Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LeoBin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LeoBin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 października 2014

"StarLIGHT" pt. 1

Wchłonąć blask i zasnąć.

Czyli jak to jest, kiedy nie umiesz świecić, król Hongbin i trójkąt downów... Wut ;;"
Zespół: VIXX
Paringi: LeoBin, HakYukSik (dunno)
Typ: Fluff, Filozoficzny, lekko Angst
Narracja: Trzecioosobowa

To nie jest opowieść o miłości. To jest któtka, nie zbyt zróżnicowana pod względem rozwinięcia, wielowątkowości i fabuły historia.
Dwóch głównych bohaterów to członkowie jednego zespołu, fantastycznie rokującego wśród młodzieży, utalentowanego zespołu młodych, energetycznych ludzi o wysokich ambicjach. Są oni doskonale świadomi swojej, przydzielonej z góry, roli. Mają pozycję i sławę, mają fanów i ich zazdrość, mają podróże, kontrakty, znjomości. I mają siebie.
Jung Taekwoon i wszystkie jego problemy podniosły się z średnio przydatnej, czerwonej sofy. Okrążyli kilka razy salon, różnymi trajektoriami, po czym zatrzymali się tuż przy oknie, z nosem przytkniętym do zimnej szyby. Rysował się tam deszczowy, przyduszony wieczór pędzących ku neonom, pochlapanych człowieczków.
Fluorescencyjne pary, jaskrawi przyjaciele, świetlana przyszłość, całe to miasto i każdy jego aspekt emanował pewnego rodzaju blaskiem. Jak robaczki świętojańskie, wszyscy urzędnicy, robotnicy, wszystkie małolaty żywe nie swoimi życiami. Czasem trudno było rozróżnić jedno światełko od drugiego, ich kolory i natężenia, i kierunek ich promieni. Każdy mimo to lśnił z własnego, konkretnego powodu, szczęściem, nadzieją, miłością, albo z drugiej strony ostryą, burgundową nienawiścią, czy śliwkowym gniewem. W końcu każdy ma swoje emocje, każdy roztacza wokół ich światło.
I tylko Taekwoon z przyklejonym do szyby nosem, nie wysyłał żadnej kolorowej jasności ku innym. Był jak próżnia, on przyciągał i wsysał inne światła, ale nic z tego nie zyskiwał, bezustannie trwał w zepsutej żarówce swojego życia, ciekaw, czy kiedykolwiek uda mu się ją naprawić.
Ciekaw to dobre słowo, bo nie miał szczególnej potrzeby zapalenia swojej egzystencji. Tak jak teraz było mu wcale nieźle, nie musiał udawać ledowego światełka. Imitowanie czegokolwiek było ostatnim z jego zamysłów.
Minuta spędzona przed ekranem okna wysyciła jego brak planu na tyle, że postanowił nie skupiać więcej uwagi na czyichś lśnieniach.
Godzina siódma, minut dwanaście, nie zagłębiając się w sekundy, które zdążyły już drastycznie przybrać na liczebności. Masa miesięcy, jeszcze więcej tygodni, nie mówiąc o pojedynczych dniach - tyle aktualnie znaczyło życie Leo. Nieco zroszone pasją, przepasane zwycięstwami, nasączone bezświetlnoscią i traceniem nerwów na błahostki. W ogóle każde uczucie, które dzielił z kimkolwiek innym niż on sam, sprawiało wrażenie przykrywki dla nicości. Bardziej, lub mniej urodziwego pudełeczka. Gdyby je podsumować, to jedyne co w nim lśniło, to lightsticki fanów, kochających go za byle co.
Opatulił się kocem, pierwej artystycznie rozrzuconym na sofie, teraz zagrabionym przez bezświetlnego księcia. Jego pokój, pogrążony w półmroku, przywodził na myśl ciemnię, w której niedobitki wspomnień dokonywały przywileju ostatniej woli. Z szeroko otwartymi oczyma, osobiście dopatrywał agonii kolejnego przeżycia. Wtedy drzwi się otworzyły i ktoś, kto przez nie przeszedł roziskrzył w pokoju złoty blask.
- Hej Leoś, co porabiasz? - nowo przybyły rozsiadł się tuż przy boku Taekwoona, otaczając go ramieniem.
- Dobijam. - mruknął ten w odpowiedzi, mrużąc powieki, celem ochrony oczu przed niespodziewanym światłem drugiego człowieka.
- Hm?
- Nic takiego.
- To może zejdź do nas? Mamy ciastka i alkohol, jest karaoke, Ken płacze, że nie ma z kim piać, Hyuk śpi na Ravim, tak samo, jak z resztą N. Jeśli nie zejdzieszi,to to samo stanie się ze mną i będziemy mieć koszmary.
Taekwoon posłał podejrzliwe spojrzenie Hongbinowi, który, bądź co bądź, argumentacją nie poskąpił. Więc dźwignęli się, już razem i podreptali w kierunku skupiska świateł.
Takim świetlistym wieczorom wybłaganym przez Hongbina, Leo zawdzięczał swój spokojny sen. Nie udzielał się zbytnio, na odczepne pił dwa drinki i siedział cicho przez resztę dnia. Ale oni jakimś dziwnym sposobem bardzo cieszyli się z jego obecności, zupełnie jakby wnosił w ich posiadówkę coś wyjątkowego. W sumie to nigdy nie zastanawiał się jak to jest, kiedy ktoś - tak jak on - wsysa roztaczany przez Ciebie blask. Być może to wyjątkowo przyjemne uczucie i chłopcy łaknęli go właśnie przez to. W każdym razie, jemu to nie przeszkadzało, a wręcz dawało zabezpieczenie przed koszmarami. Samo w sobie nie było niczym szczególnym.
Obudził się jak zawsze w swojej chłodnej pościeli, z czystym umysłem i mało zadowalającym posmakiem w ustach. Odgarnął miękką, granatową kołdrę, usiadł na kraju łóżka i przeciągnął się, cicho pojękując. Zasłony broniły go od porannego blasku słońca, ale mimo wszystko w pokoju panowała osobliwa poświata. Taekwoon nie rozważał, czy to jego pręciki płatają figle czy to rzeczywiste zjawisko, ale wszystko w jego czterech ścianach niepewnie pobłyskiwało złotą aurą. Przetarł klejące się powieki i wziął głęboki, złoty oddech. Słońce znów wstało, przynosząc jemu i reszcie ludzkości nowy dzień. I pomyśleć, że świat opiera swe istnienie na świetle jednej planety.
Taekwoon stanął przed lustrem w swojej własnej łazience, przeczesał zmierzwione, jasne włosy i nałożył pasty na szczoteczkę. Patrząc w swoje odbicie zawsze nachodził go smutny nastrój. Zamiast oczu widział puste, ciemne przestrzenie, zamiast ust czarną dziurę, a całe jego ciało, jakby niewidzialny twór, ledwo dostrzegalny w odbiciu lustra. Tylko wtedy nachodziła go pewnego rodzaju nostalgia, tęsknota za światłem. Czasami zdarzyło się, że z pustki wypływały łzy, zupełnie jakby jego oczy wypluwały z siebie małe, przezroczyste kryształki. Oczywiście one tylko odbijały światło, nie emanowały niczym prócz chwilowej zadumy. Tym razem Leo również przetarł niewidzialne policzki.
- Smutno mi, bo nie świecę. - powiedział na głos, zachrypniętym od snu głosem.
- Smutno mi, bo nie świecę.
Odszedł od lustra, minął obojętnie i zostawił w nieładzie swoje łóżko, i wyszedł z pokoju, nie zamykając drzwi.
Pozostawiając na krótką chwilę bezświstlnego księcia samemu sobie, historia zbacza kurs na lśniącego złotem człowieka. Pogrążony we śnie, zdawał się być swego rodzaju rzeźbą, idealnym pomnikiem człowieka, pięknego w każdym calu. Odpoczywając, jego umysł nadal zużywał imponujące pokłady złotego blasku, tak, że jego pokój cały szlachetnie lśnił królewską aurą. Panowało w nim nie natrętne, przyjemne ciepło. Ten mały, spokojnie wyszywający leniwe sny świat, wkrótce otworzył się potulnie dla smutnego czynnika zewnętrznego.
Taekwoon przekroczył próg pokoju Hongbina drżącym krokiem, cicho zamknął za sobą drzwi. Podchodząc do łóżka, czuł ogromne ilości wchłanianego blasku. Odgarnął pościel, białą w beżowe wzory, usiadł i przekręcając się, położył. Nakrywając się kołdrą, czuł wszechogarniające go ciepło, bijące od śpiącego. Podkulił kolana i zamknął oczy, twarzą zwrócony do oblicza Hongbina. Ten czując niespodziewany powiew chłodu przebudził się, rozklejając niechętnie zaspane powieki.
- Leo...?
- Mh.
- Co się stało? - cichym, nierozbudzonym głosem zagarnął przybysza w ramiona, przylegając całą powierzchnią ciepłego ciała do jego chłodnej egzystencji.
- Smutno mi, bo nie świecę. - mruknął w odpowiedzi, wtulając się w źródło złotego blasku.
Zapanowała cisza. Hongbin bez słowa wplótł pace w kosmyki blond włosów Taekwoona.
- Świecisz.
- Nie, jestem czarną dziurą.
- Supernową.
- Po załamaniu emocjonalnym.
Kasztanowłosy westchnął cicho, mrużąc powieki i wtulając twarz w policzek Taekwoona.
- Dla mnie świecisz. Nie jakoś mocno, ale masz swój delikatny, wyjątkowy blask.
- Nieprawda, ja tylko odbijam to światło.
- Jak my wszyscy. To sprawia, że sami je wytwarzamy. - skwitował właściciel pokoju i poprawił uścisk, w którym zamknął pustkę.
Leo przez chwilę trawił te słowa, po czym powolnym ruchem wsunął dłoń na odsłonięty fragment szyi złotego człowieka, tym samym tworząc niezwykle wzruszający obraz; ciemny, granatowy mężczyzna, ufnie wtulony w drugiego, emanującego ciełpym, godnym zaufania blaskiem. Leo czuł to ciepło, karmił się światłem, posilał obecnością Hongbina. Ściśle wpasowani w swoje objęcia pogrążyli się w podobnym, spokojnym śnie, o ciemności zroszonej złotym blaskiem.

C.D.N.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Boży pożar" OS. ~

"Niechaj prawa Twa ręka nie wie, co czyni lewa"

Czyli Sai nieogarnia, wypluwa swoją złość i obrzydzenie wszystkim dookoła, przy okazji wyrażając swój chołd dla Taekwona.
Zespół: VIXX
Paring: LeoBin
Typ: One Shot, Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Hongbina)

Takich rzeczy gazety nie opisują.
Żadna stacja telewizyjna tego nie relacjonuje.
Takie rzeczy są zakazane.
Boją się tego służby porządkowe.
Uciekają przed tym dzieci.
To chore.

Straż pożarna wyła żałośnie, zajeżdżając pod topiący się w płomieniach budynek. Kilku mężczyzn wysiadło z wozu i puściło się pędem w kierunku wejścia, reszta rozkładała wąż hydrauliczny. Ale są gorsze rzeczy niż pożar.
Wkrótce zjechały się media i kamery, sierowane na jedyne okno, nie zalane jeszcze falą ognia. Tam stałem.

Skok?

To nic trudnego.
Ale wtedy bym uciekł. A to już poważny problem.

Ogniste języki, zaczynały już łechtać niemoralnie moje plecy, nogi. Włosy zapewne pozwijały się od gorąca. Dym przedzierał się przez moją tchawicę i napełniał płuca zupełnie wbrew woli, jak brutalny kochanek szuka wyłącznie spełnienia.

Ciepły, zimny, ciepły... zimny, zimny... zimny.

Głowa sygnalizowała, że ma zamiar wybuchnąć. Ręce pokryły się sadzą, spodnie nieprzyjemnie tliły.

Odwróciłem się.

Jego oczy błyszczały wśrod dymu, pożółkłe zęby stroiły się w niewinną krew. Prześliczne, duże oczy... i ten miły uśmiech.

Ktoś wrzeszczał. Infantylne słowa  rzucane na wiatr pobrzmiewały głosami  rozpaczy i strachu.
To co dzieje się w pokoju, to rzeźnia. On patrzy tymi pięknymi ślepiami. A w tym samym momencie wciska dłoń pomiędzy jelita, już po raz któryś z kolei.

- Zabiłeś mi dom.
Sam już nie kontroluję swojego spalonego głosu.

On nadal z uśmiechem wyciąga ze swego brzucha, fragmenty zmiażdżonych żeber.

- Teraz mnie też zabijesz.
Ciała współlokatorów bezradnie rozrzucone wokół niego, zalewały podłogę szkarłatną taflą.

- I Ty też zginiesz.

Wstał.
Wnętrzności wypłynęły z rozprutego brzucha, zawisły bezwładnie w powietrzu. Zastanawiałem się jakim cudem on jeszcze chodzi.
Jego nadpalona skóra czerniała z sekundy na sekundę. Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając kroki. Osmolona podłoga trzeszczała niebezpiecznie, krew sączyła się po jego nagich, przypalonych udach. Gdy znalazł się tuż przy oknie, zszedłem z parapetu.
Wrzaski ludzi z frontu, gdy zniknąłem z ich pola widzenia, wyrażał niejednoznaczną radość i niepokój. Strażacy tupali głośno, błądząc w zwęglonych szczątkach przeszłości.

Przylgnął do mnie całym sobą, jego śliskie wnętrzności lepko ocierały się o mój brzuch.
Zakrwawionymi wargami delikatnie jak promienie wiosennego słońca mnie pocałował. Wokół dym mieszał się z odorem płonących wnętrzności i gorącej krwi.
Oplotłem jego szyję, delikatnie gładząc  kruche, rozpadające się włosy, zwęglone ramiona, oplecione strużkami parującej, karmazynowej cieczy.

Płakał.
A w sumie, to nie, jego oczy same wypuszczały z siebie potoki znikających po ułamku sekundy łez. Nie było sensu  ich zcałowywać.
Powiodłem wierzchem palców po jego osmolonych żebrach, wątrobie, nerkach. Wsunąłem pomiędzy nie opuszki, już po chwili całą dłoń, aż po nadgarstek.
- Umrzesz.

Uniosłem wzrok spowrotem na jego twarz. Uśmiech jak skurcz go nie opuszczał, jednak oczy ukazywały już wyłącznie białka. Źrenice wraz z tęczówkami zniknęły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, a płomienie już po chwili pożarły go w całości, rozjątrzając rany na moich przedramionach. Osunął się na podłogę, w połowie spalony. Zmieszał się z resztą, proch z jego ciała utopił się w krwi ofiar. Sięgnąłem jego głowy i powoli rozdrapałem zwęgloną skórę, połamałem czaszkę odłamkiem szkła z rozbitego okna, w którym wcześniej stałem.
Ostrożnie wsunąłem dłonie przez wyrwę, wyjąłem ociekający krwią mózg.

Po chwili strażacy, reporterzy oraz gapie, mogli znów zobaczyć mnie w oknie.
Uniosłem narząd nad głowę, rozdrobniłem go i pozwoliłem mu opaść na ziemię oraz przerażony, panikujący motłoch.

- Bierzcie... i jedzcie. Oto jest ciało waszego boga. ~

THE END
Sai

Jest rozkmina .-. Twory przedsenne. Do zobaczenia i komentujcie tą pulsującą kontrowersję. .-.