Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Angst. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 października 2014

"Trzy i pół tysiąca, dwiescie" ~ non k-pop ~

- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Powtarza w kółko, jakby bał się zapomnieć. Siedzę obok, smutna, z kotem na kolanach i papierosem w ustach.
- Skończ, to męczące.
- Trzy i pół tysiąca...
Głowa mi pęka od tego jazgotu. Nie mówię tylko o nim, bombardowanie także wyjątkowo sprzyja migrenie. Coś uderza w sąsiednią dzielnicę.
Nasza posadzka trzęsie się jak gałązka na wietrze. Wybija go to z rytmu.
- Trzy i...!
Łapiemy się czego się da, kot z sykiem spada mi z kolan na podłogę. Moment ciszy, jakby anioł przyłożył mi dłonie do uszu. I nagle bum! I znowu trzęsie jak diabli.

Wieczorem, ja jem suchą grachamkę, a on dalej męczy jedną liczbę w koło Macieju.
- Przestaniesz!? Nawet nie mogę spokojnie zjeść kolacji!!
- Przestanę jak w końcu trafią w nas, narazie cieszę się, że mogę jeszcze mówić.
- Ale po co ciągle to samo? Możemy porozmawiać normalnie...
Zapada cisza. Wiadomo, że nie możemy. Bo o czym? Ulubionym filmie?
Kładziemy się spać, ale ja czuwam całą noc, bezustannie mam otwarte oczy. Długo się modlę, ale co można wymodlić jak się półnagim pali papierosy. Może mnie Bóg zrozumie.

- Boże, Ojcze Wszechmogący...

Słychać strzały. Ktoś sromotnie upada z całym sprzętem na ulicę. Krótkie, tłumione okrzyki zwycięstwa; "Jurek! Juruś, dobra nasza, lecim dalej!"

- Panie, Synu Jednorodzony...

On kręci się w swoim łóżku, pewnie śnią mu się koszmary. Ja się nie boję złych snów. Gorzej mam jak nie śpię. Mamrocze coś niewyraźnie. Kolejny raz.
- Trszy... tyy... tysiąnce..
Niech go jasna cholera.
- Jezu Chryste...
Pukanie do drzwi. Zrywam się z łóżka jak poparzona. Patrzę na zegar - no trzecia rano, jak była tak jest. Serce mi bije seriami jak karabin. Pochodzę do drzwi. Znowu głośne pukanie.
- No otwieraj!! Otwierajże!
O Boże, to nasi. Przekręcam klucz szybciutko i wpuszczam ich do środka. Jest dwóch, wysokich i brudnych.
- Wody, mamusia da, wody.
- Cobyśmy się chociaż przemyli.
- A i napić się trzeba.
- Bo idziemy na tych strażników i im karabiny zabieramy.
- Mamusia da tej wody?
Biegnę już, biegnę.
- Macie, chłopaki, pijcie na zdrowie. A i siadźcie na chwilę, to was przemyję.
I opowiadają mi o wszystkim, a ja im twarze mokrymi ściereczkami wycieram. Jednemu trzeba było ranę opatrzeć, więc się trochę zasiedzieli.
- To my biegniemy mamusiu, dzięki za wszystko!
- Dziękujemy, dziękujemy!
I wychodzą, a ja zakluczam drzwi i wracam na łóżko. Na czym się skończyło...? A tak...

- Który gładzisz grzechy świata...

Aż mnie skurcz łapie, od nagłego hałasu. Jęki bólu i dobijajace strzały. Całkiem bliziutko. Kroki.
Tup, tup, tup.
Ktoś szybko się zbliża. Tętno mi się szarpie, nogi rwą do ucieczki do nikąd, myśli się zatrzymują. Czekam. ... Nic. Cisza.

PUK. PUK. PUK.

- Öfnen Sie bitte!!
...
- Jetzt! Öfnen!!
Zamieram. Nic nie jest prawdą. Papieros spada na ziemię i uderza tak głośno, że pękaja mi bębenki. Siedzę nieruchomo i kieruję wzrok na niego.
- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Pada jeszcze kilka ostrzeżeń.
W końcu trzask rozłamywanego drewna. Wchodzi i bez pytania otwiera ogień w kierunku śpiącego. Z pościeli zaczyna kapać. Zwraca lufę do mnie. Coś krzyczy.
Ja już nic nie słyszę. Patrzę w jego niebieskie oczy, w ziejącą śmiercią pustkę karabinu. Krzyczy coraz paniczniej. Przez otwarte drzwi widać na ziemii dłoń, nadgarstek i przedramię jednego z chłopców.
Juruś? Synku?
Patrzę znów na oficera. Ciągle we mnie mierzy, wrzeszczy z jakąś rozpaczą wymalowaną na twarzy. Pociąga za spust. Uderzenie o podłogę mimo wszystko wywołuje ból. Wzrok bezwiednie zawieszam na upuszczonym papierosie tuż przed moją twarzą.

Na czym skończyłam? Aa...

- Zmiłuj się nad nami.

"StarLIGHT" pt. 1

Wchłonąć blask i zasnąć.

Czyli jak to jest, kiedy nie umiesz świecić, król Hongbin i trójkąt downów... Wut ;;"
Zespół: VIXX
Paringi: LeoBin, HakYukSik (dunno)
Typ: Fluff, Filozoficzny, lekko Angst
Narracja: Trzecioosobowa

To nie jest opowieść o miłości. To jest któtka, nie zbyt zróżnicowana pod względem rozwinięcia, wielowątkowości i fabuły historia.
Dwóch głównych bohaterów to członkowie jednego zespołu, fantastycznie rokującego wśród młodzieży, utalentowanego zespołu młodych, energetycznych ludzi o wysokich ambicjach. Są oni doskonale świadomi swojej, przydzielonej z góry, roli. Mają pozycję i sławę, mają fanów i ich zazdrość, mają podróże, kontrakty, znjomości. I mają siebie.
Jung Taekwoon i wszystkie jego problemy podniosły się z średnio przydatnej, czerwonej sofy. Okrążyli kilka razy salon, różnymi trajektoriami, po czym zatrzymali się tuż przy oknie, z nosem przytkniętym do zimnej szyby. Rysował się tam deszczowy, przyduszony wieczór pędzących ku neonom, pochlapanych człowieczków.
Fluorescencyjne pary, jaskrawi przyjaciele, świetlana przyszłość, całe to miasto i każdy jego aspekt emanował pewnego rodzaju blaskiem. Jak robaczki świętojańskie, wszyscy urzędnicy, robotnicy, wszystkie małolaty żywe nie swoimi życiami. Czasem trudno było rozróżnić jedno światełko od drugiego, ich kolory i natężenia, i kierunek ich promieni. Każdy mimo to lśnił z własnego, konkretnego powodu, szczęściem, nadzieją, miłością, albo z drugiej strony ostryą, burgundową nienawiścią, czy śliwkowym gniewem. W końcu każdy ma swoje emocje, każdy roztacza wokół ich światło.
I tylko Taekwoon z przyklejonym do szyby nosem, nie wysyłał żadnej kolorowej jasności ku innym. Był jak próżnia, on przyciągał i wsysał inne światła, ale nic z tego nie zyskiwał, bezustannie trwał w zepsutej żarówce swojego życia, ciekaw, czy kiedykolwiek uda mu się ją naprawić.
Ciekaw to dobre słowo, bo nie miał szczególnej potrzeby zapalenia swojej egzystencji. Tak jak teraz było mu wcale nieźle, nie musiał udawać ledowego światełka. Imitowanie czegokolwiek było ostatnim z jego zamysłów.
Minuta spędzona przed ekranem okna wysyciła jego brak planu na tyle, że postanowił nie skupiać więcej uwagi na czyichś lśnieniach.
Godzina siódma, minut dwanaście, nie zagłębiając się w sekundy, które zdążyły już drastycznie przybrać na liczebności. Masa miesięcy, jeszcze więcej tygodni, nie mówiąc o pojedynczych dniach - tyle aktualnie znaczyło życie Leo. Nieco zroszone pasją, przepasane zwycięstwami, nasączone bezświetlnoscią i traceniem nerwów na błahostki. W ogóle każde uczucie, które dzielił z kimkolwiek innym niż on sam, sprawiało wrażenie przykrywki dla nicości. Bardziej, lub mniej urodziwego pudełeczka. Gdyby je podsumować, to jedyne co w nim lśniło, to lightsticki fanów, kochających go za byle co.
Opatulił się kocem, pierwej artystycznie rozrzuconym na sofie, teraz zagrabionym przez bezświetlnego księcia. Jego pokój, pogrążony w półmroku, przywodził na myśl ciemnię, w której niedobitki wspomnień dokonywały przywileju ostatniej woli. Z szeroko otwartymi oczyma, osobiście dopatrywał agonii kolejnego przeżycia. Wtedy drzwi się otworzyły i ktoś, kto przez nie przeszedł roziskrzył w pokoju złoty blask.
- Hej Leoś, co porabiasz? - nowo przybyły rozsiadł się tuż przy boku Taekwoona, otaczając go ramieniem.
- Dobijam. - mruknął ten w odpowiedzi, mrużąc powieki, celem ochrony oczu przed niespodziewanym światłem drugiego człowieka.
- Hm?
- Nic takiego.
- To może zejdź do nas? Mamy ciastka i alkohol, jest karaoke, Ken płacze, że nie ma z kim piać, Hyuk śpi na Ravim, tak samo, jak z resztą N. Jeśli nie zejdzieszi,to to samo stanie się ze mną i będziemy mieć koszmary.
Taekwoon posłał podejrzliwe spojrzenie Hongbinowi, który, bądź co bądź, argumentacją nie poskąpił. Więc dźwignęli się, już razem i podreptali w kierunku skupiska świateł.
Takim świetlistym wieczorom wybłaganym przez Hongbina, Leo zawdzięczał swój spokojny sen. Nie udzielał się zbytnio, na odczepne pił dwa drinki i siedział cicho przez resztę dnia. Ale oni jakimś dziwnym sposobem bardzo cieszyli się z jego obecności, zupełnie jakby wnosił w ich posiadówkę coś wyjątkowego. W sumie to nigdy nie zastanawiał się jak to jest, kiedy ktoś - tak jak on - wsysa roztaczany przez Ciebie blask. Być może to wyjątkowo przyjemne uczucie i chłopcy łaknęli go właśnie przez to. W każdym razie, jemu to nie przeszkadzało, a wręcz dawało zabezpieczenie przed koszmarami. Samo w sobie nie było niczym szczególnym.
Obudził się jak zawsze w swojej chłodnej pościeli, z czystym umysłem i mało zadowalającym posmakiem w ustach. Odgarnął miękką, granatową kołdrę, usiadł na kraju łóżka i przeciągnął się, cicho pojękując. Zasłony broniły go od porannego blasku słońca, ale mimo wszystko w pokoju panowała osobliwa poświata. Taekwoon nie rozważał, czy to jego pręciki płatają figle czy to rzeczywiste zjawisko, ale wszystko w jego czterech ścianach niepewnie pobłyskiwało złotą aurą. Przetarł klejące się powieki i wziął głęboki, złoty oddech. Słońce znów wstało, przynosząc jemu i reszcie ludzkości nowy dzień. I pomyśleć, że świat opiera swe istnienie na świetle jednej planety.
Taekwoon stanął przed lustrem w swojej własnej łazience, przeczesał zmierzwione, jasne włosy i nałożył pasty na szczoteczkę. Patrząc w swoje odbicie zawsze nachodził go smutny nastrój. Zamiast oczu widział puste, ciemne przestrzenie, zamiast ust czarną dziurę, a całe jego ciało, jakby niewidzialny twór, ledwo dostrzegalny w odbiciu lustra. Tylko wtedy nachodziła go pewnego rodzaju nostalgia, tęsknota za światłem. Czasami zdarzyło się, że z pustki wypływały łzy, zupełnie jakby jego oczy wypluwały z siebie małe, przezroczyste kryształki. Oczywiście one tylko odbijały światło, nie emanowały niczym prócz chwilowej zadumy. Tym razem Leo również przetarł niewidzialne policzki.
- Smutno mi, bo nie świecę. - powiedział na głos, zachrypniętym od snu głosem.
- Smutno mi, bo nie świecę.
Odszedł od lustra, minął obojętnie i zostawił w nieładzie swoje łóżko, i wyszedł z pokoju, nie zamykając drzwi.
Pozostawiając na krótką chwilę bezświstlnego księcia samemu sobie, historia zbacza kurs na lśniącego złotem człowieka. Pogrążony we śnie, zdawał się być swego rodzaju rzeźbą, idealnym pomnikiem człowieka, pięknego w każdym calu. Odpoczywając, jego umysł nadal zużywał imponujące pokłady złotego blasku, tak, że jego pokój cały szlachetnie lśnił królewską aurą. Panowało w nim nie natrętne, przyjemne ciepło. Ten mały, spokojnie wyszywający leniwe sny świat, wkrótce otworzył się potulnie dla smutnego czynnika zewnętrznego.
Taekwoon przekroczył próg pokoju Hongbina drżącym krokiem, cicho zamknął za sobą drzwi. Podchodząc do łóżka, czuł ogromne ilości wchłanianego blasku. Odgarnął pościel, białą w beżowe wzory, usiadł i przekręcając się, położył. Nakrywając się kołdrą, czuł wszechogarniające go ciepło, bijące od śpiącego. Podkulił kolana i zamknął oczy, twarzą zwrócony do oblicza Hongbina. Ten czując niespodziewany powiew chłodu przebudził się, rozklejając niechętnie zaspane powieki.
- Leo...?
- Mh.
- Co się stało? - cichym, nierozbudzonym głosem zagarnął przybysza w ramiona, przylegając całą powierzchnią ciepłego ciała do jego chłodnej egzystencji.
- Smutno mi, bo nie świecę. - mruknął w odpowiedzi, wtulając się w źródło złotego blasku.
Zapanowała cisza. Hongbin bez słowa wplótł pace w kosmyki blond włosów Taekwoona.
- Świecisz.
- Nie, jestem czarną dziurą.
- Supernową.
- Po załamaniu emocjonalnym.
Kasztanowłosy westchnął cicho, mrużąc powieki i wtulając twarz w policzek Taekwoona.
- Dla mnie świecisz. Nie jakoś mocno, ale masz swój delikatny, wyjątkowy blask.
- Nieprawda, ja tylko odbijam to światło.
- Jak my wszyscy. To sprawia, że sami je wytwarzamy. - skwitował właściciel pokoju i poprawił uścisk, w którym zamknął pustkę.
Leo przez chwilę trawił te słowa, po czym powolnym ruchem wsunął dłoń na odsłonięty fragment szyi złotego człowieka, tym samym tworząc niezwykle wzruszający obraz; ciemny, granatowy mężczyzna, ufnie wtulony w drugiego, emanującego ciełpym, godnym zaufania blaskiem. Leo czuł to ciepło, karmił się światłem, posilał obecnością Hongbina. Ściśle wpasowani w swoje objęcia pogrążyli się w podobnym, spokojnym śnie, o ciemności zroszonej złotym blaskiem.

C.D.N.

sobota, 23 listopada 2013

"Bestia" rozdz. 1

Zadanie z historii. 

Czyli łzy Żelka, zakochany frajer i nowy nauczyciel, spowity tajemniczą aurą.
Zespół: B.A.P.
Paringi: Younglo
Typ: Shounen-ai (nie potrafię tego inaczej nazwać .-.) + Angst
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Youngjae)

Zjawił się jak zawsze punkt 10 minut przed rozpoczęciem lekcji. Bez szumu przyjęto jego obecność, kilka osób rzuciło suche "cześć".
Podszedł do mnie, przywitaliśmy się, zagaił rozmowę o zadaniu domowym z historii.
Zacząłem wreszcie żyć.
Dzień trwał monotonnie, wszystko jak było tak jest. Czasem zastanawiam się nad tym, gdy nic innego nie przychodzi mi do głowy. Wtedy myślę czy długo jeszcze moje życie będzie opierało się na porannym wyczekiwaniu na Zelo, wegetowaniu na lekcjach, późnym powrocie do domu, nauce i śnie.
Ostatnią lekcję w końcu obwieścił dzwonek. Historia.
Weszliśmy ospale do sali, w której zawsze śmierdziało mieszanką spróchniałego drewna i środka do konserwacji skamieniałości.
Usiadłem w ławce, obok pojawił się Junnie.
Westchnąłem.
Historyk znowu się spóźnia.
Drzwi do klasy otworzyły się z impetem.
Wszyscy zajęci rozmową, podskoczyli jak poparzeni. Ten mężczyzna był nam obcy.
- Witam serdecznie. Od dziś będę uczył was historii. - rzucił facet, opierając się o blat biurka i energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
Cała klasa siedziała w permanentnym milczeniu. Nikt się nie odezwał.
Zelo niepewnie uniósł dłoń w górę.
- Tak? - nowy nauczyciel wskazał na chłopca obok mnie, a ten wstał i cicho zapytał:
- Co się stało z profesorem Kyunghae? - jego głos był niski,  drżący.
- Wasz poprzedni nauczyciel zmarł, w wyniku postrzelenia w nogę i kilku silnych ciosów kietowanych na klatkę piersiową.
Ciszę przerwały szepty. Obróciłem się, cała klasa poruszona wiadomością o nagłym zgonie, zawrzała.
Przeniosłem wzrok na Junniego.
Stał i wpatrywał się w mężczyznę opartego o biurko.
Stał z nieobecnym wyrazem twarzy.
- Czy ta odpowiedź Cię satysfakcjonuje? - kontynuował nowy profesor, w kierunku Zelo.
- Tak, dziękuję. - odparł ten i usiadł na miejsce.
Kilka dziewczyn pisnęło coś w stylu " to serio prawda??", rozległ się cichy szloch co wrażliwszych.
Z niepokojem zawiesiłem wzrok na moim koledze z ławki.
Jego oczy zaszkliły się.
Odwrócił głowę w moim kierunku.
- Junhong... - dziś po raz pierwszy usłyszałem własny głos. Miałem chrypę.
- Nie przeczytam zadania, Jae. - głos Zelo zatrząsł się, po czym spod powiek przyjaciela wyciekło kilka dużych łez.
Zarzuciłem ręce na jego ramiona, wtuliłem go w siebie.
Jego łzy skapywały na moje ramię.
Czułem, że płonę smutkiem.
Po powrocie ze szkoły, mama podała mi obiad. Zanim zacząłem jeść, przypomniała mi się wiadomość o morderstwie Kyunghae.
Straciłem apetyt.
Mama usiadła obok mnie, zatroskana spojrzała na pełny talerz.
- Nic nie zjesz? Co się stało? Coś w szkole? - zasypała mnie od razu kaskadą pytań, a ja poczułem jakby kamień skrępował mi gardło.
- No... - zacząłem, ale oddech sprawił mi trudność. Nie, nie będę płakał przy mamie, muszę wytrzymać. - Dzisiaj zdałem sobie sprawę...
- Że?
- Że... - zawiesiłem na chwilę głos i poczułem, że mam ciarki. - Że nie mogę znieść widoku łez Junhonga.
Mama objęła mnie i przytuliła.
Nie powstrzymałem emocji już ani chwili dłużej.
Całą noc śnił mi się tamten moment w szkole. Mężczyzna nagle mówi, że profesor Kyunghae nie żyje, a ja widzę sposób w jaki go zamordowano; starszy nauczyciel ucieka ciemną uliczką, przewraca za sobą kosze. Za nim biegnie bestia. W oczach napastnika coś błyszczy, płonie.
On.. on się uśmiecha.
Skacze nieludzko zwinnie między budynkami. Nie mogę dostrzec jego twarzy. Kyunghae dalej bienie, traci dech.
Słychać strzał wygłuszony tłumikiem, ofiara upada na ziemię. Przestrzelona noga krwawi, zaznacza trasę za ugodzonym.
Bestia doskakuje do ofiary. Popycha go, dociska do ziemii. Nauczyciel zmuszony jest teraz patrzeć prosto na twarz niedoszłego mordercy.  Maluje się na niej dzikie podniecenie. Z pochwy u boku wyciąga niewielki nożyk.
Słyszę w głowie rozdzierający wrzask ofiary. W jego klatce piersiowej zatapia się powoli zimna stal. Oprawca równie niespiesznie ją zeń wyjmuje. Krew obficie rozlewa się po koszuli nauczyciela. Kolejne ciosy są precyzyjnie wymierzone, szybkie. Martwy Kyunghae leży na betonie. Gęsta czerwień paruje, tworzy gorące ślady w zimnym powietrzu otaczającym trupa i mordercę.
Bestia podnosi się, już bez uśmiechu, chce odejść. Zatrzymuje się. Wraca do miejsca zbrodni. Chwyta przypadkowy, żelazny pręt. Podchodzi do zamordowanego. Znalezionym narzędziem rozgrzebuje ranę w jego nodze. Kula utknęła w kości. Brutalnym pociągnięciem wyrywa ją z martwej tkanki, chowa do kieszeni. Nikt go nie znajdzie.
Nie wiadomo...
...kto zamordował naszego historyka.
Budzę się spocony. Otacza mnie ciemność, sapię. Jest mi niedobrze. Zamiast jednak zwymiotować zaczynam płakać.
Przed oczami staje mi wizja kryształowych łez, znaczących ślady na policzku Junhonga.
Nie potrafię spać spokojnie, kiedy w umyślę widzę ten moment.
Moje serce drze się na kawałki, jak papierowa kartka.
Następnego dnia w szkole nikt jakoś nie żartował rano.
Nie było słychać tylu śmiechów, co zazwyczaj.
Czułem się jakby... nieobecny.
Zadzwonił dzwonek.
Nie zjawił się.
Dziś Zelo pierwszy raz, od kiedy go poznałem spóźnił się na lekcję. Przyszedł z opuchniętymi, podkrążonymi oczami.
Nie spał.
Zajął miejsce obok mnie.
Zapatrzyłem się na niego, starając się bardzo, żeby zwrócił na mnie uwagę. Nic z tego; wypakował się tylko i zanotował temat.
- Zelo... - szepnąłem przy chwili nieuwagi nauczycielki.
Nie odwrócił się.
Przez cały dzień jeszcze kilka razy próbowałem do niego zagadać. Nie odzywał się do nikogo.
Pod koniec zajęć, kiedy już z torbą w ręku otwierałem przeszklone drzwi naszej szkoły...
- Youngjae! - usłyszałem za plecami. Obróciłem się ospale, ujżawszy Zelo otworzyłem szerzej oczy.
- Young... - powtórzył, po czym wpadł w moje ramiona, drżąc lekko. - Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.
Zasępił się, po czym skruszony opuścił głowę w dół.
Uśmiechnąłem się i wtuliłem go w siebie czule.
- Nie szkodzi. - odparłem, a on odsunął się i rozmazał po policzku łzy sączące się z jego oczu.
Na ten widok moje serce ugodził przeszywający smutek.
W pierwszym momencie nie zdałem sobie sprawy z tego, że ja również płakałem.
Junnie sięgnął do mojej twarzy, przecierając wierzchem dłoni kropelki, które po niej spływały.
Uśmiechałem się.
Potem powiedział, że musi iść do tego nowego nauczyciela od historii, bo prosił go, by został po lekcjach.
Uśmiechałem się gdy mi machał.
Z uśmiechem wróciłem do domu.
Uśmiechałem się.
Uśmiechałem.
Do końca dnia.
W nocy byłem spokojny.
Te koszmarne wizje z wczoraj już mnie nie nękały.
W myślach widziałem uśmiech Zelo.
Czułem spokój.
Następnego nie pojawił się w szkole.
A ja nie mogłem zacząć żyć. ~

C.D.N.
Sai

No ja nie wiem co robię, zakochuję Youngjae w Zelku, niech będzie, i tak jest frajerem XD

czwartek, 7 listopada 2013

"Niebieski egoista"

Itoshii hito

Czyli Sai nie może uwierzyć, że Miyavi przyjeżdża w
do Krakowa i z radości skrobie ekspresyjkę o miłości.
Zespół (Wykonawca): Miyavi
Paringi: Miyavi x Miyavi (tak piszę schizy, to jest spoko .-.)
Typ: Angścik
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Meeva)


"Drogi człowieku, nie płacz..."
Starałem się. Miałem zachrypnięty głos i siły na wyczerpaniu. Ale się nie poddawałem. Chyba, o ile dobrze pamiętam.
Walczyłem o wolność. O niewinną wolność. O nagą wolność unurzoną w rumiankach. O wolność nieba i chmur, i wiatru. O wolność z nas.
Był najbliżej mnie. Bronił, gdy upadałem po trzykroć. Walczył, gdy ja mdlałem z wycieńczenia. Za mnie przyjmował ciosy i obelgi. Był moją największą miłością.
"Drogi człowieku, wszystko jest dobrze..."
Był we mnie, a ja w nim. Nie musiał mówić, bym go słyszał. We własnym odbiciu odnajdowałem jego piękno. Chowałem w sobie skarb jego kalectwa. Zawsze był we mnie, bez względu na wszystko. Karmił mnie swoją wiecznie obecną miłością.
Był mną.
Każde szczęście przeżywaliśmy razem, gdy upadłem ja, on był obok.
W nocy gładził moje włosy i całował moje dłonie. Był moim snem i rzeczywistością, i myślą, i pragnieniem.
W moim życiu, jego historia pisała się równoczesnym wersem.
"Drogi człowieku, nie zamykaj oczu..."
A w końcu umarł. Jego przestrzelone czoło sączyło moją krew. Płakałem. On także. Ginąc zabierał mi oddech. Moje serce zamierało, jego przestawało tłoczyć krew. Cichliśmy nierozłącznie. Zabijaliśmy siebie wzajemnie swą śmiercią. Traciliśmy miłość i życie.
Ktoś we mnie wycelował i strzelił. I umarł on w moim ciele. Tak długo go w sobie więziłem, jak słowika w złotej klatce. Przez karmazynową wyrwę w czaszce uciekła moja myśl, uleciały marzenia. Odleciał ode mnie i już nigdy, jak to życie, nie wrócił.
Umarłem.
Na niebiesko.

THE END
Sai

Just Miyavi.

wtorek, 5 listopada 2013

"Jesteś moim życiem... wiesz?" pt.3

Rośćau 3

Czyli rozpacz Thundera i kolejny mini-dramat. 
Zespół: M.B.L.A.Q
Paringi: -w tym rozdziale brak- (dla person obdarzonych czarnym poczuciem humoru - Cheondoong x ostrze maszynki XD jestem potworem)

Typ: angst
Narracja: Trzecioosobowa

Wszystkim pewnie wydawało się, że to jednak jego wina. Że fakt, Mir zachował się gorzej niż źle, jednak wszystko spowodował on.
Czy chciał to osiągnąć?
Oczywiście, że nie, byli zawsze świetnymi przyjaciółmi.
Ale wiedział. Był świadom co rozgrywało się między Mirem i Joonem. Wiedział, że łączy ich coś na prawdę wspaniałego. I mimo to zachował się w taki, a nie inny sposób.
Dlaczego?
I to jeszcze na wizji?
Nie miał pojęcia.... coś mu tak podpowiedziało.
I chcąc nie chcąc, prawda dotknęła i jego.
Był zdruzgotany.

Joon chciał zostać na balkonie sam, więc Thunder cofnął się i udał do swojego pokoju. Próbował sobie wszystko tłumaczyć, usprawiedliwiać się. Gdy siedział u siebie na łóżku, poczuł duszność. Wstał, chwiejnym krokiem dobywając klamki do łazienki. W niej, zawisł ciężko nad umywalką, puszczając maksymalnie dużym strumieniem lodowatą wodę.
  Zanurzył w niej twarz, przy okazji mocząc nieumyślnie włosy. Przetarł oczy ręcznikiem i wpatrzył się we własne odbicie.
Postąpił... na prawdę cholernie źle.
Na prawdę obrzydliwie.
Nie może pozostać bez kary.
Nieprzytomnym krokiem doszedł do szafki na drugim końcu łazienki. Z niej wydobył maszynkę do golenia.
- T.. to przeze mnie... Mir tak cierpi... to wszystko Twoja wina!! - wrzasnął rozpaczliwie w kierunku swego odbicia w lustrze. Docisnął maszynkę do nadgarstka i szybkim, strachliwym ruchem przeciągnął ją po nim, torem równoległym do ostrzy. Przez chwilkę z przerażenia przestał oddychać, zamarł i czekał. Po kilku sekundach dłużących się w nieskończoność, na jego skórze pojawiły się trzy czerwone ślady. Ślady te powoli pęczniały, po czym przekraczając swój największy rozmiar, spływały intensywną czerwienią po dłoni chłopca, znacząc na końcu podłogę łazienki.
Thunder drżał.
Nie pojmował co właśnie zrobił.
To stało się na prawdę?
Niemożliwe... niee... to tylko sen.
Oczywiście. Jawny sen, może robić co chce. Nie zrobiłby tego na jawie.
Nic się nie dzieje...
Już dobrze...
To tylko sen.
Po kilku minutach takiego rozumowania, Cheondoong upadł nieprzytomny, tuż przy szafce, z policzkami usianymi gorzkimi łzami, w bordowo-czarnej kałuży krwi.
Już dobrze to tylko sen.
Do tejże łazienki wszedł po chwili G.O. Prawdopodobnie tylko przez to Thunder pozostał przy życiu.

Po tym incydencie, sprawa przedstawiała się następująco: Cheondoong dalej winił o wszystko siebie, Mir twierdził podobnie, choć jego gniew na Thundera kolosalnie zmalał po tym co zaszło - bał się nie tylko o zdrowie przyjaciela, a również o jego życie, co ponownie mocno nim wstrząsnęło. Joon winił Mira, w głębi mając pretensje tylko do siebie, G.O. był w szoku po tym czego był świadkiem, a i tak, całą sytuację na barki brał Seungho.
M.B.L.A.Q. trzęsło się w posadach, każdy dzień rodził niepewność. Pięciu chłopców połączonych miłością i przyjaźnią, dzielić zaczynała zdrada, nienawiść, zazdrość, zemsta i poczucie winy.
Przelanymi łzami, zaczęli sami sobie tworzyć jezioro smutku, w którym podtapiali siebie nawzajem. A brzegu jak na razie, nikt nie mógł się dopatrzeć.
Kolejne dni przeżyli w grobowej atmosferze. Ze względu na stan fizyczny Thundera, oraz psychiczny tak jego jak i Mira, odwołali kilka koncertów w przód, by ustabilizować sytuację. Nawet menadżer zaczął nieźle bać się o przyszłość zespołu. Praktycznie nic bowiem nie dawało nadziei na jego przetrwanie.
Po kilku próbach nagrania czegoś, integrowania się, po spotkaniach z psychologami i innymi pomocnymi ludźmi, zapadła decyzja; M.B.L.A.Q. się dezaktywuje.
Tak chłopcy, jak i miliony fanów były tym faktem poruszone. Pojawiały się sprzeciwy, wystąpienia, jednak dla dobra dawnych członków zespołu w końcu z żalem pogodzono się z odejściem boysbandu ze sceny na jakiś czas.
Wszyscy konsultanci stawiali taką samą radę - chłopcy muszą od siebie odpocząć. Ukoją nerwy, wyciszą się i kiedy tylko będą chcieli wrócą do składu z nową energią, i nastawieniem. W teorii brzmiało to całkiem nieźle. Plan wydawał się najlepszym z możliwych; a tych nie było zbyt dużo.

Joon z Thunderem wynajęli mieszkanie w bloku, razem otrzymując większą sumę pieniędzy na start. G.O. trzymał się mocno przy Seungho i chyba ostatecznie zatrudnili się w jakiejś małej szkółce tańca, robiąc im niezłą reklamę.
Mir trudnił się w kilku miejscach, jednak w końcu osadził się w klubie nocnym, jako praktykujący barman. Było to jedno z niewielu miejsc, w których nie czuł się jak szmata. Być może dlatego, że otaczali go w głównej mierze alkoholicy i dziwki. Czasem przy pokazie zapatrywał się na niektóre z nich, tańczyły momentami całkiem nieźle, jednak nigdy nie był jeszcze podczas występu gwiazdy lokalu, łamacza serc i ponoć także znanego koreańskiego muzyka. Nikt z obsługi nie chciał jednak Mirowi zdradzić imienia tajemniczego tancerza. Mówili tylko półsłówkami, że jest piękny i uroczy z zewnątrz, lecz skrywa wnętrze prawdziwej bestii.
Wołali na niego "Animal". ~


C.D.N.
Sai

Hyhyhy... przynajmniej zakończenie nie zapowiada w następnym rozdziale tyle angsta, ne? No więc czwarty rozdział wyzbywa się scen dramatycznych (chyba ;;).

 



 






 

niedziela, 3 listopada 2013

"Jesteś moim życiem... wiesz?" pt.2

Rośćau 2

Czyli Mir i młodej księżniczki rozterki (pierwszy okres). Znów angstowe zakończenie i biedny Seungho, tak - jestem okrutnym potworem. Enjoy.
Zespół: M.B.L.A.Q.
Paring: JoonDoong
Typ: Angst
Narracja: Trzecioosobowa


Rano Mir czuł się nijako - nie zbyt wiedział co ze sobą zrobić. Chciał wstać, ale mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa. Po momencie ktoś otworzył drzwi do jego pokoju. W progu stanął Seungho.
- Dzień dobry... już czujesz się lepiej? - mruknął lider,  pełen troski i nadziei.
- Tak... Chyba... - odparł maknae mało przekonującym głosem.
Hyunga opuścił, pierwej przybrany promienny uśmiech. Podszedł do łóżka młodszego i ułożył dłoń na jego czole.
- Przynajmniej ochłonąłeś... gdy wróciliśmy miałeś jeszcze gorączkę. Nie pamiętasz prawda?
Mir przecząco pokręcił głową. Prawda była taka, że nie pamiętał nic poza tym niezmierzonym bólem w sercu.
- Joon chciał się z Tobą zobaczyć. Był wczoraj bardzo zmartwiony Twoim stanem. Baliśmy się wszyscy, ale on chyba najmocniej...
- Karz mu się jebać. - wtrącił szybko Mir, nie pozwalając liderowi skończyć.
Ten przez chwilę był zbyt zszokowany, by powiedzieć cokolwiek.
- Karz, mu, się, jebać. - wycedził maknae, ze stoickim spokojem, wręcz z delikatnym uśmiechem. - Przekaż dokładnie, żeby nawet nie próbował tu przychodzić.
- A-ale Mir... - zaczął lider drżącym głosem.
- Nie. Żadnych ale. Po prostu go tu nie chcę.
Zapadła cisza.
- Jak chcesz. - odparł w końcu hyung, podchodząc do drzwi zdecydowanym krokiem. - Ja też nie będę Ci już zawracał głowy. - rzucił mu przez ramię, po czym wyszedł bez słowa.
Oj.
Coś zakuło maknae w środku.
Zabolało.
Jakaś mała drażniąca igiełka... nie irytująca, ale przygnębiająca. Gdy blondyn już zaczynał mieć wyrzuty sumienia, ta jego druga strona chwyciła Seunghową igiełkę i wpychając sumienie w cień przełamała ją na pół.
- Nie uronię przez Ciebie... - warknął Mir przez zaciśnięte zęby. - Już ani jednej łzy. Nigdy. - po czym wstał i zaścieliwszy łóżko, w samych bokserkach opuścił pokój, udając się na śniadanie.
Atmosfera wśród pozostałych członków zespołu była... nie najlepsza. Było to spowodowane po części przez wydarzenia z poprzedniego dnia, a po części przez słowa od Mira, przekazane przez Seungho.
Gdy maknae zszedł w końcu do reszty, wszyscy się ożywili.
- Mir, nareszcie! Jak się czujesz?? - pierwszy wyrwał się Thunder, jak gdyby nigdy nic.
- A Twoje samopoczucie? Wszystko ok?  - odpowiedział maknae pytaniem na pytanie, zbyt słodkim głosem.
Cheondoong zamilkł zbity z tropu zgaszony, czy wręcz speszony.
- Mir, mógłbyś się powstrzymać z takimi odzywkami? - rzucił spokojnie Joon, spoglądając karzącym wzrokiem na blondyna. Ten nie czekając wyrwał się z kolejnym aroganckim tekstem.
- A mógłbyś pilnować swojego ogona? - mruknął, wbijając w bruneta nienawistne spojrzenie.
- Co jeszcze powiesz, hm? - Joon podszedł do rozmówcy poirytowany i zmierzył go z góry.
Ten zamilkł, jak kamień. Fakt faktem, nie pozbył się uczucia, jakim darzył Lee, starał się je tylko stłumić.
I właśnie przez to, teraz nie odezwał się już ani słowem. Chwycił rogalik z budyniem i zaczął go łapczywie konsumować.
Joon uznając to za zwycięstwo odstąpił od maknae w kierunku Cheondoonga, przy czym obejmując go na moment westchnął cicho. Chwilę później wyszedł na balkon. Thunder udał się za nim. Mir skończywszy jedzenie także opuścił kuchnię i tym sposobem zostali w niej tylko G.O. i Seungho.
Kruczowłosy miał minę mocno przygnębioną, lider dłubał w zębach wykałaczką.
- Każdy zespół przeżywa kryzys, to taka próba. - mruknął Seungho, starając się lekko oswoić się z sytuacją.
- Obyśmy jej podołali. - odparł niemrawo G.O., po czym również wstał i opuścił pokój.
Lider został sam. Był w tym sam, tak. Wiedział o tym doskonale. On musiał zadbać o przetrwanie zespołu, obowiązek ciążył na jego barkach. Był świadom, że bez niego reszta pożarłaby się teraz ze sobą jak dzikie psy. On ma utrzymać ich razem. I nie może nawalić.
- Musisz sobie poradzić, kretynie.. - mruknął sam do siebie splatając dłonie z tyłu głowy i pozwalając potoczyć się po jego policzku niewinnej łzie kogoś, kto właśnie bierze odpowiedzialność za los, i szczęście innych.
Małego dziecka, przymuszonego do wkroczenia w bezlitosny świat dorosłych.

C.D.N.
Sai

No wiem wiem... krótkie i wgl przykre takie. Ale następny rozdział już za dwa dni. Don't worry... be happy... ;__;











piątek, 1 listopada 2013

"Jesteś moim życiem... wiesz?"

Rośćau 1

Czyli odrobina dramatyzmu od Saiki.
"To moje życie, nie będę dalej należał do Ciebie! Skończyło się, dorosłem! Wykorzystuj sobie Thundera, ja mam dość! Dość Ciebie i dość wszystkiego!"
Zespół: M.B.L.A.Q.

Paringi: JooMir; JoonDoongSeungMir
Typ: Angst
Narracja: Trzecioosobowa


Zaczęło się... bardzo dawno temu. To siedziało w maknae prawie od samego początku. Gryzło, wierciło, nie dawało spokoju. Chciał, żeby wszystko wyszło tak ślicznie jak w dramach. Chciał być wolny i szczęśliwy. Jednak w pewnym momencie... coś w nim pękło.
Zapamiętał doskonale ich pierwszy pocałunek. Najbardziej bogaty w emocje moment jego życia. Najbardziej pozytywny. Nie będzie lepszego. Joon był wtedy inny. A może to on sam za bardzo się zmienił? W sumie... teraz to już i tak nie istotne.
Za dużo wtedy mówił. Nadmiar uczuć wylewał z siebie przez słowa, obietnice, przysięgi. Zadłużył się. Zmienił zdanie.
W zbyt wiele wtedy wierzył. Byle słówka rzucane na wiatr podtrzymywały go wręcz przy życiu, dawały czystą i wielką radość. To był kolejny powód, dla którego teraz tak się znienawidził - dawna wiara w kłamstwa.
Kiedy się poddał? To było... pewnej zimy.. wtedy się zaczęło...

"Loving you forever... I pray for you.". No i niby ciągle źle, do kurwy! To za gładko, to za cicho, to barwa zła, to głos się zatrząsł! Fuck! Ile można?!
 Seungho powoli wychodził z siebie, G.O. też był nieźle podenerwowany. Joon... spał jak zwykle, Cheondoong pieklił się o byle gówno, a Mir najchętniej wyszedłby i chociażby przećwiczył któryś układ. Wszystko byle by tu dłużej nie siedzieć. I nie słuchać tak wielkiej dawki siarczystych przekleństw, na dodatek z ust hyungów. Zawsze go to raziło. Sam dbał o język i wymagał tego od rozmówców. Joon też nie lubił kląć.
 Maknae rozpaczliwie szukając drabiny na powierzchnie, w tworzącym się w studio dole, w końcu z determinacją przeczołgał się w stronę jego śpiącej pod ścianą miłości.
 - Joonie.... Joonie... - szeptał nad nim, delikatnie trącając opuszkami palców jego ramię. - No Jooon... - jęknął w końcu znudzony.
 Jedyną reakcją bruneta było to, iż w momencie objął Mira w pasie, przyciągnął do siebie i wtulił, niczym pluszowego misia.
 Maknae udając, że chce odejść i niezmiernie mu niewygodnie, napawał się kolejnymi momentami, które spędzał wspólnie z Lee.
Kochał go, naprawdę.
Całym sercem.
Był jego.
Wyłącznie jego.
I był z tym szczęśliwy.
 Joon co pewien czas głęboko wzdychał przez nos, w końcu również tym, obwieszczając, iż właśnie się obudził. W tym momencie Mir bawiąc się kosmykiem włosów hyunga, wdzięcznie pocałował jego policzek. Brunet przyciągnął maknae bliżej i tak go tuląc jeszcze na moment zmrużył powieki, kusząc się na dodatkową, kilkuminutową drzemkę.
 W sumie teraz Mir miał już w dupie, wszystkie kłótnie reszty z M.B.L.A.Q, autentycznie - wcale mu nie przeszkadzały. On siedział pod ścianą, tulony przez pana swego serca. Nie potrzebował niczego innego.

  Ćwiczyć układ zaczęli zdecydowanie za późno, ale lepiej tak niż wcale. Grafik tego dnia mieli nieźle napięty, wieczorem jeszcze występ w Weekly Idolu, a popołudnie zbliżało się ogromnymi krokami. Jakoś to jednak minęło, maknae nawet nie spostrzegł kiedy znaleźli się w studio programu. Siedział przy nim Lee, który naturalnie trzymał dłoń na udzie Mira i delikatnie je gładził, a dalej Thunder.
W pewnym momencie dość niespodziewanie, Cheondoong objął Joona i przytulił się uroczo do jego ramienia.
"Zazdrosna suka... " przemknęło dumnie przez myśli maknae, jednak w głębi serca poczuł kujący niepokój.
Joon także objął blondyna, jedną ręką.
Czemu?
Po co to zrobił?
 Mir był... niespokojny. Czuł mały zalążek strachu. O jego szczęście. O przyszłość.
Często miewał takie lęki, ale wtedy bez przeszkód szukał Joona i o wszystkim mu mówił. On zawsze go wspierał. Też go chyba kochał. Chyba? Tfu! Oczywiście, że go kochał, to była ich wspólna miłość... tak?

  Program zaczął się i na szczęście przestali się obściskiwać. Równocześnie jednak, zniknęła także dłoń z uda Mira. W końcu nagrywają, nie można się tak obnosić ze związkami na wizji.
Jasne, luzik.
Luzik...
... Tylko czemu, kurwa, w trakcie programu ta mała dziwka znów zaczęła tulić się do jego hyunga?
 I tym razem Joon obdarzył go drobnym uściskiem.
Co się dzieje... serce Mira kołatało nerwowo, bał coraz mocniej, nie pokazując po sobie jednak ani kszty niepokoju. Pod maską uśmiechu chował swój, stopniowo i nieprzerwanie rosnący lęk.
 Oczywiście musiało stać się najgorsze - zawsze wścibski i chytry prowadzący wyłapał czułości Lee i Thundera, w momencie zaczynając o nie wypytywać, i wiercić temat.
 - Thunder, widzę, że znalazłeś nową przytulankę.... - rzucił jadowicie.
 - Ehh... żeby jeszcze ta przytulanka chciała ze mną spać! - zaśmiał się Cheondoong, wtulając się w Joona tym bardziej.
Wszyscy zaśmiali się sztucznie.
Oprócz Mira. On tylko lekko się uśmiechnął.
 ... Co jest do chuja pana?
Co właśnie się dzieje?!
Czy jemu to się przypadkiem nie śni?
Nie nie... to rzeczywistość... która się zawala.
 Maknae czuł się, jakby ktoś z siłą churaganu zmiatał grunt spod jego nóg. Nie miał na czym stać. Z zewnątrz permanentnie się uśmiechał. Jego wnętrze było już jednak popękane i kruche bardziej niż kiedykolwiek.
 - A więc Joon nie chce być pluszowym misiem dla Cheondoonga, mam rację Joonie? - mrunkął drugi z prowadzących, puszczając Joonowi oczko.
Brunet chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
Mir wyczekująco wpatrywał się w hyunga...
Nad czym on myśli, nie chce, żeby blondynek się do niego kleił, na pewno nie chce!
- Nie w tym rzecz.. - zaczął niejednoznacznie Lee, dalej głowiąc się nad odpowiedzią.
 - W takim razie w czym Joonie? Czy chcielibyście się czymś z nami podzielić?? - wiele wzroków po tej wypowiedzi prowadzącego utkwiło w Joonie. Jeden z nich wyjątkowo lękliwy, roztrzęsiony i spragniony miłości.
 - Heh... nie sądzę, by było się czym dzielić. To tylko moja nowa posada, misia pluszowego! - roześmiał się nerwowo tancerz, czochrając włosy Thundera.
Mir wcale nie czuł się lepiej. Serce biło mu w piersi jak szalone, nie miał pojęcia co powinien teraz zrobić.

 Aż w końcu zostało na dobre przestrzelone... ziścił się jego najgłębszy, najgorszy lęk; w pewnym momencie Thunder pochylił się tak, że jego usta dotykały ucha Joona, szepcząc, na tyle głośno, by bez trudu usłyszeli wszyscy inni:
 - Saranghae, misiu pluszowy...
Joon już zupełnie zakłopotany i skołowany objął Cheondoonga pewniej, po czym nie wiedząc co czynić ucałował jego policzek dwa razy.
 Mir poczuł ucisk w brzuchu. Było mu niedobrze. Czuł się tak, jak ludzie, którzy zaraz mają skoczyć z wieżowca. Jego świat, przez jeden wieczór popadł w kompletną ruinę. Wtedy po raz pierwszy dopuścił do siebie myśl o tym, że Joon mógł cały czas go okłamywać.
- Mir, wszystko gra? Okropnie pobladłeś... - rzucił G.O. troskliwym głosem.
- Nie czuję się zbyt dobrze... - wychrypiał maknae wpatrując się zimno w przestrzeń.
 - Mir będzie chyba musiał nas już opuścić, pozwólcie, że go odprowadzę, - zadecydował Seungho, trzeźwym umysłem szybko trawiąc sytuację.
W momencie chwycił maknae pod rękę, obaj się skłonili, po czym opuścili studio. Noc była przeraźliwie zimna.
- Mir, co jest? - spytał lider zaraz po opuszczeniu budynku.
 - Niedobrze mi... - stęknął chłopiec, po czym ze łzami w oczach odwrócił się od Seungho i zginając się w pół, zwymiotował na ośnieżony chodnik.
 Lider bez namysłu objął go i delikatnie gładząc jego plecy pozwolił mu skończyć. Mir popadł w niepohamowany szloch. Nieskładnie jęczał wyrazy pozbawione sensu, łkał głośno, łzy maknae topiły śnieg na ulicy.
 W powietrzu unosił się kwaśny, drażniący zapach, Mir płakał na cały głos, Sehungo go tulił. Chłopiec dławiąc się łzami, zaczął niebezpiecznie drżeć, a wręcz trzęść się croaz mocniej. Lider był poważnie zaniepokojony.
 - Chodź... chodź, pomogę Ci, idźmy stąd... chodź do łazienki, umyjesz się... - cedził hyung, pomagając maknae stać i zaczynając chwiejnym krokiem prowadzić go spowrotem do studio, a potem prosto do łazienki.
 Tam, Mir po wielu próbach odezwania się, roztrzęsionym głosem nieskładnie wyjaśnił Seungho co się stało, co czuje i czego się boi. Ten wcześniej myjąc chłopca i uspokajając go, teraz słuchał uważnie, próbując zrozumieć, co mu młodszy opowiada.
W pewnym momencie zapadła długa, oczyszczająca cisza. Maknae siedział skulony pod ścianą, lider zespołu tuż obok niego.
On także nie wiedział co zrobić.
Nie miał bladego pojęcia.
Nie wiedział ani co powinien, ani co jest w stanie. No i w związku z tym... co będzie dalej? Z Mirowym skołatanym sercem, no i z całym ich zespołem.
Młodszy chłopiec pustym wzrokiem lustrował kafelki podłogowe. Nie myślał o niczym, tylko i wyłącznie czuł. Ale nie tak błache, przyziemne rzeczy jak chłód, czy niewygodę.
Czuł nicość.
Wydawało mu się, że czuje to, co jest po śmierci.
Jest wtedy tylko zasrane, głuche, ślepe i bezsensowne nic.
Nigdy.
Nikt.
Nigdzie.
Po prostu nic.

Seungho milczał. Nieco bał się, że cokolwiek powie, będzie głupie i płytkie. Objął Mira ramieniem. Nadal nie powiedział ani jednego słowa. Cisza stawała się nieznośna.
 - Seungho... - szepnął w końcu maknae, sprawiając wrażenie ofiary jakiegoś wypadku, będącej w wielkim szoku.
- Tak? - odparł lider bez wahania, dziwiąc się, że chłopiec sam się odezwał.
 Mir zamilkł na moment, w końcu przenosząc wzrok pełen niejednoznacznych emocji, na swego hyunga.
- Pocałuj mnie. - odezwał się w końcu tak cicho, że ledwo dosłyszalnie.
 - C... Co takiego? - rozmówca wpatrywał się w Mira niezrozumiałym wzrokiem.
 Ten nie powiedział już nic, jego powieki opuściły się do połowy, lekko się przygarbił, wzrok opuścił na powrót na białe płytki.
 Seungho był zakłopotany jak nigdy. Gdyby nie fakt, że nie wiedział kompletnie co począć, skończyłoby się to inaczej...
W pewnym momencie po prostu ujął twarzyczkę Mira, powoli i delikatnie łącząc ich usta w pocałunku. Niby wcale tego nie pragnął, a mimo to coś pokierowało nim w ten, a nie inny sposób.
 Maknae od razu, bez zastanowienia objął szyję lidera, spod jego powiek w momencie wytoczyły się gorące łzy. Chwilę trwało, nim Mir zdołał wcisnąć się na kolana hyunga, Seungho bardzo nie chciał doprowadzać tego do czegoś więcej.
 - Seungho... nie zostawiaj mnie tu... błagam. - wyszeptał Mir, siedząc okrakiem na udach lidera. Ich oddechy splatały się całkowicie, maknae szeptał wprost w usta hyunga. - Proszę... - westchnął ponownie, roniąc kilka kolejnych łez.
 - Nie zostawię... jestem przy Tobie. - Seungho delikatnie pogładził mokry od płaczu policzek Mira. - Jestem tu... - powoli zbliżył się do jego twarzy. - Spokojnie... - ujął prawą dłoń chłopca splatając ją z własną.
 Wcale nie zamierzał tego, co właśnie się działo. Dawał tylko maknae bliskość, której ten tak rozpaczliwie potrzebował w tej chwili. O którą żebrał, jak biedak.
Znów połączył ich pocałunek, Mir ocierał się o klatkę piersiową lidera, ten błądził dłońmi po ciele chłopca.
 Usta Seungho lądowały co chwilkę na zimnej skórze chłopca, ogrzewały ją, punktowały czerwonawymi śladami. Wkrótce spomiędzy warg maknae zaczęły wydobywać się przeróżne, tłumione na wielorakie sposoby stęknięcia.
Chłopiec mocno odchylał głowę do tyłu, pozwalając liderowi na pełne namiętności obcałowywanie swej szyi.
 Chcąc nie chcąc, Seungho był mocno pobudzony tym całym ocieraniem się Mira, walczył ze sobą, by go w tym momencie nie skrzywdzić.
 Jednak chłopiec w najmniej oczekiwanym momencie opadł w ramiona hyunga, wyciągając dłonie spod jego bluzy i wzdychając bardzo głęboko.
 Seungho poczuł niezwykłe wzruszenie. Pragnienie jakie w nim wzrosło od razu straciło na sile, rozczulił go widok zmarniałego rapera. Był w końcu tak rozgoryczony, emocje omal nie przytłoczyły go na dobre. Lider mimo lekkich wyrzutów sumienia czuł, że postąpił wobec niego dobrze. A przynajmniej wybrał najlepiej z tego, co mógł zrobić.
Mirowi wystarczył moment, by poprzez stres, pożądanie i płacz, zasnąć w ramionch hyunga w mniej niż chwilę.
 - I co ja mam teraz do cholery zrobić... - westchnął lider, obejmując maknae i składając delikatny pocałunek na jego głowie. - Ty masz łatwo... - mruknął przeczesując jego włosy. - Śpij...


C.D.N.
Sai

Well... zaczęłam to opowiadanie już dawno, więc mam co dodawać, przez jakiś czas. Mam nadzieję, że mimo smuteczków i płaczu, którym je naszpikowałam, przypadnie do gustu. Do następnego Rośćauu.