Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fluff. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fluff. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 października 2014

"Bloody Blue" ~ One Shot

Żuki i muchy

Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)

- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.

- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?

"Osa zła" - One Shot

Przykre spuchnięcie

Czyli uniki techniczne i horror winda.
Zespół: BTS
Parungi: KookMin
Typ: (średnio śmieszna) Komedia, Fluff, STRASZNE GORE (opisy użądlenia, fuj, straszne, obleśne, 2/10 nie polecam)

- Uważaj ciotko! - Jimin zamachnął się i wytrącił z ręki JungKooka kawałek ciastka, na którym nie wiadomo skąd znalazła się pokaźnych rozmiarów osa.
- Ya! - młody odskoczył, ciasto poleciało na Jina, który zapiszczał cieniutkim głosem, strącając słodycz z kolan.
- Weźcie to zabijcie!! - jęknął najstarszy, pokazując swoim krzywym paluchem owada, który zdążył już zatoczyć wokół okruszków kilka złych kółek.
- Czekajcie, ja go obezwładnię! - Hoseok przymierzył się do walki z lotnikiem, lecz gdy tylko rozjuszony osobnik się do nieco zbliżył, zastosował profesjonalny unik o nazwie Rap Monster. Lider pomachał kilka razy rękami, celem odgonienia intruza, jednak poskutkowało to jedynie jeszcze większą zaciętością osy. Złe kółka zataczała coraz szybciej, jej lot przerodził się w zrywny pęd.
- Zaraz kogoś upierdzieli, hyung, zabij to!! - pisnął Kookie, wypychając przed siebie Sugę, który stał się w momencie nowym celem osy. Skierowała się pędem na niego, pomimo co zwinny raper uniknął ciosu żądła, które ostatecznie utknęło w dłoni Jimina. Chłopak z zamiarem ochrony twarzy zasłonił się łapką, do której przez Yoongiego osa dostała doskonały dostęp. Zaległa cisza, osłabiony owad upadł na ziemię, po chwili zostając zgnieciony butem Taehyunga.
- Jimin? - Kookie złapał zaczerwieniona, puchnącą w oczach dłoń hyunga.
- Żyjesz?
- Heh... no jasne. To nic. - starszy wzruszył ramionami i szybkim ruchem schował dłoń do kieszeni bluzy.
- Może lepiej coś z tym zrobić... - ton J-hope'a zabrzmiał na zaniepokojony.
- Na serio, wszystko ok. Bez stresu chłopaki. - pokrzywdzony odwrócił się i odmaszerował w kierunku swojego pokoju. Cisza zalała salonik.
- No to chyba oznacza koniec przerwy, wracamy do ćwiczeń. - rozbrzmiał głos Namjoona, na który wszyscy równo podnieśli się i ruszyli na salę taneczną. Po drodze lider zatrzymał maknae, szeptem wydając mu polecenie, by przyprowadził Jimina i przy okazji wybadał czy na pewno nic mu nie jest. Na piętro, na którym mieszkali chłopcy prowadziły niekończące się schody, Kookie bał się skorzystać z windy - ostatnio zacięła się między piętrami i od tego czasu uchodziła za nawiedzoną. Odrobina biegu schodami więc, a Jung dyszał jak po całodziennej próbie. Zawinął pod drzwi pokoju wokala.
- Hyung?? - zapukał donośnie, wyczekując zezwolenia na wejście. Nie doczekał się, więc wszedł pomijając odpowiedź Jimina. Otworzywszy, zastał starszego na łóżku, z zaciśniętymi powiekami trzymającego się za uszkodzoną rękę. Nie wyglądało to dobrze. Golden maknae dwoma susami znalazł się tuż przy cierpiącym hyungu.
- Yaa, Jimin-ssi, czemu nie mówiłeś, że jest tak źle?! - głos młodszego załamał się pod wpływem emocji. Jego rozmówca tylko wykrzywił usta w bolesny uśmiech.
- Bo nie jest, poboli i przestanie...
- Hyung nie żartuj, widzę chyba jak jest. - stanowczy JungKook był stanowczy. Poszkodowany rozchylił powieki i spojrzał na dongsaenga zaszklonymi oczkami. -
Pokaż mi to hyung. - nie czekając chłopiec odsłonił użądlone miejsce. Wziął świszczący, niezadowolony oddech, na widok jaki się przed nim wymalował - opuchnięta, czerwona łapka, na grzbiecie czarny punkcik otoczony sinym rumieniem.
- To nie jest normalne, hyung, z tym trzeba jechać do szpitala, możesz mieć uczulenie, to jest niebezpieczne i w ogóle, hyung noo. - zatroskany głosik Jeongguka drżał z sekundy na sekundę coraz bardziej.
- Nie mam uczulenia, spokojnie... - Jimin walcząc z bólem wstał z łóżka, stanął przed młodszym i nieco się pochylił. - Ale to kochane, że się tak o mnie martwisz. - zaszczebiotał ciszej. 
Na te słowa Kookie wstał, natychmiast przewyższając hyunga. Spojrzał na niego z góry, starając się być bardziej pewny siebie niż zazwyczaj.
 - Chodzi o Twoje bezpieczeństwo, hyung. Póki opuchlizna nie zejdzie nie będziesz mógł tańczyć, a musimy ćwiczyć codziennie, przecież niedługo comeback. Chcesz w takim stanie występować? - niski głos chłopaka zabrzmiał zdecydowanie i władczo, tak, że Jimin otworzył oczy nieco szerzej.
 - Ale dongsaengie... nie denerwuj się tak. - zdrową ręką, starszy objął szyję Kookiego, który bądź co bądź stał w zaskakująco niewielkiej odległości od swojego hyunga. 
- Po prostu się martwię. Nie chcę, żeby stało Ci się coś poważnego.. - maknae westchnął, mimowolnie opierając głowę o czoło rozmówcy. Jimin uniósł kącik ust w sugestywnym uśmieszku. W momencie zmienił wyraz twarzy na smutniejszy. 
- Poważne to nie będzie... tylko boli jak cholera. - mruknął, opuszczając wzrok na krótką chwilę. 
- Ji-jimin-ssi... - maknae zająknął się, osadzając na hyungu zatroskane spojrzenie - Ja wolałbym to czuć, gdybyś miał w zamian przestać cierpieć. Rozległo się ciche westchnięcie. Niższy przysunął się tym bliżej JungKooka. 
- A co ze znieczuleniem?
 - Hm? O czym Ty mówisz hyung? Jimin uśmiechnął się pod nosem.
 - Gdybyś mógł mnie znieczulić, zrobiłbyś to? Kookie na moment zapatrzył się w starszego, zaraz jednak odparł chaotycznie, łapiąc go za biodra.
- Oczywiście, zabrałbym ten Twój ból jak najdalej! Jimin oparł czoło o tors młodszego i zmrużył na moment powieki. Po chwili spędzonej w ten sposób zadarł brodę do góry i przyciągnął Jeonga bliżej siebie. Zdezorientowana mina chłopca, zaraz przystroiła się dodatkowo karmazynowym rumieńcem. 
- To zabierz. - szepnął starszy, w tym momencie zaglądając prosto w ciemne tęczówki chłopca. Stanął na palcach i nie zastanawiając się długo po prostu zamknął leciutko rozchylone usta Kookiego w kojącym pocałunku. Gdy się odsunął, młodszy był tym bardziej zarumieniony.
 - Hyung, tak nie wolno... - zająknął się drżącym, niepewnym głosem. Przy okazji opuścił wzrok i odetchnął głośno przez nos. Jimin bez słowa ułożył zdrową dłoń na policzku chłopca i skierował jego spojrzenie na siebie. W ułamku sekundy zlustrował wargi Kookiego, by zaraz ponownie ich posmakować. Tym razem i maknae zmrużył powieki.
 - Ja nie robię nic złego, tylko zażywam terapii przeciwbólowej. Jesteś dla mnie skuteczniejszy niż jakiekolwiek tabletki. - mruknął starszy mimowolnie lekko się rumieniąc, po czym wtulił się spontanicznie w Kookiego. Ten natomiast stał z rozchylonymi ustami, próbując zrozumieć co się właściwe stało. Objął hyunga i przycisnął do siebie w czułym geście. Zamknął oczy.
 - I musiałem na to czekać, aż użądli Cię osa... 

- C-co..? 



The end C:

niedziela, 5 października 2014

"StarLIGHT" pt. 1

Wchłonąć blask i zasnąć.

Czyli jak to jest, kiedy nie umiesz świecić, król Hongbin i trójkąt downów... Wut ;;"
Zespół: VIXX
Paringi: LeoBin, HakYukSik (dunno)
Typ: Fluff, Filozoficzny, lekko Angst
Narracja: Trzecioosobowa

To nie jest opowieść o miłości. To jest któtka, nie zbyt zróżnicowana pod względem rozwinięcia, wielowątkowości i fabuły historia.
Dwóch głównych bohaterów to członkowie jednego zespołu, fantastycznie rokującego wśród młodzieży, utalentowanego zespołu młodych, energetycznych ludzi o wysokich ambicjach. Są oni doskonale świadomi swojej, przydzielonej z góry, roli. Mają pozycję i sławę, mają fanów i ich zazdrość, mają podróże, kontrakty, znjomości. I mają siebie.
Jung Taekwoon i wszystkie jego problemy podniosły się z średnio przydatnej, czerwonej sofy. Okrążyli kilka razy salon, różnymi trajektoriami, po czym zatrzymali się tuż przy oknie, z nosem przytkniętym do zimnej szyby. Rysował się tam deszczowy, przyduszony wieczór pędzących ku neonom, pochlapanych człowieczków.
Fluorescencyjne pary, jaskrawi przyjaciele, świetlana przyszłość, całe to miasto i każdy jego aspekt emanował pewnego rodzaju blaskiem. Jak robaczki świętojańskie, wszyscy urzędnicy, robotnicy, wszystkie małolaty żywe nie swoimi życiami. Czasem trudno było rozróżnić jedno światełko od drugiego, ich kolory i natężenia, i kierunek ich promieni. Każdy mimo to lśnił z własnego, konkretnego powodu, szczęściem, nadzieją, miłością, albo z drugiej strony ostryą, burgundową nienawiścią, czy śliwkowym gniewem. W końcu każdy ma swoje emocje, każdy roztacza wokół ich światło.
I tylko Taekwoon z przyklejonym do szyby nosem, nie wysyłał żadnej kolorowej jasności ku innym. Był jak próżnia, on przyciągał i wsysał inne światła, ale nic z tego nie zyskiwał, bezustannie trwał w zepsutej żarówce swojego życia, ciekaw, czy kiedykolwiek uda mu się ją naprawić.
Ciekaw to dobre słowo, bo nie miał szczególnej potrzeby zapalenia swojej egzystencji. Tak jak teraz było mu wcale nieźle, nie musiał udawać ledowego światełka. Imitowanie czegokolwiek było ostatnim z jego zamysłów.
Minuta spędzona przed ekranem okna wysyciła jego brak planu na tyle, że postanowił nie skupiać więcej uwagi na czyichś lśnieniach.
Godzina siódma, minut dwanaście, nie zagłębiając się w sekundy, które zdążyły już drastycznie przybrać na liczebności. Masa miesięcy, jeszcze więcej tygodni, nie mówiąc o pojedynczych dniach - tyle aktualnie znaczyło życie Leo. Nieco zroszone pasją, przepasane zwycięstwami, nasączone bezświetlnoscią i traceniem nerwów na błahostki. W ogóle każde uczucie, które dzielił z kimkolwiek innym niż on sam, sprawiało wrażenie przykrywki dla nicości. Bardziej, lub mniej urodziwego pudełeczka. Gdyby je podsumować, to jedyne co w nim lśniło, to lightsticki fanów, kochających go za byle co.
Opatulił się kocem, pierwej artystycznie rozrzuconym na sofie, teraz zagrabionym przez bezświetlnego księcia. Jego pokój, pogrążony w półmroku, przywodził na myśl ciemnię, w której niedobitki wspomnień dokonywały przywileju ostatniej woli. Z szeroko otwartymi oczyma, osobiście dopatrywał agonii kolejnego przeżycia. Wtedy drzwi się otworzyły i ktoś, kto przez nie przeszedł roziskrzył w pokoju złoty blask.
- Hej Leoś, co porabiasz? - nowo przybyły rozsiadł się tuż przy boku Taekwoona, otaczając go ramieniem.
- Dobijam. - mruknął ten w odpowiedzi, mrużąc powieki, celem ochrony oczu przed niespodziewanym światłem drugiego człowieka.
- Hm?
- Nic takiego.
- To może zejdź do nas? Mamy ciastka i alkohol, jest karaoke, Ken płacze, że nie ma z kim piać, Hyuk śpi na Ravim, tak samo, jak z resztą N. Jeśli nie zejdzieszi,to to samo stanie się ze mną i będziemy mieć koszmary.
Taekwoon posłał podejrzliwe spojrzenie Hongbinowi, który, bądź co bądź, argumentacją nie poskąpił. Więc dźwignęli się, już razem i podreptali w kierunku skupiska świateł.
Takim świetlistym wieczorom wybłaganym przez Hongbina, Leo zawdzięczał swój spokojny sen. Nie udzielał się zbytnio, na odczepne pił dwa drinki i siedział cicho przez resztę dnia. Ale oni jakimś dziwnym sposobem bardzo cieszyli się z jego obecności, zupełnie jakby wnosił w ich posiadówkę coś wyjątkowego. W sumie to nigdy nie zastanawiał się jak to jest, kiedy ktoś - tak jak on - wsysa roztaczany przez Ciebie blask. Być może to wyjątkowo przyjemne uczucie i chłopcy łaknęli go właśnie przez to. W każdym razie, jemu to nie przeszkadzało, a wręcz dawało zabezpieczenie przed koszmarami. Samo w sobie nie było niczym szczególnym.
Obudził się jak zawsze w swojej chłodnej pościeli, z czystym umysłem i mało zadowalającym posmakiem w ustach. Odgarnął miękką, granatową kołdrę, usiadł na kraju łóżka i przeciągnął się, cicho pojękując. Zasłony broniły go od porannego blasku słońca, ale mimo wszystko w pokoju panowała osobliwa poświata. Taekwoon nie rozważał, czy to jego pręciki płatają figle czy to rzeczywiste zjawisko, ale wszystko w jego czterech ścianach niepewnie pobłyskiwało złotą aurą. Przetarł klejące się powieki i wziął głęboki, złoty oddech. Słońce znów wstało, przynosząc jemu i reszcie ludzkości nowy dzień. I pomyśleć, że świat opiera swe istnienie na świetle jednej planety.
Taekwoon stanął przed lustrem w swojej własnej łazience, przeczesał zmierzwione, jasne włosy i nałożył pasty na szczoteczkę. Patrząc w swoje odbicie zawsze nachodził go smutny nastrój. Zamiast oczu widział puste, ciemne przestrzenie, zamiast ust czarną dziurę, a całe jego ciało, jakby niewidzialny twór, ledwo dostrzegalny w odbiciu lustra. Tylko wtedy nachodziła go pewnego rodzaju nostalgia, tęsknota za światłem. Czasami zdarzyło się, że z pustki wypływały łzy, zupełnie jakby jego oczy wypluwały z siebie małe, przezroczyste kryształki. Oczywiście one tylko odbijały światło, nie emanowały niczym prócz chwilowej zadumy. Tym razem Leo również przetarł niewidzialne policzki.
- Smutno mi, bo nie świecę. - powiedział na głos, zachrypniętym od snu głosem.
- Smutno mi, bo nie świecę.
Odszedł od lustra, minął obojętnie i zostawił w nieładzie swoje łóżko, i wyszedł z pokoju, nie zamykając drzwi.
Pozostawiając na krótką chwilę bezświstlnego księcia samemu sobie, historia zbacza kurs na lśniącego złotem człowieka. Pogrążony we śnie, zdawał się być swego rodzaju rzeźbą, idealnym pomnikiem człowieka, pięknego w każdym calu. Odpoczywając, jego umysł nadal zużywał imponujące pokłady złotego blasku, tak, że jego pokój cały szlachetnie lśnił królewską aurą. Panowało w nim nie natrętne, przyjemne ciepło. Ten mały, spokojnie wyszywający leniwe sny świat, wkrótce otworzył się potulnie dla smutnego czynnika zewnętrznego.
Taekwoon przekroczył próg pokoju Hongbina drżącym krokiem, cicho zamknął za sobą drzwi. Podchodząc do łóżka, czuł ogromne ilości wchłanianego blasku. Odgarnął pościel, białą w beżowe wzory, usiadł i przekręcając się, położył. Nakrywając się kołdrą, czuł wszechogarniające go ciepło, bijące od śpiącego. Podkulił kolana i zamknął oczy, twarzą zwrócony do oblicza Hongbina. Ten czując niespodziewany powiew chłodu przebudził się, rozklejając niechętnie zaspane powieki.
- Leo...?
- Mh.
- Co się stało? - cichym, nierozbudzonym głosem zagarnął przybysza w ramiona, przylegając całą powierzchnią ciepłego ciała do jego chłodnej egzystencji.
- Smutno mi, bo nie świecę. - mruknął w odpowiedzi, wtulając się w źródło złotego blasku.
Zapanowała cisza. Hongbin bez słowa wplótł pace w kosmyki blond włosów Taekwoona.
- Świecisz.
- Nie, jestem czarną dziurą.
- Supernową.
- Po załamaniu emocjonalnym.
Kasztanowłosy westchnął cicho, mrużąc powieki i wtulając twarz w policzek Taekwoona.
- Dla mnie świecisz. Nie jakoś mocno, ale masz swój delikatny, wyjątkowy blask.
- Nieprawda, ja tylko odbijam to światło.
- Jak my wszyscy. To sprawia, że sami je wytwarzamy. - skwitował właściciel pokoju i poprawił uścisk, w którym zamknął pustkę.
Leo przez chwilę trawił te słowa, po czym powolnym ruchem wsunął dłoń na odsłonięty fragment szyi złotego człowieka, tym samym tworząc niezwykle wzruszający obraz; ciemny, granatowy mężczyzna, ufnie wtulony w drugiego, emanującego ciełpym, godnym zaufania blaskiem. Leo czuł to ciepło, karmił się światłem, posilał obecnością Hongbina. Ściśle wpasowani w swoje objęcia pogrążyli się w podobnym, spokojnym śnie, o ciemności zroszonej złotym blaskiem.

C.D.N.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Droubble series pt. 2

Po drugie: Ucz się (całe życie)
Czyli chemia jest wśród nas. Pomysł żywcem zaczerpnięty z życia szkolnego, zapraszam.
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Fluff, Droubble
Narracja: Trzecioosobowa

- Wiesz co!? Wiesz co!? Wiesz co!? - Minzy z zacieszonym ryjkiem doskoczyła do łóżka swej kochanki o 7:00 rano, wskakując na nią i siadając na jej biodrach okrakiem.
- Czy Ty nie masz dla mnie ani trochę litości... - wysyczała półprzytomna raperka, rozklejając powieki.
- Ale wymyśliłam coś fajnego...
- No co takiego...?
- Wiesz, że CL to chlor, prawda?
- Nie, jestem blondynką do sześcianu, wiesz?
- No dobra dobra... no i wiesz, jak nazywają się związki innych pierwiastków z chlorem?
- Chlorki?
- Brawo, jednak myślisz nad ranem! - Minzy nie tracąc zapału zaklaskała w ręce. - To teraz popatrz na moje imię. Można je skrócić do Mn, co nie?
- Mm...
- Mn to symbol manganu.
- Nnnggg....
- CL czy Ty śpisz...?
- Nie niee...
- Wiesz do czego zmierzam?
- Właśnie... - wymruczała raperka - Ani trochę....
Minji z zawiedzioną miną westchnęła znacząco w kierunku liderki. W końcu darując sobie rozbudowaną grę w zgadywanki, położyła się na ukochanej, głowę układając wygodnie na jej piersiach.
- Jesteśmy chlorkiem manganu... - rzuciła tylko, mrużąc powieki.
Szybko jednak uśmiech wpłynął na jej usta, gdy wyczuła smukłą dłoń sunącą wzdłuż jej kręgosłupa.
- Mhm... ale to zdecydowanie związek mało reaktywny... - sprostowała blondynka, oplatając Minzy głębiej.
Chcąc udowodnić, że przecież wcale tak nie jest, fioletowowłosa własnoręcznie przymusiła rozespaną liderkę do zwiększenia swej porannej aktywności
T.B.C
Sai
Ja bym może dodała wreszcie coś poważnego, a nie się bawię w formy krótkie -_-" ehh... no ale enjoy. ~

środa, 4 grudnia 2013

Dadadaam ~!

Po pierwsze: Nie zdradzaj.

Czyli pierwsze yuri na tym blogu oooo! Specjalnie dla Wujka Filipka.~
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Droubble, Fluff/Komedia
Narracja: Trzecioosobowa

- Miin... - raperka wymruczała nad uchem dziewczyny, obejmując ją w pasie i wtulając się w jej plecy.
- Hm? Na co znów wpadłaś? - odparła ta, nawet nie odrywając wzroku od telefonu.
- Na nic, aaa... Z kim tak piszesz...?
- Uhmm... Z nikim ważnym.
- Z menago? - liderka wydała z siebie krótki brecht.
Młodsza posłała jej wymowne spojżenie, wywróciłam oczami z miną "Siwonie, ratuj" i powróciła do stukania w ekran telefonu.
Po chwilk milczenia znów rozległ się dźwięk głosu CL.
- Mizny, zdradzasz mnie?
- ...
- Min, pytam serio!
- Jasne, z trzema naraz...
- WIEDZIAŁAM! - zakrzyknęła blondynka, jednym szybkim ruchem wgryzając się w ucho młodszej.
- KURWA CL! Jesteś nienormalna! - wrzasnęła zaatakowana, w momencie odpychając dziewczynę od siebie.
- Nauczysz się, może czegoś...
- O Jezu, przecież żartowałam... nigdy Cię nie zdradziłam, nawet z Amber. - Minzy wróciła do wcześniejszego miejsca, w którym siedziała.
- Na pewno?
- Tak, na pewno...
- Tak na 100%?
- Nawet na 200%.
- Aha! Ale na 1000 to już niee? - warknęła starsza.
- Boże, CL... na 1000 i więcej, nigdy przenigdy nie widziałam innej nagiej kobiety. - Minzy teatralnie przyłożyła dłoń do serca, w geście przysięgi.
- ... Wiesz... - blondynka pokręciła pobłażliwie głową.
- No co znowu?!
- Nie sądziłam, że wolisz ze zgaszonym światłem...
- CE-ELL!!!

Od tej pory Minzy gasiła światło, dopóki liderka jej nie przeprosiła.

T.B.C.
Sai

Będzie mini seria tego typu opowiadań z tym dokładnie OTP, wszystkie droubble (po 200 słów), żałosne i mało ambitne. Enjoy! ^-^

wtorek, 26 listopada 2013

"Po ciemku najlepiej" pt. 4

Chłód

Czyli czy mogę zamówić herbatę z porcją strachu?
Zespół: EXO-M
Paring: TaoHan
Typ: Fluff
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia LuHana)


Sam już nie wiem co robić.
No bo tak - z jednej strony, tak strasznie boję się, że on znów przyjdzie. Że tym razem już na poważnie, nie będzie miły i grzeczny, i postara się zadać mi porządną dawkę bólu.
Natomiast pojebany Han tylko na to czeka - no wręcz nie mogę usiedzieć w miejscu, czekając na wieczór, a znaleźć moment, w którym nie myślę o Tao, to wyczyn.
Nawet biorąc pod uwagę sam fakt, że może zadać mi cierpienie w ogóle mnie jego przybycie nie odstrasza. A wręcz tym bardziej nakręca, serio, że mną coś kurwa jest.
Generalnie sęk w tym, że z dnia na dzień, a może raczej z nocy na noc, pragnę obecności Tao coraz mocniej. Coraz...
... goręcej?

Po całym dniu nie robienia zupełnie niczego oraz rozmyślania o demonach, wreszcie nadszedł tak wyczekiwany przeze mnie moment, w którym wskoczyłem pod kołdrę i mogłem już w spokoju czekać na Tao.
Tylko chwila...

Czy ja chcę na niego czekać?
A co jak przyjdzie, nagle mu coś dopierdoli i zacznie mnie przypalać?

Nie, nie.

Mimo to, chcę, żeby przyszedł. Będzie zabawnie.

A jednak coś poszło nie tak.
Nie to, żeby znów zaczął mnie gwałcić spojrzeniem po przyjściu, czy ranić, czy podpalać... nie. Tym razem wina leżała po mojej stronie. Mianowicie nim demon się pojawił...
... zasnąłem.

Jak? Nie mam pojęcia, to, że w ogóle z własnej woli zasnąłem było zachwianiem jakiejś kosmicznej równowagi, ale to, że przed pojawieniem się Tao, wykraczało już poza ludzkie pojmowanie. Ja i sen? Ja i DOBROWOLNY sen? Czy komuś się tu pokurwiło co nieco?
Rozbudził mnie chłód. Przenikliwy, taki drążący niematerialne dziury w moim ciele. Nie równoznaczne jest to z mrozem, nie... to raczej coś na kształt chłodu, którego można się bać.
Ale przecież zamykałem okno przed zaśnięciem, prawda...?

Kiedy tylko dotarło do mnie, że to nie ja otworzyłem okno, po raz kolejny poczułem się jak sparaliżowany. Nie mogłem ruszyć żadną częścią ciała. A to wszystko za sprawą Tao. Zdawałem sobie sprawę, byłem definitywnie świadom, że za tym wszystkim stoi właśnie ten, a nie inny demon.

I że on tu jest.

W momencie, gdy ta myśl przeszłą przez moją głowę, silny podmuch wiatru ugodził mnie w ramię. Nie mogąc nic zrobić, zamknąłem oczy. "Błagam..." - myślałem - "... błagam, Tao, jeśli to Ty, nie strasz mnie więcej, proszę..."

- Ale czemu nie, Lulu...? - ten szept, jak żaden inny dźwięk przeszył całe moje ciało niczym lodowe ostrze. A powinien je spalić, czyż nie?
- Bo nie lubię się bać. - sam nie wiem jak zebrałem siły, bo odpowiedzieć demonowi, który grał ze mną w kotka i myszkę.

Nigdy nie lubiłem myszek.

- Ale ja za to lubię straszyć... - Tao nie kontemplował długo nad odpowiedzią, jakby znał wszystkie moje myśli.
Po prawdzie, to zakładałem, że tak właśnie było, nawet by mnie to nie zdziwiło.
A jednak...
Serio wszystkie?

Poczułem kilka ostrych jak brzytwa szponów, okalających na ułamek sekundy moje ramię. Boże, ile strachu można zgromadzić w sercu przez ułamek sekundy! Już po chwili kolejny podmuch, od strony okna owionął moje skronie. Bałem się jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Ten strach nie uciekł, od tamtego momentu.
Ja starałem się go jedynie przyćmić, wygłuszyć.
A Tao jak na złość, jedynie go podjudzał.

- Przestań! - powiedziałem nagle, trochę zbyt głośno jak na tą porę. Zdecydowanie za głośno, aczkolwiek nie potrafiłem racjonalnie zapanować nad głosem. Tao, kurwa, co Ty mi robisz...
- Nie ruszaj się! - odparł demon. Wrzask jaki przy tym z siebie wydał, był nieludzki. Czułem dokładnie, szaleńczą prędkość tętna wybijanego przez moje serce. Zdawało mi się, że krew pulsuje teraz dokładniej, że mogę poczuć każdy ułamek mojego ciała. A przy okazji miałem wrażenie, jakbym nagle cały został skuty lodem. Tak przeokropnie się bałem.
Oczywiście nie drgnąłem nawet, ba, nie jestem pewien czy oddychałem. Oczy miałem zamknięte przez cały czas, więc moje powieki pozostały jak wykute z kamienia.
Nie byłem zdolny nawet by cokolwiek pomyśleć.
Jakbym nagle, jak na zawołanie, stał się trupem.
Przeczyło temu jedynie moje serce, jebiące się po klatce piersiowej jak kuny w agreście.

- Czego tak bardzo się boisz, Han? - kolejny szept, a może raczej pomruk ze strony Tao. Nadal nie byłem zdolny do reagowania - Mnie? Tego, że zostaniesz ofiarą moich sadystycznych upodobań? Powiedz, Han... boisz się, że Cię zabiję? - tego mój mózg już nie wytrzymał.
Zupełnie się wyłączyłem. Straciłem rzeczywisty kontakt ze światem. Czerń, jaką do tej pory widziałem przed oczami, zmieniła się w otchłań, nie docierał już do mnie chłód czy choćby jeden szept demona. Po prostu uciekłem.
Nie wydaje mi się, żebym pod wpływem czegokolwiek czy kogokolwiek, tak bardzo się bał.
Nigdy nie zdarzyło mi się, popaść w letarg z przerażenia.
A on tego dokonał.
Tylko on.
...Jaki wyjątkowy.







- Luhannie.



...
Co? Ktoś coś do mnie mówił? N-nie... prawie nic nie słyszę...





- Ej, Luhan.


Co jest? Luhan? Na pewno mnie wołasz..?




- Han, żesz kurwa mać.

Siarczyste przekleństwo, jak nic innego przywróciło mnie do żywych.
Leżałem.
Nade mną wisiał Tao.
- Mówię do Ciebie - zrób mi herbatę, to Ty nic. Nie olewa się tak gości.
Usiadł obok po turecku jak naburmuszona księżniczka.
Że co proszę? Herbatę? Pojebało?
- E-ee... Tao... kiedy prosiłeś o herbatę? - zapytałem, podnosząc się do pół siadu i przecierając łzawiące dopiero teraz, po tej ogromnej dawce strachu, oczy.
- No jak to kiedy, przed chwileczką, jak odleciałeś. - demon wzruszył bezproblemowo ramionami i oglądnął własne paznokcie. - To dostanę filiżankę czarnej herbaty, czy mam sobie iść?
Nie nie nie.. to wszystko działo się zbyt szybko, jak na mój nie do końca aktywny jeszcze umysł.
- Oj no czekaj, nie obrażaj się, już lecę. - pogładziłem go po ramieniu, jako, że był odwrócony do mnie tyłem, po czym nie ogarniając całej sytuacji udałem się do kuchni. Włączyłem czajnik, wsypałem porcję czarnej herbaty do filiżanki, zalałem wrzątkiem. Wszystko jak przez sen,.
Gotowy napój przyniosłem mężczyźnie okupującemu moje biedne łóżeczko. On złapał naczynie i zmrużył oczy w przypływie przyjemności.
Parzył sobie, psia mać, ręce...
No nieźle.
- Dlaczego tak bardzo lubisz straszyć, Tao? - mruknąłem do niego, starając się objąć umysłem całą sytuację.
No bo czemu wywołuje u mnie napad tak okropnie szaleńczego przerażenia, a zaraz po tym nagle prosi mnie o waloną herbatę, ha?!
- Hmm... - pomruk przepełnił cały pokój. Srebrnooki uniósł filiżankę ku twarzy, zanurzył górną wargę w gorącym napoju, uśmiechnął się. - Bo widzisz... ja w Tobie szukam tego, czego mi brakuje.
Opuściłem wzrok starając się przeanalizować to, co właśnie zostało mi przekazane.
- Szukasz we mnie strachu, bo sam nie potrafisz się bać? - nie wiem, czy do końca o to mu chodziło, ale właśnie tak to pojąłem.
- Mhm, dokładnie. - parujący wywar z filiżanki, został uszczuplony przez demona o kilka łyków.

W milczeniu czekałem. No bo szczerze powiedziawszy, to nie miałem pojęcia co na to odpowiedzieć. Więc chciał sprawiać, że się boję, bo on sam nie może. To logiczne. Na swój sposób. Nie wyobrażam sobie czego mógłby bać się demon, w prawdzie gdyby brać pod uwagę jego wieczne życie i przypuszczać, że może przez rozmyślanie nad tym popaść w przerażenie, byłoby to możliwe, ale nie zakładałem aż tak rozbudowanych procesów myślowych u Tao. On był jak wiatr. Nie myślał o wczoraj, czy jutrze. On po prostu wiał.

- Tak samo jak strachu, szukam u Ciebie bliskości. - dodał po chwili demon, odstawiając puste naczynie na moją szafkę nocną. - W końcu sam jej sobie nie zapewnię, nieprawdaż? - prychnął w kpiący, wręcz niepodobny do niego sposób.
To stwierdzenie nieco mnie skrępowało, przyznam szczerze. Nie odpowiedziałem na ostatnie pytanie, tylko lekko podrapałem się w okolicach karku. Taki tam, typowy tik nerwowy.

- A Ty... szukasz we mnie czegoś? - rozległo się w końcu, a ja uniosłem wzrok na autora tych słów. Przyznam szczerze, że jak rozmyślałem o nim często, to nigdy w aspekcie odnajdywania w nim swoich własnych niedociągnięć.
- Uh... no może... pewnie jest dużo rzeczy, których ja nie posiadam, a Tobie nie sprawiają problemu. - nie mogąc podać żadnego konkretnego przykładu ponowiłem swój tik.
- Jak na przykład? - drążył rozmówca, najwyraźniej nie mając zamiaru odstawić tego tematu na bok.
- Na przykład... palenie dotykiem. - mruknąłem, posyłając demonowi jakże wymowne spojrzenie.

Zaśmiał się.
Choć wcale nie miałem czemu, uśmiechnąłem się na tą reakcję.
Strasznie dziwne te moje zachowania ostatnimi czasy.
Już po chwili, Tao przysunął się bliżej mnie, by ostatecznie wylądować głową na moich kolanach. Jego stalowe oczy błyszczały w świetle księżyca jak dzikie. Ciągle otwarte okno wpuszczało do pokoju chłodny zapach nocy. W powietrzu unosiła się jeszcze woń czarnej herbaty, a wszystko to odbywało się o tak przyjemnej porze jak 3:10. Podniosłem wzrok z demona na parapet. Potem wyżej, na widok za oknem. Uśmiechnąłem się, jakoś tak instynktownie. Wolność, jaka rysowała się gdzieś tam w oddali, zawsze napawała mnie wewnętrzną radością, to, że bez względu na wszystko mogę kiedy mi się zachce uciec i mieć wszystko inne gdzieś.
Być pewnym, że może nawet nie zasnę w łóżku.
I może nie pod dachem.
Może nawet w jakimś nie najbezpieczniejszym miejscu.

Ale on się zjawi.
On przyjdzie stuprocentowo, nie odpuści mi.
- Nie odpuszczę. - mruknął w końcu, a kiedy opuściłem głowę na wydźwięk tych słów, Tao uniósł się nieznacznie, lekko dotykając moich ust własnymi.
Nie porzuciłem uśmiechu ani na moment.
Demon, widząc moją spokojną reakcję, sam szeroko się uśmiechnął i zmrużył oczy, układając się wygodniej na moich kolanach.
Jej... myślałem nad tym, czy samemu jeszcze raz go nie pocałować.
Ale w końcu uznałem, że tyle wystarczy.



Na dzisiaj.

A teraz czas już spać...


Buhaha, jak mi się podoba pisanie tego gunwa. <3 Na prawdę, to jest coś genialnego, wcale nie zwracać uwagi na fakt, że ktoś to czyta bądź nie, tylko pisać z czystej przyjemności. Dziękuję za uwagę i dobrejnocki, życzy chory Saiacz (tak, leżę w łóżku i napierdzielam TaoHany zamiast spać ^3^)



wtorek, 19 listopada 2013

"Jesteś moim życiem... wiesz?" pt.4

Rośćau 4

Czyli Animal, to nie kto inny jak... no właśnie. Czytajcie. ~
Zespoły: M.B.L.A.Q; 2am
Paringi: JoMir (w zarodku)
Typ: Fluff
Narracja: Trzecioosobowa


Blondyn domyślał się kim może być ta cała gwiazda. Znaczy domyślał, to jednak za dużo powiedziane. Miał kilka typów co do tejże osoby, a jednak nic o nim nie wiedząc trudno było go dookreślić. Jedyne czego był pewien, to że był to mężczyzna.


Były raper nie zarabiał w klubie wielkich sum, jednak pieniądze jakie otrzymał po  dezaktywacji zespołu w zupełności mu wystarczały.
W końcu po raz pierwszy dostał od swego pracodawcy calutką nocną zmianę. Od 22 do 5 nad ranem. Pracy było dużo, ale to oczywiście dawało mu możliwość zobaczenia Animal'a na własne oczy. Ciekawość zżerała go od samego rana. Kim on się w końcu okaże?
Dzień dłużył się Mirowi w nieskończoność, od czekania na rozpoczęcie zmiany rozbolała go głowa.
Towarzyszyć miał mu, także pewien początkujący; znali się z widzenia, wiedział o nim tylko tyle, że ma na imię Taochin (postać wyimaginowana). Słyszał, że bliżsi znajomi wołali na niego zdrobniale Chin. O dziwo nikt nie pokusił się by nazwać go Tao, wszyscy uparcie powtarzali; Chin, Chin, Chin to, Chin tamto, Chin chodź tu, Chin pomóż... bywało to denerwujące. Zwłaszcza, że wzbudzał powszechną sympatię i na prawdę zdecydowana większość dobrze go znała, pomimo, że był nowy. On także nie widział nigdy Animal'a w klubie.
Bo ponoć każdy przynajmniej raz widział go w telewizji, niewielu jednak wiedziało o jego... "pracy dodatkowej".

Mir wkroczył do swego miejsca pracy wręcz podekscytowany. Za ladą Chin bawił się już szklankami i kieliszkami, od tak je przewracając, podrzucając, i przelewając w wymyślne sposoby naparstek alkoholu. Trzeba było mu oddać, że miał do tego talent.
- Hej. - rzucił raper na powitanie, nie zwracając na towarzysza większej uwagi i zaczynając myć swoją część naczyń.
- Cześć Mir! - odparł rozentuzjazmowany chłopiec odkładając szklanki i wyciągając do rozmówcy dłoń z bardzo oficjalnym wyrazem twarzy, ucieszony jakby witał się z premierem.
Mir... owszem, uścisnął dłoń znajomemu, ale z tak niezrozumiałym wyrazem twarzy, że Chinowi mina zrzedła w momencie. Raper nie czuł winy.
Tego dnia, myślał tylko i wyłącznie o występie Animal'a. O tym, kim on jest.

Około 22:30 tłumnie zaczęli się schodzić studenci, pojawiały się pary i grupki zdesperowanych panów po 40-stce. Po północy cały klub był zapchany.


Po czole Mira spływały kropelki potu, masowo przyrządzał drinki i bronił się, przed wulgarnymi odzywkami co niektórych, mocniej wstawionych klientów. Animal'a, jak nie było wcześniej, tak nie było teraz.
- Strasznie się niecierpliwisz... - usłyszał raper w pewnym momencie tuż przy swoim uchu. Wzdrygnął się i spojrzał w bok. - Będzie dopiero o pierwszej, z tego co mi wiadomo.
- Ale, że... że Animal? - mruknął Mir, wlepiając w China zaciekawiony wzrok.
- No tak, dowiedziałem się od kumpli, że zawsze występuje o pierwszej i trzeciej.
- Tylko dwa razy?! - oburzył się były maknae M.B.L.A.Q.'u, o mało nie upuszczając mytego kieliszka.
- No tak, tylko dwa razy.
- I tyle hajsu zgarnia??
- Musu być zajebisty, nie sądzisz? - Chin uśmiechnął się porozumiewawczo, po czym zachowawszy taki wyraz twarzy skupił się na myciu szklanek.
Mir powrócił do przygotowywania napojów alkoholowych. Po pewnym czasie zaczęło wkurzać go wysłuchiwanie zamówień, z których jedyne co wydedukować był w stanie, to kolor drinka.
Przez to zapamiętanie w irytacji, nawet nie spostrzegł kiedy wybiła pierwsza; światła zgasły a z okolic sceny popłynął równy, niski bit.
Wkrótce dołączyła do niego melodia z syntezatora, niezbyt ambitna, ale chwytliwa.
Reflektor padł na sam początek sceny.
Tam, na ćwiekowanym fotelu z napisem głoszącym jego ksywkę branżową, siedział gwóźdź wieczoru, Animal we własnej osobie.
Odwrócił się w momencie rozpoczęcia się partii wokalnej.
No tak, cóż by innego, niż płytkie teksty o seksie, mające na celu dotrzeć do największych desperatów w klubie.
"[...] On the floor".
Nie trudno było domyślić się, co miało odbywać się, cytując "on the floor".

Twarz jak na razie Animal miał zasłoniętą. Ale Mir pamiętał skądś ten głos.
Moment moment...


Nagle rozległ się głośniejszy dźwięk, pokroju szumu, a wykonawca śpiewając głośno "I'm an animal!" odrzucił maskę na bok.
Mi doznał istnego szoku.


Jo Kwon?! Na serio kurwa?!

Oczywiście, że go kojarzył, z widzenia, bo nie poznali się nigdy, ale wiedział kim jest, nawet za dobrze.
Za dobrze, by teraz oglądać jego wstęp w klubie nocnym, na wybiegu dla dziwek!
Z minuty na minutę tekst piosenki przybierał na agresywności, jednak... to najmniej obchodziło widzów. Ruchy Kwona, sposób w jaki chociażby chodził, w tych na ćwiekowanych butach na 20 cm obcasach, jak świetnie leżały na nim srebrzyste leginsy... to było dużo bardziej interesujące.
Mir mógł się na obserwacji skupiać do woli, bo wraz z rozpoczęciem występu Kwona, ilość zamówień zmalała do blisko zera. Wszyscy byli zbyt pochłonięci pokazem.
Chin przez chwilę z cwanym uśmiechem spoglądał na rapera, wręcz hipnotycznie wpatrzonego w gwiazdę wieczoru.
- I jak? Podoba Ci się, nie? - mruknął w końcu, niebezpiecznie zmniejszając odległość między swymi ustami, a uchem Mira
- Noo.... jest boski. - zdołał tylko wydukać raper, potem rzucając wzrok na zacieszonego rozmówcę. - A w ogóle co to za pytanie, jakim cudem mogłoby być inaczej? Tobie się nie podoba?
- Heh... nie wiem, ja nie jestem gejem. - wzbronił się Tao z kpiącym wyrazem twarzy, spojrzał w kierunku sceny, pokiwał pobłażliwie głową i przyjął grzecznie, jedno z niewielu ogarniętych zamówień.
- A wyglądasz jak męska dziwka... - mruknął Mir pod nosem, na powrót zapatrując się w tancerza.
Ten wykonał jeszcze dwa kawałki, w których już nie śpiewał, po czym opuścił scenę, ku niezadowoleniu jego największych adoratorów; 50-letnich panów przy kości, siedzących w pierwszych rzędach, z cygarem w zębach i kilkoma zgrabnymi dziewczętami u boku.
Po drugim występie nie zszedł tak jak wcześniej, pod scenę, ale przeszedł przez tłum "fanów" do osobnego pokoju, chowając się za drzwiami z karteczką "nie wchodzić".
- Podobno po występach daje, ale tylko tym najbardziej nadzianym. - zaczął Chin, zwracając się do Mira gdy lokal był już pusty, a oni zmęczeni jak nigdy ścierali podłogę.
- A co ma to mnie obchodzić? - Mir kąśliwie spojrzał na rozmówcę.
- Może masz jakieś aspiracje... tylko tak mówię. - Chin wzruszył ramionami i powrócił do szurania mopem po posadzce.
- To nie mów, bo pierdolisz. - zaśmiał się Mir, jakoś dziwnie wesoły, po tymże stwierdzeniu kolegi.

"Ja bym miał mieć do Kwona jakieś aspiracje?" myślał i sam do siebie się uśmiechał.
Nie patrzył na niego pod tym kątem. Przyjemnie się oglądało, ok, ale... czy coś więcej?
Pewnie gdyby nadarzyła się okazja, to by się nie sprzeciwiał.
Tak bez uczuć... na zimno.

Dawno tego nie doświadczał.
Joon zawsze był czuły i....
...Nie.

Nie myśl o nim. Jego już nie ma.
Uf.
No tak. Nie ma.

Jest git.

Po kilku nocach spędzonych w klubie, Kwon rozpoznał Mira; ba, wręcz uważał go za autorytet.
- Ten Mir, z dawnego M.B.L.A.Q... nie do pomyślenia, że tutaj nas obu zagnało. - powiedział kiedyś przy jednej z luźnych rozmów między występami Kwona.
Fakt, że co do powierzchownej słodkości, znajomi mieli rację - nawet w tak wyzywających ciuchach, jakie miał na sobie, potrafił rozmawiać w wręcz niewinnie uroczy sposób.
- Do czystej zajebistości tego występu brakuje mi rapera... - wyznał mu kiedyś, przy innej okazji, wyraźnie niepocieszony tym, że J-hope z BTS nie chce razem z nim występować w tanim klubie nocnym, wydawało się, że jest to dla niego zupełnie niezrozumiałe.
Stopniowo Mir i Kwon zacieśniali swoją znajomość, czasem jeden zapraszał drugiego na kawę, lub drinka, poza tym prawie co noc przegadywali przynajmniej kilka godzin.
Kwon stał się Cheol Yonga dobrym przyjacielem, kimś takim jak koło ratunkowe, rzucone na ich jezioro smutku - wystarczyło go znaleźć.
Jednak nie spodziewał się, że to jego "koło" podryfuje do jakiegoś nocnego klubiku na przedmieściach.
Nie wiedział też, że stanie się nim Jo Kwon.

Z czasem Mir zaczął dostrzegać w Kwonie rzeczy, na które ludzie zwykle zupełnie nie zwracają uwagi. Mianowicie uznał, że jego odstające uszy wcale nie są śmieszne, a urocze.
Albo, że gdy się uśmiecha, ma minimalne dołeczki, których trzeba się dopatrzeć.
Albo, że jego palce, są chyba najbardziej kobiecą jego częścią.

Kwon... polubił Mira. Nawet bardzo. Przez wspólną pracę i to spotykanie się, stali się sobie na prawdę bliscy. No i trzeba było przyznać, że były raper M.B.L.A.Q.'u nieźle mu imponował. Mimo tego, że miał wątpliwości do jego charakteru. Wyobrażał sobie, że będzie bardziej gwiazdrorzył, że będzie cyniczny czy arogancki...  a jednak na prawdę pozytywnie się zaskoczył. Nie podejrzewał, że będzie on tak miły, wdzięczny... romantyczny wręcz momentami.
No dobra, prawda była taka, że zaczął mu się podobać.
Tylko... wiedział, że nawet jeśli nie miałby przeciw niemu zastrzeżeń, pozostaje problem Kwona... "pracy". Jakkolwiek by jej nie nazwał, wszystko sprowadzało się do tego, że był po prostu zimną dziwką. Dawał za grube pieniądze, jakimś starym zbokom i biznesmenom, którzy na wyjeździe z pracy, poczuli się bez żony i dwójki dzieci troszeczkę zbyt wolni.

Czy czuł do siebie wstręt?
Nie.
Czemu miałby?
Czy on jeden to robi?
Zarabia i tyle.
Jedyne co go bolało, to ten chłód.
Nikt nie był wobec niego czuły. /

Tak... prawdziwie.

A Kwon jedyne czego chciał, to tak bardzo poczuć czyjąś bliskość. Fakt, że przez rozpolnawalność wielu ludzi chciało się z nim umawiać i te sprawy, ale rudzielec potrafił zgadnąć, o co im wszystkim chodzi - pieniądze lub sam seks. Nic więcej. Zero budowania czegokolwiek razem, zero uczuć, tylko jedno. Do obrzydzenia. A Kwon chciał, by ktoś go tylko pocałował, lub choć przytulił. Zupełnie normalnie i bez ceregieli. I z serca. Hm.. z serca. Ciekawe, czy on sam dawno go już nie stracił.

To dlatego Mir tak bardzo go zafascynował. Widać, że nie leciał do niego z wywieszonym językiem, w jego oczach nie było tego pożądania, jakie Jo Kwon wyłapywał u każdego, z kim zaczynał rozmawiać. Mir był normalny. Zachowywał się dla Kwona tak... ludzko, że aż ujmująco. I to było genialne.
A poza tym nazywał go KWON.
Kwon, a NIE ANIMAL.
To było kolejną rzeczą, która chwyciła go za serce, u Mira.

Ten z kolei nie uważał, że tancerz jest jakoś wyjątkowo dla niego. Przyjaźnili się, nawet bardzo, ale nie patrzył na Kwona pod kątem jakiegokolwiek wiązania się. Podczas występów ciekła mu ślinka, musiał przyznać, a jednak... chłopak był za bardzo inny, gdy opuszczał scenę. Mira nieco przerażały te jego maski. Był wspaniałym aktorem, więc przypuszczalnie każde uczucie także mógłby zagrać.
A z resztą... od czasu rozstania z Joonem nie miał ochoty na zabawy w związki. Wiedział, że Lee był jedyną osobą, którą pokochał na serio i tak mocno, że nic nie było w stanie zniszczyć jego uczucia. Więc żaden inny związek nie byłby prawdziwy, przecież Mir dalej kochałby Joona. Widział czego potrzebował Kwon - prawdziwych uczuć. Postanowił więc tylko takie mu dawać. Zero fałszu - czuje, że to nic poza przyjaźnią, więc tak będzie. Bardzo nie chciał go ranić, czy oszukiwać. Ten chłopiec był już wystarczająco wykorzystywany.
Pieniądze jedna nie były w stanie wynagrodzić mu emocji.
W końcu nie za wszystko da się zapłacić.

Czyż nie?

C.D.N.
Sai

감사합니다 (gamsahabnida), ありがとう (arigatō), 謝謝 (xièxiè), merci, danke shön, thanks, děkuji, grazie, спасибо (spasibo), köszönöm i dobranoc bitches, nie mam weny na komentarz ~


























I ciężki dojeb:


XD
Tag bardzo mega długi spam tym razem,
pewnie i tak nikt tego nie ogląda ._.

czwartek, 14 listopada 2013

"Po ciemku najlepiej" pt.3

Spokojnie, nie gryzę ~

Czyli Sai ponownie molestuje TaoHana, tym razem ukochane romansidła, słodkie tak, że idzie rzygnąć tęczą.
Zespół: EXO-M
Paring: TaoHan
Typ: Fluff
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia LuHana)

Co jest ze mną nie tak?
I co mam myśleć?
O czym? O wszystkim!
O mojej bezsenności, reagowaniu na ból... a no i o czynniku sprawczym wszelkich tych przemyśleń.
Tao.
Demon, ba żeby jeszcze jakiś przeciętny. Nie, oczywiście - demon ognia, palący dotykiem, o iskrzącym spojrzeniu, do tego pieprzony sadysta i egocentryk.
A jednak jego imię dźwięczy mi w głowie całymi dniami, bez przerwy.
Tao.
Taaao.
To jednak brzmi ślicznie.
Podpalał mnie.
Okaleczał.
Zadawał ból i cierpienie.
A ja zasnąłem przy tym jak dziecko.
I co ważniejsze... cały czas o nim myślę. Czy dzisiaj też przyjdzie. Czy coś mi zrobi, czy znów będzie tak intrygujący jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Tak... calutki dzień tak się zastanawiam. Znów.
Co jest ze mną, kurwa, nie tak?
Wieczorem nie musiałem na niego czekać. Podchodząc do łóżka, zauważyłem smukłą sylwetkę demona, rysującą się na tle otwartego okna, przez które pokój wypełniał się nieznośnym chłodem.
Ale w sumie to tym razem mi to nie przeszkadzało.
W milczeniu, oczywiście, usiadłem obok; on wpatrywał się w widok za oknem z zachwytem wypisanym na twarzy, a ja plecami do źródła chłodu, obserwowałem go kątem oka.
Jego uroda była zachwycająca.
Ale znowu milczał.
- Jeśli tak tam ślicznie to czemu nie wyjdziesz? - postarałem się opanować drżenie głosu, jednak kłamca ze mnie do dupy.
Tao na moje słowa, w permanentnym milczeniu obrzucił mnie roześmianym spojrzeniem.
Tak niespotykanie piękny uśmiech...
Nie, kurwa, Han!
Nie teraz.
- Co dzisiaj robimy? - rzucił beztrosko, obracając się do mnie i wpatrując się wyczekująco.
Co za typ.
- No bo wczoraj musiało Ci się kurewsko podobać... - mruknął zadowolony, zbliżając się do mojego ucha ospałym ruchem. - ...bo zasnąłeś tak słodko, że aż nie chciałem Cię rano budzić. - dokończył z czarującym uśmieszkiem, odsuwając się spowrotem i wyczekując mojej reakcji.
Teraz to ja milczałem.
Na prawdę mi się to podobało...?
Miałem wrażenie, że zemdlałem z bólu, ale każdy interpretuje jak chce.
No cóż, Lulu, musisz z tego jakoś wybrnąć.
- W takim razie dzisiaj także wolałbym zasnąć. - wydukałem w końcu, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z realnych konsekwencji tej zachcianki.
Tao rozbłysły srebrne tęczówki.
"Jestem idiotą." miotało się po moim pustym łbie.
- A w takim razie... - demon zbliżył się do mnie, na niebezpiecznie niewielką odległość. - Wolisz zasnąć z moją pomocą, czy może na własną rękę dasz radę? - szepnął, znajdując się tuż przy mnie, niemalże stykając się wargami z płatkiem mojego ucha.
Zadrżałem i odsunąłem się instynktownie, bojąc się kolejnych oparzeń.
Tao zachichotał złośliwie, po czym spojrzał na mnie w sposób, który zadziałał na mnie dwojako - z jednej strony bałem się cholernie i prosiłem by Tao nic mi nie zrobił, a z drugiej jego wzrok był tak wyzywający... przeszył mnie dreszcz.
- Dam radę sam. - skwitowałem w końcu suho.
Odsunąłem się na sam koniec łóżka i wsunąłem pod kołdrę, przy okazji odwracając do Tao plecami.
Przez chwilę pozostałem w jednej pozycji, jak zamrożony, wyczekując rozwoju wydarzeń.
Nic.
A jednak czułem na sobie jego wzrok.
Wypalający mi duszę.
Po jakichś trzech minutach ciszy absolutnej, wyczułem zmianę, pod postacią odsunięcia kołdry.
Przeraziłem się. Znowu mnie poparzy, jeśli nasze ciała choć na moment się zetkną.
Ułożył się tuż przy moim boku, mając najpewniej zamiar wtulenia się w moje plecy.
Ooo, co to, to nie! Nie będziemy się codziennie bawić w sado-maso!
Spieprzyłem szybciutko jak najbliżej ściany, a jak najdalej od ognistego demona.
- Nie mogę Cię przytulić? - zapytał Tao, a ja znów czułem się przez niego bez przerwy obserwowany.
- Nie, poparzysz mnie. - odparłem najbardziej stanowczym głosem na jaki było mnie stać.
Po chwili po pokoju rozniósł się gromki odgłos śmiechu.
Ten pojebaniec jeszcze ze mnie drwi...
Niedługo później poczułem parę rąk, oplatających mnie w pasie.
Odruchowo zerwałem się, strając w panice jak najszybciej oddalić od siebie tego popaprańca.
A jednak...
A jednaj mimo mojego lęku, przed dotykiem demona, nie poparzył mnie. Nawet odrobinkę. Po prostu się we mnie wtulił. I to jeszcze w tak uroczy,  i wdzięczny sposób...
Uspokoiłem się, nie reagując już tak gwałtownie na dotyk Tao.
Był w sumie przyjemny...
- I co, stało Ci się coś? - mruknął mój towarzysz, nieco wspinając się, najpewniej w celu obserwacji mojej mimiki.
- Sam nie wiem... - wzruszyłem ramionami, prychając śmiechem pod nosem.
Demon przedrzeźnił mnie, naśladując sposób w jaki się zaśmiałem, po czym zupełnie niewinnie nadgryzł płatek mojego ucha.
Poczułem, jak przez moje ciało przechodzi długi, przyjemny dreszcz.
Obróciłem się nieumiejętnie w stronę mojego diabła, otoczyłem go ramionami i wtuliłem we własne ciało.
Miałem w sobie coś na kształt potrzeby zapanowania nad nim.
Jedyne, czego przed zaśnięciem jeszcze doświadczyłem, były ciepłe usta Tao, lądujące delikatnie na moich obojczykach, klatce piersiowej, brzuchu...
A potem odpłynąłem w objęcia Morfeusza.

C.D.N.
Sai

Fluff jak na mnie przystało? Myślę, że jak najbardziej. Kolejny rozdział już w drodze ^-^

poniedziałek, 11 listopada 2013

"Po ciemku najlepiej"

"Nawet Szatan go nie chce"

Czyli Sai widzi Hana jako seme, Tao jebanym Cullenem i ogółem seksy w ciemno. Zapraszam.
Zespół: EXO-M
Paring: TaoHan
Typ: Fluff (ale już niedługo =w=)
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia LuHana)

Czemu noce są równie długie, co dnie?
Albo niech już będą, tylko wtedy chcę posiąść umiejętność całonocnego snu. Kurwa. Czy proszę o wiele?
Kolejny raz, towarzyszył mi jedynie księżyc i ciemność. Cierpiałem na bezsenność już od dawna, jednak ostatnimi czasy wyjątkowo dawała mi się we znaki. Próbowałem walczyć z nią na pieprzone miliony sposobów; mimo moich starań, ciało chciało jedno, a umysł drugie. Na nieszczęście organizm nie dawał za wygraną.
Starałem się męczyć, nie jeść, niekiedy kilka dni pod rząd, jednak sen nie nadchodził, a ja ponoć "marniałem w oczach". Więc dałem sobie z tym spokój, przestałem się przejmować. Po prostu nie spałem. Jak widać mojemu ciału nie było to potrzebne.
Leżałem sam w swoim mieszkanku, przy wielkim oknie, pewnej październikowej nocy. Nie zapowiadało się, żeby tym razem coś wyjątkowego miało sprowokować mój sen. Było jak zawsze.
Uniosłem się do półsiadu, po czym sięgnąłem do klamki okna i dźwigając się na niej, usiadłem na kolanach. Po chwili namysłu, bo w końcu nie musiałem się z niczym spieszyć - cała noc przede mną, ponownie złapałem za uchwyt otwierający okno i użyłem go w odpowiednim celu. Do pokoju, w którym co noc starałem się zasnąć, wpłynął chłód. Opatuliłem się szczelniej kołdrą, unosząc się lekko i wdychając łapczywie zimny wiatr. Spokojnie skupiałem się na głębokich wdechach...
Gdy nagle zamarłem.
Nie tylko mój oddech słychać było w pokoju.
Oglądnąłem się w tył. W ciemnościach nie dostrzegłem nikogo.A jednak ciche sapanie ciągle rozlegało się w mojej sypialni.
Poczułem dreszcz.
Kto...
Tutaj...
Jest?
- Halo...? - szepnąłem w nadziei, że nikt nie odpowie, a ja z braku snu wszystko sobie wyimaginowałem. Poczułem, że całe moje ciało ponownie przeszywa dreszcz, powodowany zimnem powietrza i strachem.
- Hallloooo... - sykliwy pomruk odpowiedział na mój szept.
W momencie spiąłem wszystkie swoje mięśnie i drżącym, nieuporządkowanym rytmem wciągnąłem w siebie haust otaczającej mnie ciemności.

Nic.


Nic...
Jedyne co słyszałem, to bicie własego serca - okropny, pulsujący w moich żyłach, płynny strach.
Wtem na karku poczułem powiew dużo cieplejszego powietrza, niż to zza okna. Wstrzymałem oddech, jak sparaliżowany. Nie miałem odwagi się odwrócić. Czymkolwiek jesteś, spierdalaj ode mnie jak najdalej!
- Nie nudzi Ci się tak nie spać, całymi nocami? - głos rozbrzmiał za moimi plecami dość blisko.
Cisza.
Nie byłem w stanie odpowiedzieć.
Za bardzo się bałem.
- Boisz się mnie? - poczułem kolejny dreszcz, kurwa nie, wcale się nie boję!
Ten sam oddech na karku.
Zadrżałem.
Nie wierzę w duchy, to nie może być wilkołak ani wampir, to nie możliwe, zupełnie.
Więc...
- ... k-kim jesteś? - wydukałem nadal wlepiając wzrok w przestrzeń przede mną.
Tym razem to głos nie odpowiedział na moje pytanie, a już wkrótce poczułem tam, gdzie wcześniej opadał gorący oddech, tym gorętsze usta.
Co za zboczeniec!
Gdyby nie strach, moja reakcja byłaby ostrzejsza - odwróciłem się szybko, kierowany impulsem obrony cnoty, napotykając przed sobą parę błyszczących, srebrzystych oczu.
Ich wyraz był... spokojny?
Zupełnie nie agresywny, czy zbereźny, czy jakikolwiek jakiego się spodziewałem. Po prostu naturalnie radosny.
- E...egh...- wyjąkałem wpatrując się w intruza jak w obrazek.
- Nie nudzisz się? - srebrzystooki powtórzył swe pytanie, oplatając mnie spojrzeniem jak hipnozą.
- Trochę... - wydało mi się, że owy nieznajomy nie jest do mnie źle nastawiony, wręcz byłem nim nieco zafascynowany.
- To świetnie. Widzisz, ja także nie sypiam zbyt dobrze... - mój nietypowy gość jęknął nieoczekiwanie, a jego głos zabarwiony był rozpaczą.
Nie wiedziałem co odpowiedzieć. W ogóle nie wiedziałem co robić, do cholery, to nie jest najnormalniejsza sytuacja, chyba, że się mylę!
- Trochę Agresywny Opętaniec. W skrócie Tao. Tam - tutaj wskazał palcem w dół - nie zbyt mnie lubią, kazali mi w końcu wypierdalać jak najdalej, więc oto jestem. Masz czarną herbatę? - mężczyzna zszedł z mojego łóżka i rozejrzał się ciekawsko po pokoju.
Kurwa?
Jakie "tam"?
Może mieszka piętro niżej...
Dziwne.
Nigdy go nie widziałem...
Ale, do cholery, co on tu robi?!?
- Ekhm... - chrząknąłem chcąc zwrócić na siebie jego uwagę. Bez reakcji. - EKHM! - warknąłem znów, jednak i tym razem nic. - T-tao? - mruknąłem w końcu, lekko się jąkając.
- Taaak? - dopiero gdy użyłem jego imienia, odwrócił się, wertując jedną z moich książek. Co za frajer... wyczuwam takich z kilometra.
- Skąd dokładnie jesteś? I czemu przyszedłeś do mnie...? Kto Cię wyrzucił? - pytania pchały mi się do głowy w niebezpiecznym tempie.
- Mówiłem, że stamtąd. - znów wskazał w dół. Na mój "wyraz twarzy geniusza" dopiero doprecyzował. - Z piekła. Tata razem z braćmi mnie wywalili, nawet oni mieli mnie dość... - wywrócił teatralnie oczami, po czym powrócił do zadanych przeze mnie pytań - A przyszedłem do Ciebie bo nie spałeś.
Mętlik w mojej głowie powoli przeradzał się w rasowy burdel.
Chwilkę.
Mam w pokoju demona, którego z piekła wywalił jego tatuś-Szatan, z tego co rozumiem, i który przyszedł do mnie na herbatkę tak?
Kurwa.



A mama mówiła, żebym nie oglądał tyle animców.

C.D.N.
Sai

Hyhyhy... nie wiem o co mi chodzi ;u;