. Na moment zaprzestając pieszczenia torsu hyunga, postarał się ściągnąć ciuch, jednak poczuł silne dłonie, łapiace go bez chwili zwłoki za nadgarstki. Rzucił Taekwonowi pytające spojrzenie.
Ten uniósł się, kładąc maknae spowrotem pod sobą i sycząc nad nim, niemal dotykając wargami jego szyi:
- Zostaw, do twarzy Ci. - po czym język starszego naznaczył mokrym śladem płatek ucha Hyuka. Na ten gest, młodszy pozwolił sobie na ciche, jednak długie jęknięcie, a następnie podciągnął ku górze koszulkę Leo.
- Ale Ty bez ubrań będziesz wyglądał lepiej, hyung. - szepnął chłopiec, na co usta Taekwona na ułamek sekundy wyplotły cień uśmiechu.
Sanhyuk nie musiał mocować się z ciuchami niedoszłego kochanka - on sam szybko się ich pozbył, pozostawiającna sobie wyłącznie luźne bokserki. Postura hyunga, nieco onieśmieliła maknae, jednak postanowił jedynie ją podziwiać, peszenie się zostawiając na kiedy indziej.
Ciepłe wargi Taekwona, wkrótce po odrzuceniu na bok zbędnych części garderoby, wylądowały na chłodnej, mlecznej skórze maknae. Bez pośpiechu, naznaczał wybrane miejsca czerwonymi, mokrymi śladami. Owocowało to rozkosznymi dla uszu wokalisty jękami, które umykały z ust Hyuka. Pieścił obojczyki i szyję blondyna, a gdy ten niecierpilwym szarpaniem biodrami upominał się o więcej, podciągnął w górę jego sukienkę, zębami zsuwając bieliznę chłopca. Ten stęknął z rozanielonym wyrazem twarzy, czując jak usta Leo bez chwili namysłu oplotły jego, powoli twardniejące, przyrodzenie.

Taekwon wyprawiał z Hyukiem co mu się żywnie podobało - poza rytmicznym poruszaniem głową w przód i tył, oblizywał jego przyjaciela, wodził wargami po całej jego długości, momentami przygryzał delikatną skórę. O dziwo, na to ostatnie blondyn reagował najintensywniej, zamykał oczy i syczał z uśmiechem. Oczywiście tylko, gdy hyung nie patrzł, nigdy nie odważyłby się być takim śmiałym, mając na sobie jego wzrok.
Wkrótce dłoń maknae powędrowała po mięśniach brzucha Leo, lądując w końcu na wypukłym miejscu na jego bokserkach. Rozległ się kolejny pomruk, ze strony starszego. Gdy znudził się masturbowaniem Hyuka, po prostu podniósł się, ciągnąc go ku sobie za włosy. Dongsaeng oplótł ramionami szyję wokalisty, przyciskając się do jego klatki piersiowej i zachęcająco kręcąc biodrami. Wymienili kilka krótkich, pobudzonych pocałunków. Leo uraczył szyję Sanhyuka namiętnym pocałunkiem, którego skutkiem był kolejny, czerwony ślad. Powiódł językiem wzdłuż linii szczęki chłopca, zaznaczył nim jego wargi.
- H-hyung, pozwól mi... - szepnął maknae, zachrypniętym już z podniecenia głosem, spoglądając wymownie na znienawidzone ubranie na sobie. Ten skinął głową, po czym Hyuk z ulgą pozbył się z siebie różowej sukienki.
Chude ciało chłopca prezentowało się teraz w całej krasie. Leo zsunął z bioder bokserki, także pozostając kompletnie.nagim.
- Słodki Siwonie..! - wyrwało się Hyukowi, zaraz jednak zasłonił dłonią usta, a na policzki powrócił utrapiony rumieniec.
Taekwon nie powstrzymał krótkiego parsknięcia śmiechu.

...

Taekwon się zaśmiał.

...

O żesz kurwa.

" Ten potwór ma we się we mnie zmieścić?!" wrzeszczał maknae w myślach, zaraz jednak za sprawą Leo, kładąc się przed nim na brzuchu, bez możliwości odwrotu. Starszy splunął ordynarnie w dłoń, lekko nawilżając nią sztywnego przjaciela, po czym nie najdelikatniejszym ruchem wsunął się między pośladki Hyuka.
Chłopiec zdarł sobie głos, zachrypniętym jęknięciem. Zacisnął zęby na pościeli i spiął wszystkie mięśnie. Leo nie pytał o zgodę. W wybranym momencie zaczął poruszać się w chłopcu, który wił się pod nim i szarpał.
Bolało, jak cholera. Od nadmiaru tarcia między członkiem Taekwona a skórą blondyna, ze środka dongsaenga wypłynęła stróżka krwi. Niczym nie zrażony hyung, tylko przyspieszył pchnięcia, ciecz nadała poślizgu, przez co Hyuk czuł nieco więcej przyjemności. Dłonie starszego osiadły na pośladkach chłopca, ściskając je i masując wedle uznania. Gdy ten zaczął intensywniej się wiercić, był to dla Leo sygnał; oplótł rękami talię kochanka i pociągnął go do góry. Jednym sprawnym ruchem obrócił go przodem do siebie. Hyuk nic nie myśląc wpił się w usta hyunga, otoczył go ramionami. Z jego inicjatywy nastąpiła kontynuacja stosunku, zaczął mianowicie poruszać biodrami w przód i w tył, dalej będąc głęboko nadzianym na Taekwona. Kilkanaście sekund później, blondyn szarpał rozpaczliwie biodrami, co moment to przylegając ściśle do ciała Tae, to odrzucając głowę w tył i prężąc się mocno. Leo, z tytułu potrzeby panowania nad sytuacją złapał biodra dongsaenga, pomagając mu w zachowaniu spójnego rytmu.
- H-HYUNG, NIE TAM! - wyjęczał w końcu Sanhyuk, czując przyrodzenie Leo uderzające w jego prostatę. Wokalista zrozumiał doskonale, ponowił ruch i już po kilku takich pchnięciach, Hyuk bez stymulowania rękami rozlał się między ich ciałami.
Taekwon na moment uspokoił ruchy i zatrzymał się, dając młodszemu moment na oddech. Moment, bo na więcej nie pozwalało mu pożądanie.
Przez tą chwilę Hyuk opadł na ramię swojego hyunga, sapiąc głośno i walcząc z wypiekami zdobiącymi jego policzek. Leo silnymi ramionami otoczył talię chłopca i po chwili wznowił pchnięcia. Tym razem poczuł coś niezwykle interesującego. Młodszy, już przy pierwszym ruchu starszego w sobie, zagryzł skórę na jego szyi, wbijając równocześnie paznokcie w skórę na jego łopatkach.
Taekwon, z przyjemności, wygiął się w łuk. Do tej formy zaspokojenia dodał szybkie pchnięcia wgłąb Hyuka. Przez fakt, że chłopiec dawał mu dużo więcej, sunąc paznokciami wzdłuż jego kręgosługa i zaznaczając tym samym czerwone ślady na jego skórze, wbijając je w pośladki hyunga oraz drobnymi ugryzieniami znacząc trasę od jego obojczyka, aż po ucho Taekwona, ten nie wytrzymał długo. W kilka minut osiągnął szczyt, napełniając Hyuka nasieniem. Ten syknął, czując jak piecze go całe wnętrze, a jednak ten ból był tak rozkoszny, że zaraz stwardniał po raz kolejny.
Spełniony Leo, wynotował ten przypływ przyjemności u maknae, szybko pomógł mu, osadzając wargi na jego członku. Zagryzł go, na co Hyuk stęknął niekontrolowanie, już po chwili wystrzeliwszy wewnątrz ust Taekwona.
Dwa razy... aż za dużo jak na jeden dzień.
Mięśnie maknae dopier teraz puściły, prawie nieprzytomny rozłożył się wygodnie pod hyungiem. Ten nachylił się nad nim jeszcze na moment, przygryzł jego dolną wargę w krótkim pocałunku.
Hyuk nie zareagował, jedynie westchnął cicho przez nos.
Hyung wstał, nagi podszedł do okna, otworzył je. Z szafki obok wyciągnął paczkę zielonych LD.
Nikt w zespole nie wiedział, że Leo pali, nie było tego słychać w jego głosie, nie było go nigdy czuć. Hyuk, który dopiero po chwili ocknął się z chwilowego odpływu, uniósł się do siadu. Spomiędzy jego pośladków wypłynęła sperma, zmieszana ze śladowymi ilościami krwi. Zadrżał z przyjemności.
Wstał, jednak na nogach jak z waty, czuł się jakby wypił ze trzy piwa, mięśnie w ogóle nie chciały go słuchać. Powolnym krokiem podszedł do swojego hyunga. Ten nim odwrócił się do kochanka, wypuścił przez otwarte okno dym, wypełniający jego policzki i płuca.
- Leo-hyung... - wymruczał zachrypnięty Sanhyuk, opierając się o ramię wokalisty.
- Podobało Ci się? - szepnął Leo, otaczając chłopca ramieniem i zaciągając się dymem papierosowym.
- Mhmmm... bardzo. - w powietrzu zapachniało szlugiem, a maknae łapczywie wciągnął dym nosem.
Taekwon stuknął kilka razy palcem w papierosa, podał go blondynowi z pytającym pomrukiem. Chłopiec bez wahania złapał truciznę w usta, wciągnął dym do płuc.
Zaskoczeniem było dla starszego, gdy stanął na palcach, złapał jego głowę w dłonie i wypuścił szarą chmurę w usta hyunga. Leo uwolnił ten podarunek przez okno, już po chwili znów łapczywie się zaciągając.
Skończywszy zamknął okno, wcześniej wyrzucając przezeń niedopałek na ulicę. Zadowolony zlustrował Hyuka z góry na dół. Jego wzrok przykuła jasna ciesz, spływająca wnętrzem ud maknae.

Uśmiechnął się.

Chwilę potem, umyci wyszli z łazienki. Leo podbił do łóżka, chwytając i unosząc w kierunku Hyuka jego piękną sukienkę.
- Chcesz to spowrotem założyć? - prychnął, jednak widząc wyraz twarzy blondyna, zwinął ciuch w kulkę i wrzucił pod łóżko.
Następnie z szafy obok wyciągnął jeden ze swoich ulubionych podkoszulków, rzucił go chłopcu.
- Trzymaj, jest tak duża, że spodni nie potrzebujesz. - mruknął w kierunku dongsaenga, ten spiorunował go spojrzeniem, jednak nie skomentował i posłusznie nałożył na siebie koszulkę Leo.
Ubrali się kompletnie, pomijając spodnie u Sanhyuka i oboje, prawie równocześnie głośno westchnęli. Taekwon usiadł na łóżku, które przeszło zapachem nasienia i krwi. "Przyjemnie mi się dzisiaj zaśnie" przemknęło mu przez myśl, po czym rzucił spojrzenie na blondyna oglądająceo się w lustrze.
- Te, Hyuk. - mruknął, a gdy maknae odwrócił się do niego, poklepał wymownie swoje kolana.
Młodszy bez namysłu doskoczył do Leo i usiadł okrakiem na jego udach. Ze strony obu dało się słyszeć cichy, spokojny pomruk.
Ręce wokalisty otoczyły talię Sanhyuka, przyciagnęły go bliżej. Maknae bez jednego protestu wtulił się w kochanka. Usta starszego spoczęły kilka razy na rozgrzanej jeszcze szyi Hyuka.
Świat, dla obu, jakby nieco zwolnił. Wczesniej, w łóżku, zdawało im się, jakby nie minęło nawet kilka sekund, teraz jedna wlokła się za drugą przyjemnie powoli...

Rozległ się odgłos przekręcanego klucza, klamka się poruszyła i do pokoju wbił zadowolony lider VIXX.
- Leosiuu... chodź na kolacj... - nie dokończył, spostrzegłszy dwójkę siedzącą na łóżku. - Oja, Hyuk, skarbie, to Ty jeszcze żyjesz? - wyglądał na rzeczywiście zaskoczonego, jednak zaraz zachichotał zupełnie jak niewyżyta nastolatka.
Podszedł do maknae na kolanach Taekwona i pogładził go po blond czuprynie.
- Czemu mnie nie zaprosiliście, kiedy zrobiło się tak miło? - Hakyeon wyraźnie zawiedziony wysunął dolną wargę.
Leo zsunął z kolan swego kochanka, po czym jedną ręką stale go obejmując, pochylił się nad liderem.
- To tylko Twoja wina. Kto zamknął drzwi? - wymruczał prosto do jego ucha, na co N zarumienił się obficie, wręcz nie poznając zachowania swojego main vocala.
Już bez słowa, Taekwon z Hyukiem opuścili pokój, zostawiając w nim skołowanego i mocno speszonego Hakyeona.
- Lidaaa... idziesz, czy zawołać Ci Raviego i zamknąć pokój? - maknae zaśmiał się, na widok lidera, który oblany rumieńcem wybiegł z pokoju.
Leo również lekko się na to uśmiechnął.

...

Ale kurwa, Leo i uśmiech?

Tego Sanhyuk ile by się nie starał, nie pojmie.



THE END
Sai

Ta dam, Saiacz pokazuje, że potrafi napisać sado-maso smuta. I no, jestem teraz bardziej seme, o ~! X3 (lol nope) Re-reading'u nie zrobiłam, więc nie biorę odpowiedzialności za przypadkowe literówki. Dzięki za uwagę i spodziewać się wersji beta za jakieś dwa dni. ~