Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Youngjae. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Youngjae. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2014

"Bloody Blue" ~ One Shot

Żuki i muchy

Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)

- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.

- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Bestia" rozdz. 3

Ul. Strzelna 18.

 Czyli co spowodowało, że Zelo nie pojawił się następnego dnia w szkole.

 Zespół: B.A.P.
Paringi: -brak-
Typ: Backstory, Gen
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Junhong) 



"Umarł" kołatało mi się w głowie na zmianę z... "Ktoś go zamordował".


Czemu tak strasznie się bałem? Bo co dzień chodzę do tej szkoły, wracam późno... A gdyby zamiast profesora, to był Youngjae? Albo ja?

Youngjae...
Jak ja go dziś okropnie traktowałem.
Tak nie postępują przyjaciele, ani trochę.

Zarzuciłem torbę na ramię i puściłem się pędem w kierunku wyjścia ze szkoły. Po drodze jednak, ktoś złapał mnie za koszulę, tak, że o mało nie straciłem zupełnie równowagi.

To ten nowy historyk.
- W statusie szkoły mówią coś chyba, o zakazie biegania po korytarzach? - mruknął, a ja wraz z jego oddechem, poczułem zapach dymu papierosowego. Nie taki zły, jak mama mówiła.
- Chyba mówią, psorze, ale śpieszę się przeprosić przyjaciela. - wystękałem rozpaczliwie, modląc się w głębi, żeby Young jeszcze nie wyszedł.
Nowy zasępił się.
- Dobrego przyjaciela? - spytał, mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem.
Skinąłem tylko szybko głową, nie dając mu odetchnąć od wyczekującego spojrzenia...
- Biegnij, byle szybko. Ale jak już przeprosisz, masz się do mnie zgłosić, jasne? - z surowym wyrazem twarzy wypuścił skrawek mojej koszuli.
- Się rozumie! - wrzasnąłem, ułamek sekundy później, kontynuując swój sprint.
Mógłbym przysiądz, że się za mną gapił. No ale teraz to nie ważne.

- Youngjae!! - wrzasnąłem z całej siły.

Nie obrócił się.
Ponowiłem krzyk i tym razem poskutkowało.
Gdy tylko dobiegłem do mojego kochanego przyjaciela, jakoś tak... łzy same wcisnęły mi się do oczu. Nie mogłem na jego widok powstrzymać emocji, które aż wydzierały się ze mnie przy choćby oddechu.
- Young... - nie dokończyłem, kiedy dzieliły nas już może dwa kroki. Po prostu rzuciłem się na niego, wtuliłem jak syn w tatę, kiedy bardzo się boi.
- Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.- wyrecytowałem na jednym wydechu, starając się wytłumaczyć wszystkie moje uczucia. Oczywiście było to niewykonalne, ale zawsze warto próbować, czemu nie...
- Nie szkodzi.
Te słowa dotarły do mnie jakby wcześniej niż ich sens. "Nie szkodzi"? Tak po prostu "wybaczam"? Mimo, że traktowałem go gorzej niż śmieć, serio?

Oh Youngjae... nie mogłem sobie wymarzyć lepszego przyjaciela. Potrzebowałem go przytulić. A po jego policzkach właśnie w tym momencie potoczyły się łzy.

Czemu płaczesz, przyjacielu?
C-co... co się stało?
On... on jest taki wrażliwy.

Sięgnąłem dłonią jego okrągłej buzi i przetarłem małe kropelki, które się po niej sączyły. Przykro mi było, gdy musiałem patrzeć na płacz kogoś bliskiego. Kogoś jak Youngjae. Mojego najlepszego przyjaciela.

- Muszę lecieć, przepraszam, ale wezwał mnie ten nowy z historii. Do zobaczenia jutro, Young! - krzyknąłem machając mu, a on uśmiechnął się, odmachał mi i wyszedł.
Kamień spadł mi z serca.


Podchodząc do drzwi gabinetu tego nowego, muszę przyznać, trochę się bałem. Nie żeby mógł mi coś zrobić, ale... miał w sobie coś niepokojącego.

Na szczęście nie przypominał seryjnego mordercy.
Ledwo nacisnąwszy klamkę, z głębi pokoju rozległ się jego głos.
- Śmiało. - ponaglił mnie, a ja już bez namysłu popchnąłem drzwi i przekroczyłem próg gabinetu historyka. Nieco zdziwił mnie widok w środku, zatrzymałem się i nieskładnie burknąłem "dzień dobry".
Blond facet, nasz nowy nauczyciel, siedział na biurku z rękoma opartymi o kolana, w bluzie i narzuconym niestarannie na głowę kapturze. Profesor Kyunghae na pewno nie przyjmował tak uczniów, chociaż tego nie wiem. Nigdy nie byłem wzywany osobiście do niczyjego gabinetu.
Nowy widząc mnie uśmiechnął się.
- Siadaj, gdzie chcesz. - mruknął, ale ten pomruk brzmiał bardziej jak warczenie. Mimo wszystko permanentnie się uśmiechał i chyba tylko dlatego ciągle byłem spokojny.
Zająłem miejsce na małe sofie po jego lewej i złączyłem kolana. Zawsze to robię, kiedy jetem trochę poddenerwowany.
Milczeliśmy.
Ja nie miałem odwagi się odezwać, on wyglądał jakby nad czymś się grubo zastanawiał.
Wizualnie był... niezły. Żeby nie powiedzieć, że był po prostu przystojny. Blond grzywka spływała wzdłuż jego skroni i kończyła się gdzieś przy linii szczęki. Obserwowałem go sobie tak bezkarnie, aż w końcu chrząknął znacząco, tak, że ja niemal podskoczyłem. Zapiekły mnie policzki. "Widział...?" przemknęło mi przez myśl.
- Nad tym będziesz jeszcze musiał popracować. - profesor sapnął zerwanym śmiechem i zsunął się z biurka, stając nade mną.
- Mianowicie? - burknąłem sam nie mając pojęcia o czym ten człowiek mówi.
- Mianowicie, nad sztuką niedostrzegalnej obserwacji. - pochylił się niżej i.. ku memu wielkiemu zaskoczeniu po prostu, bez jakichkolwiek ograniczeń pstryknął mnie w nos. Jak kolega.
Z wyrazem twarzy niedorozwiniętej fretki odprowadziłem go wzrokiem, gdy przeszedł w kierunku niewielkiej gablotki, ulokowanej poniżej wentylatora. Wlepił w niego wzrok, ale  tylko tak, jakby chciał po prostu bezcelowo się w coś pogapić. Zwłaszcza, że w gablotce były tylko stare słowniki i encyklopedie historyczne Kyunghae.
A ten facet przede mną, na pewno nie był historykiem.
- Co wiesz o Wojnach Napoleońskich? - zaatakował mnie w końcu, odwracając się z impetem.
Zamarłem. Mimo wiedzy, jaka wypełniała moją głowę, nie byłem w stanie nic powiedzieć.
- Yym... no too... - bełkotałem, ale nic istotnego nie wyszło z moich ust.
- Mhm, panowanie nad stresem też u Ciebie leży. - wydawało mi się, że lepiej byłoby, żebym zapadł się w tą sofę po czubek głowy.
O co mu chodziło? Kim ten facet był? I dlaczego mówił do mnie tak, jakbym był jego... no nie wiem, młodszym bratem?
- Kim pan jest? - mruknąłem w końcu, ale zaskoczyło mnie jak bardzo nie potrafiłem przy nim zapanować nad głosem.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko.
- Jutro, w ramach kary za brak wiedzy historycznej... - tutaj nachylił się nad moim uchem i wyszeptał szczegółowe polecenie.
Bardzo dziwne polecenie. Zupełnie nie mogłem zrozumieć po co.
- Zrozumiałeś? - jego wzrok przeszył mnie na prawdę przenikliwie, a głos wydawał mi się nawet zbyt poważny jak do sytuacji.
- No tak, ale... mogę wiedzieć, cze...? - nie zdążyłem skończyć, uniemożliwił mi to, układając palec wskazujący na w pół otwartych ustach. Posłałem mu najbardziej pytający wzrok na jaki było mnie stać.
- Nie, nie możesz. Ale dowiesz się. Przyjdzie na to czas. - tęczówki tego blondyna błyszczały dziko. Na prawdę niezwykle. Tak, że nie mogłem skupić się na żadnym innym czynniku.
- N-no dobrze... - poddałem się.
Był zadowolony.
Widać to było w sposobie w jaki na mnie patrzył.
Było w nim coś, co wykraczało ponad zasady. Sam mężczyzna wydawał się schludny i porządny, ale jeśli spojrzeć w jego iskrzące się ślepia, traci się poczucie bezpieczeństwa. Magnetyzm działa na prawdę mocno, ale równocześnie zasiewa w sercu niepokój. Jeden z tych, gdy zbliża się burza z piorunami. Tak właśnie się czułem, kiedy wlepiał we mnie wzrok. Jakby niebo w moim umyśle zaczynały powoli, ale nieuchronnie zalewać ciemne, purpurowe chmury.
- Ale to będzie znaczyło... - wyrwałem się jeszcze, pragnąc jakichkolwiek wytłumaczeń. - Że nie przyjdzie pan do szkoły?
- Mhm, wolno mi. - roześmiał się. Jak on się niespotykanie śmiał.
- Ale jak to? - jego zachowanie nie dawało mi spokoju.
To jasne, że z historią ten człowiek nie miał nic wspólnego, ale w takim razie kim był? Dlaczego mnie akurat wybrał? Przecież ja... ja się zupełnie nie wyróżniam spośród tłumu. Poza wzrostem. Bo od tego blondyna byłem wyższy. Jednak mimo zdawania sobie sprawy z tego faktu, nie potrafiłem wyciągnąć z tego ani krzty pewności siebie. Pławił wszelkie zalążki rodzącej się we mnie dociekliwości, tylko jednym spojrzeniem.
No dobrze, był po prostu niezwykły.
Zupełnie niespotykany człowiek.
-  A tak to... mnie wolno wszystko. - najwyraźniej bardzo rozbawiony własnym stwierdzeniem roześmiał się zrywnie i nierytmicznie, po czym wygonił mnie gestem dłoni. - No ale teraz już spadaj mały, no, sio! Chcę mieć chwilę dla siebie.

Nie odpowiedziałem.


Jedyne, co byłem w stanie zrobić to wstać i grzecznie wykonać jego polecenie. Nie byłem pewien czy to co się dzieje, jest prawdziwe. A może to jeden z tych realistycznych snów, gdzie jesteś w stanie półświadomości?


Zatrzymałem się w drzwiach. Nie mogłem wyjść.

Po prostu, złapałem coś na kształt blokady.

You shall not pass.


Odwrócił się w moją stronę, wyłapałem to po charakterystycznym świśnięciu powietrza.

Jedyny odgłos, jaki rozlegał się przez moment w pokoju, to jego oddech. Własnego w ogól nie słyszałem, w sumie, to nawet nie byłem pewien czy oddycham. Jego ciche sapanie, w końcu zatrzymało się. Nabrał powietrza i ze świstem skierował do mnie kilka słów:
- A więc nie możesz wytrzymać? - zjechał głosem w dół, wcale nie intonując pytania, a jednak czułem, że wymaga odpowiedzi.
- Mhm. - pokiwałem głową. - Nie wiem nawet, kogo będę miał jutro szukać. Nawet nie mam informacji, o kogo pytać w razie czegoś tam... - tak na prawdę to jedynie ciekawość, zżerała mnie od środka.
Wcale nie przywiązywałem wagi do tego jak poradzę sobie z jego osobliwym poleceniem. Chciałem po prostu wiedzieć jak ma na imię. I "dowiesz się wszystkiego w swoim czasie" zaczynało mnie lekko irytować.
- Cała ta sytuacja jest typowa wyłącznie dla mnie, więc po pierwszych słowach jakie im powiesz, skierują Cię do mnie. Nie masz się czego obawiać. - odparł bezuczuciowo, nawet nie spoglądając w moją stronę.

Chwila.

Jeśli zachowuje się jak mój kolega i tak mnie też traktuje, to nie widzę powodu, dla którego ja nie mógłbym zachowywać się tak samo.
Podszedłem do niego najpewniej jak potrafiłem, lekko chwyciłem go za materiał bluzy i przyciągnąłem do siebie. Wzrostem górowałem, niewiele ale jednak znacząco. Na tyle, by każdy normalny czuł się wyższy. A ja dalej nie potrafiłem spojrzeć na niego z góry.
- Kim Ty jesteś? - spytałem i choć miałem zamiar zabrzmieć stanowczo, wyszła z tego jakaś żałośnie rozpaczliwa prośba.

Blondyn patrzył.

Nic więcej.
No i to mu wystarczało.
To pewne siebie, zaciekłe spojrzenie zwalało z nóg. Im dłużej przebywałem z nim w jednym pokoju, tym dziwniejsze emocje we mnie wywoływał.
- Bardzo chcesz wiedzieć? - rozległo się w końcu, a wibracje jego głosu napełniły pokój, jak ciepła smoła, beznadziejną zieloną beczkę.
Wydawało się, jakby sposób w jaki go trzymałem go zadowalał. Sprawiał wrażenie dumnego.
- Jeśli powiem "siadaj", co zrobisz? - rzucił głośno, tak, że pewnie w pokoju obok słyszeli go wyraźnie.

Nie odpowiedziałem.

Nie mogłem odpowiedzieć.
I ja, i on wiedzieliśmy jaka jest odpowiedź.

- Co zrobisz? - naciskał.

- Usiądę. - sam byłem zaskoczony tonem swojego głosu. Brzmiałem... groźnie?
- Powinieneś mi przyjebać. - puściłem go i pytając o milion rzeczy naraz swym spojrzeniem, odsunąłem się o krok.
- C-co...?
- Nigdy... nie. NIGDY..! - wrzasnął, a mnie ponownie zapiekły policzki. - nie dawaj sobie rozkazywać. Kiedy się tego nauczysz, będziemy rozmawiać.
Jego wzrok osiadł na mnie, ale tym razem poczułem w nim jakąś pogardę.
- A teraz zejdź mi z oczu. - machnął bez zainteresowania. - Nie chcę Cię już widzieć...
Zamurowało mnie. Poczułem się źle. Jak ktoś zupełnie bezsensowny. Jak...
- Śmieć. - mruknął blondyn, rzucając mi krótkie spojrzenie.

Wzdrygnąłem się.

Bo chociaż tego nie powiedział, wiedziałem to doskonale.
Moje życie nieodwracalnie się zmienia.
I to zupełnie bez mojej woli.


To nie była rzeczywistość, w której żyłem. Wszystko to co zobaczyłem, usłyszałem i poczułem w tym pokoju, nie należało do mojego świata. To było mi tak bardzo obce...
A już jutro moje zadanie od historyka, miało to zmienić.
Najbardziej męczyło mnie jednak tylko to jedno pytanie.
"Ciekawe kim on tak na prawdę jest...?"


Biedy Kyunghae.

Wróciłem do domy późno. Za późno. Od progu zaatakowało mnie gniewne spojrzenie ojca.
- Gdzie byłeś tak długo?
- Zatrzymał mnie.. - nie byłem pewien, czy powinienem mu mówić cokolwiek. - Profesor od chemii.
- Od chemii? - mina ojca wyrażała dokładnie to jak bardzo był tym zaskoczony.
- Noo... chciał, żebym pomógł Youngowi w ostatnich tematach. Zupełnie sobie nie radzi. - skrzywiłem się z politowaniem i wyminąłem skołowanego rodziciela, pędząc po schodach do swojego pokoju.
Znalazłszy się już w moim małym azylu, zatrzasnąłem drzwi i odetchnąłem ciężko. Nigdy nie kłamałem ojcu prosto w oczy. Zupełnie nie wiedziałem co się ze mną działo.
Rozłożyłem na biurku pierwszą-lepszą książkę porwaną z plecaka, a sam otworzyłem laptop, siadając z nim na kolanach na podłodze.
- Liceum... nr. 6... - mruczałem, szukając strony oficjalnej naszej szkoły. Może tam będzie cokolwiek na temat tego nowego...
Gówno. Jak wszystko na tej stronie.
Oczywiście nikomu nie chciało się zaktualizować danych, przez co w spisie nauczycieli rubryczka "historia" nadal świeciła nazwiskiem zamordowanego Kyunghae.
- Niech to szlag! - uderzyłem pięścią w podłogę, a na schodach dało się słyszeć ciche tupanie.
"Szlaaag!" powtórzyłem w myślach podrywając się momentalnie z podłogi, zamykając laptop i niedbale rzucając go na łóżko. Sekundę później siedziałem już przy biurko i "czytając" losowy podręcznik. Drzwi do pokoju skrzypiąc, otworzyły się.
- Junhong... coś się stało?
- Nie n-niee nie. Nic tato. - machnąłem ręką, nawet nie odwracając wzroku od książki.
- Jeśli tak, to ucz się dalej, dziecko. - mruknął przyjaznym głosem i opuścił pokój.

Opadłem na podręcznik i głośno wypuściłem z siebie powietrze. Serce waliło mi jak szalone, wszystkie żyły wybijały zwariowane tętno. 


Jutro.


Jutro wszystko będzie inne.


Wyciągnąłem z szuflady kartkę z notatnika i długopis, i zapisałem na niej adres podany mi przez historyka, tak na wszelki wypadek, gdybym zapomniał.


"Ul. Strzelna 18"


Nie wiedziałem kogo tam znajdę, ale tylko jak bardzo wszystko się wtedy zmieni.

Ale nie miałem wyjścia.
Poza tym... nie bałem się.
Czułem tylko dziwny rodzaj czegoś na kształt stresu. Jak trema przed występem

Gdy w nocy leżałem w łóżku, nie mogłem nawet zmrużyć oka. Cały czas miałem w głowie wizję tamtej rozmowy z nowym. 


"- Co zrobisz?

- Usiądę.
- A powinieneś..."
Rozpraszałem te urywki wspomnień i starałem się zasnąć. Zaraz jednak wracały, uparcie jak ćmy do światła.
W końcu odpłynąłem, nawet nie pamiętam, w którym momencie. Po prostu nagle obudził mnie alarm z komórki i głos matki, wołającej mnie na śniadanie.

- Ja pierdole... - podniosłem się do siadu i przeczesałem włosy.


To już za chwilę.



T.B.C.
Sai

No proszę was serdecznie, teraz tylko zasada COK* i jazda do przodu ~! ^-^


_______________________________
*COK - Czytam Oceniam Komentuję












\

sobota, 23 listopada 2013

"Bestia" rozdz. 1

Zadanie z historii. 

Czyli łzy Żelka, zakochany frajer i nowy nauczyciel, spowity tajemniczą aurą.
Zespół: B.A.P.
Paringi: Younglo
Typ: Shounen-ai (nie potrafię tego inaczej nazwać .-.) + Angst
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Youngjae)

Zjawił się jak zawsze punkt 10 minut przed rozpoczęciem lekcji. Bez szumu przyjęto jego obecność, kilka osób rzuciło suche "cześć".
Podszedł do mnie, przywitaliśmy się, zagaił rozmowę o zadaniu domowym z historii.
Zacząłem wreszcie żyć.
Dzień trwał monotonnie, wszystko jak było tak jest. Czasem zastanawiam się nad tym, gdy nic innego nie przychodzi mi do głowy. Wtedy myślę czy długo jeszcze moje życie będzie opierało się na porannym wyczekiwaniu na Zelo, wegetowaniu na lekcjach, późnym powrocie do domu, nauce i śnie.
Ostatnią lekcję w końcu obwieścił dzwonek. Historia.
Weszliśmy ospale do sali, w której zawsze śmierdziało mieszanką spróchniałego drewna i środka do konserwacji skamieniałości.
Usiadłem w ławce, obok pojawił się Junnie.
Westchnąłem.
Historyk znowu się spóźnia.
Drzwi do klasy otworzyły się z impetem.
Wszyscy zajęci rozmową, podskoczyli jak poparzeni. Ten mężczyzna był nam obcy.
- Witam serdecznie. Od dziś będę uczył was historii. - rzucił facet, opierając się o blat biurka i energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
Cała klasa siedziała w permanentnym milczeniu. Nikt się nie odezwał.
Zelo niepewnie uniósł dłoń w górę.
- Tak? - nowy nauczyciel wskazał na chłopca obok mnie, a ten wstał i cicho zapytał:
- Co się stało z profesorem Kyunghae? - jego głos był niski,  drżący.
- Wasz poprzedni nauczyciel zmarł, w wyniku postrzelenia w nogę i kilku silnych ciosów kietowanych na klatkę piersiową.
Ciszę przerwały szepty. Obróciłem się, cała klasa poruszona wiadomością o nagłym zgonie, zawrzała.
Przeniosłem wzrok na Junniego.
Stał i wpatrywał się w mężczyznę opartego o biurko.
Stał z nieobecnym wyrazem twarzy.
- Czy ta odpowiedź Cię satysfakcjonuje? - kontynuował nowy profesor, w kierunku Zelo.
- Tak, dziękuję. - odparł ten i usiadł na miejsce.
Kilka dziewczyn pisnęło coś w stylu " to serio prawda??", rozległ się cichy szloch co wrażliwszych.
Z niepokojem zawiesiłem wzrok na moim koledze z ławki.
Jego oczy zaszkliły się.
Odwrócił głowę w moim kierunku.
- Junhong... - dziś po raz pierwszy usłyszałem własny głos. Miałem chrypę.
- Nie przeczytam zadania, Jae. - głos Zelo zatrząsł się, po czym spod powiek przyjaciela wyciekło kilka dużych łez.
Zarzuciłem ręce na jego ramiona, wtuliłem go w siebie.
Jego łzy skapywały na moje ramię.
Czułem, że płonę smutkiem.
Po powrocie ze szkoły, mama podała mi obiad. Zanim zacząłem jeść, przypomniała mi się wiadomość o morderstwie Kyunghae.
Straciłem apetyt.
Mama usiadła obok mnie, zatroskana spojrzała na pełny talerz.
- Nic nie zjesz? Co się stało? Coś w szkole? - zasypała mnie od razu kaskadą pytań, a ja poczułem jakby kamień skrępował mi gardło.
- No... - zacząłem, ale oddech sprawił mi trudność. Nie, nie będę płakał przy mamie, muszę wytrzymać. - Dzisiaj zdałem sobie sprawę...
- Że?
- Że... - zawiesiłem na chwilę głos i poczułem, że mam ciarki. - Że nie mogę znieść widoku łez Junhonga.
Mama objęła mnie i przytuliła.
Nie powstrzymałem emocji już ani chwili dłużej.
Całą noc śnił mi się tamten moment w szkole. Mężczyzna nagle mówi, że profesor Kyunghae nie żyje, a ja widzę sposób w jaki go zamordowano; starszy nauczyciel ucieka ciemną uliczką, przewraca za sobą kosze. Za nim biegnie bestia. W oczach napastnika coś błyszczy, płonie.
On.. on się uśmiecha.
Skacze nieludzko zwinnie między budynkami. Nie mogę dostrzec jego twarzy. Kyunghae dalej bienie, traci dech.
Słychać strzał wygłuszony tłumikiem, ofiara upada na ziemię. Przestrzelona noga krwawi, zaznacza trasę za ugodzonym.
Bestia doskakuje do ofiary. Popycha go, dociska do ziemii. Nauczyciel zmuszony jest teraz patrzeć prosto na twarz niedoszłego mordercy.  Maluje się na niej dzikie podniecenie. Z pochwy u boku wyciąga niewielki nożyk.
Słyszę w głowie rozdzierający wrzask ofiary. W jego klatce piersiowej zatapia się powoli zimna stal. Oprawca równie niespiesznie ją zeń wyjmuje. Krew obficie rozlewa się po koszuli nauczyciela. Kolejne ciosy są precyzyjnie wymierzone, szybkie. Martwy Kyunghae leży na betonie. Gęsta czerwień paruje, tworzy gorące ślady w zimnym powietrzu otaczającym trupa i mordercę.
Bestia podnosi się, już bez uśmiechu, chce odejść. Zatrzymuje się. Wraca do miejsca zbrodni. Chwyta przypadkowy, żelazny pręt. Podchodzi do zamordowanego. Znalezionym narzędziem rozgrzebuje ranę w jego nodze. Kula utknęła w kości. Brutalnym pociągnięciem wyrywa ją z martwej tkanki, chowa do kieszeni. Nikt go nie znajdzie.
Nie wiadomo...
...kto zamordował naszego historyka.
Budzę się spocony. Otacza mnie ciemność, sapię. Jest mi niedobrze. Zamiast jednak zwymiotować zaczynam płakać.
Przed oczami staje mi wizja kryształowych łez, znaczących ślady na policzku Junhonga.
Nie potrafię spać spokojnie, kiedy w umyślę widzę ten moment.
Moje serce drze się na kawałki, jak papierowa kartka.
Następnego dnia w szkole nikt jakoś nie żartował rano.
Nie było słychać tylu śmiechów, co zazwyczaj.
Czułem się jakby... nieobecny.
Zadzwonił dzwonek.
Nie zjawił się.
Dziś Zelo pierwszy raz, od kiedy go poznałem spóźnił się na lekcję. Przyszedł z opuchniętymi, podkrążonymi oczami.
Nie spał.
Zajął miejsce obok mnie.
Zapatrzyłem się na niego, starając się bardzo, żeby zwrócił na mnie uwagę. Nic z tego; wypakował się tylko i zanotował temat.
- Zelo... - szepnąłem przy chwili nieuwagi nauczycielki.
Nie odwrócił się.
Przez cały dzień jeszcze kilka razy próbowałem do niego zagadać. Nie odzywał się do nikogo.
Pod koniec zajęć, kiedy już z torbą w ręku otwierałem przeszklone drzwi naszej szkoły...
- Youngjae! - usłyszałem za plecami. Obróciłem się ospale, ujżawszy Zelo otworzyłem szerzej oczy.
- Young... - powtórzył, po czym wpadł w moje ramiona, drżąc lekko. - Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.
Zasępił się, po czym skruszony opuścił głowę w dół.
Uśmiechnąłem się i wtuliłem go w siebie czule.
- Nie szkodzi. - odparłem, a on odsunął się i rozmazał po policzku łzy sączące się z jego oczu.
Na ten widok moje serce ugodził przeszywający smutek.
W pierwszym momencie nie zdałem sobie sprawy z tego, że ja również płakałem.
Junnie sięgnął do mojej twarzy, przecierając wierzchem dłoni kropelki, które po niej spływały.
Uśmiechałem się.
Potem powiedział, że musi iść do tego nowego nauczyciela od historii, bo prosił go, by został po lekcjach.
Uśmiechałem się gdy mi machał.
Z uśmiechem wróciłem do domu.
Uśmiechałem się.
Uśmiechałem.
Do końca dnia.
W nocy byłem spokojny.
Te koszmarne wizje z wczoraj już mnie nie nękały.
W myślach widziałem uśmiech Zelo.
Czułem spokój.
Następnego nie pojawił się w szkole.
A ja nie mogłem zacząć żyć. ~

C.D.N.
Sai

No ja nie wiem co robię, zakochuję Youngjae w Zelku, niech będzie, i tak jest frajerem XD