wtorek, 19 listopada 2013

"Jesteś moim życiem... wiesz?" pt.4

Rośćau 4

Czyli Animal, to nie kto inny jak... no właśnie. Czytajcie. ~
Zespoły: M.B.L.A.Q; 2am
Paringi: JoMir (w zarodku)
Typ: Fluff
Narracja: Trzecioosobowa


Blondyn domyślał się kim może być ta cała gwiazda. Znaczy domyślał, to jednak za dużo powiedziane. Miał kilka typów co do tejże osoby, a jednak nic o nim nie wiedząc trudno było go dookreślić. Jedyne czego był pewien, to że był to mężczyzna.


Były raper nie zarabiał w klubie wielkich sum, jednak pieniądze jakie otrzymał po  dezaktywacji zespołu w zupełności mu wystarczały.
W końcu po raz pierwszy dostał od swego pracodawcy calutką nocną zmianę. Od 22 do 5 nad ranem. Pracy było dużo, ale to oczywiście dawało mu możliwość zobaczenia Animal'a na własne oczy. Ciekawość zżerała go od samego rana. Kim on się w końcu okaże?
Dzień dłużył się Mirowi w nieskończoność, od czekania na rozpoczęcie zmiany rozbolała go głowa.
Towarzyszyć miał mu, także pewien początkujący; znali się z widzenia, wiedział o nim tylko tyle, że ma na imię Taochin (postać wyimaginowana). Słyszał, że bliżsi znajomi wołali na niego zdrobniale Chin. O dziwo nikt nie pokusił się by nazwać go Tao, wszyscy uparcie powtarzali; Chin, Chin, Chin to, Chin tamto, Chin chodź tu, Chin pomóż... bywało to denerwujące. Zwłaszcza, że wzbudzał powszechną sympatię i na prawdę zdecydowana większość dobrze go znała, pomimo, że był nowy. On także nie widział nigdy Animal'a w klubie.
Bo ponoć każdy przynajmniej raz widział go w telewizji, niewielu jednak wiedziało o jego... "pracy dodatkowej".

Mir wkroczył do swego miejsca pracy wręcz podekscytowany. Za ladą Chin bawił się już szklankami i kieliszkami, od tak je przewracając, podrzucając, i przelewając w wymyślne sposoby naparstek alkoholu. Trzeba było mu oddać, że miał do tego talent.
- Hej. - rzucił raper na powitanie, nie zwracając na towarzysza większej uwagi i zaczynając myć swoją część naczyń.
- Cześć Mir! - odparł rozentuzjazmowany chłopiec odkładając szklanki i wyciągając do rozmówcy dłoń z bardzo oficjalnym wyrazem twarzy, ucieszony jakby witał się z premierem.
Mir... owszem, uścisnął dłoń znajomemu, ale z tak niezrozumiałym wyrazem twarzy, że Chinowi mina zrzedła w momencie. Raper nie czuł winy.
Tego dnia, myślał tylko i wyłącznie o występie Animal'a. O tym, kim on jest.

Około 22:30 tłumnie zaczęli się schodzić studenci, pojawiały się pary i grupki zdesperowanych panów po 40-stce. Po północy cały klub był zapchany.


Po czole Mira spływały kropelki potu, masowo przyrządzał drinki i bronił się, przed wulgarnymi odzywkami co niektórych, mocniej wstawionych klientów. Animal'a, jak nie było wcześniej, tak nie było teraz.
- Strasznie się niecierpliwisz... - usłyszał raper w pewnym momencie tuż przy swoim uchu. Wzdrygnął się i spojrzał w bok. - Będzie dopiero o pierwszej, z tego co mi wiadomo.
- Ale, że... że Animal? - mruknął Mir, wlepiając w China zaciekawiony wzrok.
- No tak, dowiedziałem się od kumpli, że zawsze występuje o pierwszej i trzeciej.
- Tylko dwa razy?! - oburzył się były maknae M.B.L.A.Q.'u, o mało nie upuszczając mytego kieliszka.
- No tak, tylko dwa razy.
- I tyle hajsu zgarnia??
- Musu być zajebisty, nie sądzisz? - Chin uśmiechnął się porozumiewawczo, po czym zachowawszy taki wyraz twarzy skupił się na myciu szklanek.
Mir powrócił do przygotowywania napojów alkoholowych. Po pewnym czasie zaczęło wkurzać go wysłuchiwanie zamówień, z których jedyne co wydedukować był w stanie, to kolor drinka.
Przez to zapamiętanie w irytacji, nawet nie spostrzegł kiedy wybiła pierwsza; światła zgasły a z okolic sceny popłynął równy, niski bit.
Wkrótce dołączyła do niego melodia z syntezatora, niezbyt ambitna, ale chwytliwa.
Reflektor padł na sam początek sceny.
Tam, na ćwiekowanym fotelu z napisem głoszącym jego ksywkę branżową, siedział gwóźdź wieczoru, Animal we własnej osobie.
Odwrócił się w momencie rozpoczęcia się partii wokalnej.
No tak, cóż by innego, niż płytkie teksty o seksie, mające na celu dotrzeć do największych desperatów w klubie.
"[...] On the floor".
Nie trudno było domyślić się, co miało odbywać się, cytując "on the floor".

Twarz jak na razie Animal miał zasłoniętą. Ale Mir pamiętał skądś ten głos.
Moment moment...


Nagle rozległ się głośniejszy dźwięk, pokroju szumu, a wykonawca śpiewając głośno "I'm an animal!" odrzucił maskę na bok.
Mi doznał istnego szoku.


Jo Kwon?! Na serio kurwa?!

Oczywiście, że go kojarzył, z widzenia, bo nie poznali się nigdy, ale wiedział kim jest, nawet za dobrze.
Za dobrze, by teraz oglądać jego wstęp w klubie nocnym, na wybiegu dla dziwek!
Z minuty na minutę tekst piosenki przybierał na agresywności, jednak... to najmniej obchodziło widzów. Ruchy Kwona, sposób w jaki chociażby chodził, w tych na ćwiekowanych butach na 20 cm obcasach, jak świetnie leżały na nim srebrzyste leginsy... to było dużo bardziej interesujące.
Mir mógł się na obserwacji skupiać do woli, bo wraz z rozpoczęciem występu Kwona, ilość zamówień zmalała do blisko zera. Wszyscy byli zbyt pochłonięci pokazem.
Chin przez chwilę z cwanym uśmiechem spoglądał na rapera, wręcz hipnotycznie wpatrzonego w gwiazdę wieczoru.
- I jak? Podoba Ci się, nie? - mruknął w końcu, niebezpiecznie zmniejszając odległość między swymi ustami, a uchem Mira
- Noo.... jest boski. - zdołał tylko wydukać raper, potem rzucając wzrok na zacieszonego rozmówcę. - A w ogóle co to za pytanie, jakim cudem mogłoby być inaczej? Tobie się nie podoba?
- Heh... nie wiem, ja nie jestem gejem. - wzbronił się Tao z kpiącym wyrazem twarzy, spojrzał w kierunku sceny, pokiwał pobłażliwie głową i przyjął grzecznie, jedno z niewielu ogarniętych zamówień.
- A wyglądasz jak męska dziwka... - mruknął Mir pod nosem, na powrót zapatrując się w tancerza.
Ten wykonał jeszcze dwa kawałki, w których już nie śpiewał, po czym opuścił scenę, ku niezadowoleniu jego największych adoratorów; 50-letnich panów przy kości, siedzących w pierwszych rzędach, z cygarem w zębach i kilkoma zgrabnymi dziewczętami u boku.
Po drugim występie nie zszedł tak jak wcześniej, pod scenę, ale przeszedł przez tłum "fanów" do osobnego pokoju, chowając się za drzwiami z karteczką "nie wchodzić".
- Podobno po występach daje, ale tylko tym najbardziej nadzianym. - zaczął Chin, zwracając się do Mira gdy lokal był już pusty, a oni zmęczeni jak nigdy ścierali podłogę.
- A co ma to mnie obchodzić? - Mir kąśliwie spojrzał na rozmówcę.
- Może masz jakieś aspiracje... tylko tak mówię. - Chin wzruszył ramionami i powrócił do szurania mopem po posadzce.
- To nie mów, bo pierdolisz. - zaśmiał się Mir, jakoś dziwnie wesoły, po tymże stwierdzeniu kolegi.

"Ja bym miał mieć do Kwona jakieś aspiracje?" myślał i sam do siebie się uśmiechał.
Nie patrzył na niego pod tym kątem. Przyjemnie się oglądało, ok, ale... czy coś więcej?
Pewnie gdyby nadarzyła się okazja, to by się nie sprzeciwiał.
Tak bez uczuć... na zimno.

Dawno tego nie doświadczał.
Joon zawsze był czuły i....
...Nie.

Nie myśl o nim. Jego już nie ma.
Uf.
No tak. Nie ma.

Jest git.

Po kilku nocach spędzonych w klubie, Kwon rozpoznał Mira; ba, wręcz uważał go za autorytet.
- Ten Mir, z dawnego M.B.L.A.Q... nie do pomyślenia, że tutaj nas obu zagnało. - powiedział kiedyś przy jednej z luźnych rozmów między występami Kwona.
Fakt, że co do powierzchownej słodkości, znajomi mieli rację - nawet w tak wyzywających ciuchach, jakie miał na sobie, potrafił rozmawiać w wręcz niewinnie uroczy sposób.
- Do czystej zajebistości tego występu brakuje mi rapera... - wyznał mu kiedyś, przy innej okazji, wyraźnie niepocieszony tym, że J-hope z BTS nie chce razem z nim występować w tanim klubie nocnym, wydawało się, że jest to dla niego zupełnie niezrozumiałe.
Stopniowo Mir i Kwon zacieśniali swoją znajomość, czasem jeden zapraszał drugiego na kawę, lub drinka, poza tym prawie co noc przegadywali przynajmniej kilka godzin.
Kwon stał się Cheol Yonga dobrym przyjacielem, kimś takim jak koło ratunkowe, rzucone na ich jezioro smutku - wystarczyło go znaleźć.
Jednak nie spodziewał się, że to jego "koło" podryfuje do jakiegoś nocnego klubiku na przedmieściach.
Nie wiedział też, że stanie się nim Jo Kwon.

Z czasem Mir zaczął dostrzegać w Kwonie rzeczy, na które ludzie zwykle zupełnie nie zwracają uwagi. Mianowicie uznał, że jego odstające uszy wcale nie są śmieszne, a urocze.
Albo, że gdy się uśmiecha, ma minimalne dołeczki, których trzeba się dopatrzeć.
Albo, że jego palce, są chyba najbardziej kobiecą jego częścią.

Kwon... polubił Mira. Nawet bardzo. Przez wspólną pracę i to spotykanie się, stali się sobie na prawdę bliscy. No i trzeba było przyznać, że były raper M.B.L.A.Q.'u nieźle mu imponował. Mimo tego, że miał wątpliwości do jego charakteru. Wyobrażał sobie, że będzie bardziej gwiazdrorzył, że będzie cyniczny czy arogancki...  a jednak na prawdę pozytywnie się zaskoczył. Nie podejrzewał, że będzie on tak miły, wdzięczny... romantyczny wręcz momentami.
No dobra, prawda była taka, że zaczął mu się podobać.
Tylko... wiedział, że nawet jeśli nie miałby przeciw niemu zastrzeżeń, pozostaje problem Kwona... "pracy". Jakkolwiek by jej nie nazwał, wszystko sprowadzało się do tego, że był po prostu zimną dziwką. Dawał za grube pieniądze, jakimś starym zbokom i biznesmenom, którzy na wyjeździe z pracy, poczuli się bez żony i dwójki dzieci troszeczkę zbyt wolni.

Czy czuł do siebie wstręt?
Nie.
Czemu miałby?
Czy on jeden to robi?
Zarabia i tyle.
Jedyne co go bolało, to ten chłód.
Nikt nie był wobec niego czuły. /

Tak... prawdziwie.

A Kwon jedyne czego chciał, to tak bardzo poczuć czyjąś bliskość. Fakt, że przez rozpolnawalność wielu ludzi chciało się z nim umawiać i te sprawy, ale rudzielec potrafił zgadnąć, o co im wszystkim chodzi - pieniądze lub sam seks. Nic więcej. Zero budowania czegokolwiek razem, zero uczuć, tylko jedno. Do obrzydzenia. A Kwon chciał, by ktoś go tylko pocałował, lub choć przytulił. Zupełnie normalnie i bez ceregieli. I z serca. Hm.. z serca. Ciekawe, czy on sam dawno go już nie stracił.

To dlatego Mir tak bardzo go zafascynował. Widać, że nie leciał do niego z wywieszonym językiem, w jego oczach nie było tego pożądania, jakie Jo Kwon wyłapywał u każdego, z kim zaczynał rozmawiać. Mir był normalny. Zachowywał się dla Kwona tak... ludzko, że aż ujmująco. I to było genialne.
A poza tym nazywał go KWON.
Kwon, a NIE ANIMAL.
To było kolejną rzeczą, która chwyciła go za serce, u Mira.

Ten z kolei nie uważał, że tancerz jest jakoś wyjątkowo dla niego. Przyjaźnili się, nawet bardzo, ale nie patrzył na Kwona pod kątem jakiegokolwiek wiązania się. Podczas występów ciekła mu ślinka, musiał przyznać, a jednak... chłopak był za bardzo inny, gdy opuszczał scenę. Mira nieco przerażały te jego maski. Był wspaniałym aktorem, więc przypuszczalnie każde uczucie także mógłby zagrać.
A z resztą... od czasu rozstania z Joonem nie miał ochoty na zabawy w związki. Wiedział, że Lee był jedyną osobą, którą pokochał na serio i tak mocno, że nic nie było w stanie zniszczyć jego uczucia. Więc żaden inny związek nie byłby prawdziwy, przecież Mir dalej kochałby Joona. Widział czego potrzebował Kwon - prawdziwych uczuć. Postanowił więc tylko takie mu dawać. Zero fałszu - czuje, że to nic poza przyjaźnią, więc tak będzie. Bardzo nie chciał go ranić, czy oszukiwać. Ten chłopiec był już wystarczająco wykorzystywany.
Pieniądze jedna nie były w stanie wynagrodzić mu emocji.
W końcu nie za wszystko da się zapłacić.

Czyż nie?

C.D.N.
Sai

감사합니다 (gamsahabnida), ありがとう (arigatō), 謝謝 (xièxiè), merci, danke shön, thanks, děkuji, grazie, спасибо (spasibo), köszönöm i dobranoc bitches, nie mam weny na komentarz ~


























I ciężki dojeb:


XD
Tag bardzo mega długi spam tym razem,
pewnie i tak nikt tego nie ogląda ._.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz