Najpierw przestrzel mu nogę...
Czyli trochę inna wersja tej samej historii.
Zespół: B.A.P.
Paring: BangHim
Typ: sama nie wiem jak to nazwać.. niedorżnięty Smut? To chyba Lime ~
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Himchana)
Deszcz siekł brutalnie, tego krwawego poranka.
Nie.
Ten dzień dopiero miał stać się krwawy.
Wszystko było zaplanowane, prawda? To takie oczywiste. Nagła śmierć
Bogu ducha winnego nauczyciela historii, od razu kandydat na wakat. To
takie podejrzane, prawda?
Głupota ludzi, którzy przyjęli nowego nauczyciela bez chwili zastanowienia, jest bezcenna.
Ten dzień spłynie krwią niewinnego.
I nikogo to nic nie obchodzi.
Mnie tym bardziej.
Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że z mojej inicjatywy zginie kolejny życiowy nieudacznik.
Ale nie ja pobrudzę sobie ręce.
Jestem tylko złem, które zatruje rzeczywistość na krótką chwilę.
Mam jak najbardziej szlachetne pobudki. Robię wszystko dla przyjaciela, to przecież prawe i dobre.
A poza tym, jeszcze żeby to co robię, poruszyło mnie choćby na krótką chwilę.
Nie, nie to nie dla mnie.
Tak wygląda moja rzeczywistość, to ja jestem tym, który się podszywa i
knuje, szpieg i kunktator. Tak jest od zawsze, pasuje mi to.
On jest moim przyjacielem od kiedy pamiętam. Zrobiłbym dla niego wszystko. Tak jak on dla mnie.
Na co dzień żyjemy w dwóch osobnych światach. Ja pokazuję w świetle fałsz. On jest w cieniu.
Przeciętny człowiek nie jest w stanie go dostrzec; przemyka tam, gdzie
inni nie zaglądają, tam gdzie się nie mieszczą, nie sięgają. Szybciej,
wyżej, bardziej.
Ponad motłoch.
Czasem nie można wyłapać jego obecności. A dodatkowo, nigdy nie jest sam.
Grupa, którą dowodzi ma jeszcze pięciu członków - ludzie wiedzący o ich istnieniu nazywają ich B-BAP.
Brutal Boys with Agressive Passion.
To ich oddaje, muszę przyznać.
Sześć pająków przemierzających czarne uliczki, kanały, podziemia. Sześć
węży - śliskich, trujących, wyzutych z poczucia winy. Sześć sów,
polujących w nocy.
Na szczury.
Są bystrzy, zwinni i nie mają żadnych problemów z wykonywaniem moich
planów. A moje plany są zawiłe i brutalne. I jak dotąd, nikt lepiej nie
wcielał ich w życie, niż B-Bapy. Mogę śmiało nazwać ich przyjaciółmi,
nie każdego z osobna, ale razem tworzą jeden organizm, na którym mogę
polegać z zamkniętymi oczami. A najbardziej właśnie na nim - na ich
przywódcy, bestii.
Przyjaźń to w ogóle ciekawa sprawa. A zwłaszcza czarna przyjaźń -
między potencjalnymi "przestępcami". Jest zawsze na jasnych zasadach,
ufna jak żadna inna, potężna i mściwa. Oko za oko.
Nie jestem w stanie, wyobrazić sobie jego furii, gdyby ktokolwiek mnie
tknął. Dokładnie na takiej samej zasadzie, nie wiem jak potępieńcza
wizja zgładzenia ścierwa, które skrzywdziłoby go, zrodziłaby się w mojej
głowie.
Jest kimś, komu mogę wierzyć. Tego jestem pewien. Gdyby mnie zawiódł, najpewniej nie przetrzymałbym takiego ciosu.
Ale to po prostu niemożliwe.
Jesteśmy jak bracia i kochankowie naraz.
Tego dnia, deszcz siekł brutalnie. Wieczorem powietrze ściął mróz i przestało padać.
Wszystko było dopracowane do perfekcji.
Siedziałem na dachu, z lornetką. Nogi zwisały mi w dół, machałem nimi
jak pięciolatek czekający na cukierki. Moje "cukierki" były jednak mniej
niewinne, niż oczekiwania dziecka.
~ (<-- retrospekcja)
- Wszystko jasne? - blondyn rzucił, kończąc objaśniać plan swemu wspólnikowi.
- Tak, to mało skomplikowany plan jak na Ciebie. - prychnęła bestia, z
płonącymi oczami naciągając mięśnie rąk. - Jedyne, czego nie rozumiem,
to cel tych działań. - zaśmiał się, a niski głos rozniósł się po całym
pomieszczeniu.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć, po prostu mi zaufaj. - uśmiechnął się rozmówca.
- Tylko na tym, jak dotąd, dobrze wychodzę. - podskoczył kilka razy w miejscu z szerokim uśmiechem.
~
Czekałem cierpliwie, obserwując jak powietrze, które wypuszczam
ustami, na mrozie staje się chmurką ciepłej pary. W końcu otaczającą
mnie ciszę, rozerwały stłumione wrzaski.
"Idzie." pomyślałem i spojrzałem w dół przez lornetkę.
~
- Weź ich ze sobą. - naciskał blondyn, gdy jego wspólnik stanął już w otwartych drzwiach.
- Na jednego średnio-przeciętnego frajera? Sam dam doskonale radę... - prychnęła bestia, nie mogąc doczekać się łowów.
- A jak policja się zleci? - za argumentował twórca planu.
- I tak wygram, jak zawsze. - kły błysnęły, po czym myśliwy wybiegł za
drzwi, przeskoczył za siatkę odgradzającą ich azyl od świata. Za nim
spadło na ziemię kilka kropel krwi; zdarł ręce o drut kolczasty. Blondyn
uśmiechnął się szeroko, jak zawsze na obraz tak wielkiej siły.
~
W końcu się pojawił - on nie biegł, on leciał. Przeskakiwał z budynku
na budynek, jak assasin. Bawił się z tym frajerem, gdyby chciał dawno
by go dopadł.
Uwielbiałem patrzeć, jak pracuje każdy jego mięsień, jak trywialne
wydają się być w jego wykonaniu skoki, salta i biegi długodystansowe.
Nie zazdrościłem mu tego w żaden sposób, on był prawie jak moje ręce i
nogi. Wykonywał to, czego ja nie potrafiłem. Może czułem wobec niego coś
na kształt podziwu. I satysfakcji, że zawsze stoi za mną murem ktoś tak
niezwykły.
Istna bestia, to fakt. Król wśród miejskich pająków, węży i sów.
Nauczyciel wyraźnie nie miał zbyt dobrej kondycji. Sapał głośno i krzyczał o pomoc.
- Drzyj się głośniej... - mruknąłem pod nosem, przytknięty do lornetki i
mocno zniesmaczony tym, jak nieprofesjonalnie przyszła ofiara się
zachowywała.
Przewracał za sobą śmietniki. Co za nieudacznik... łowca przeskakiwał
je z dziecinną łatwością, nic nie robiąc sobie ze starań "trupa".
Widziałem wyraźnie, że już się nudził.
~
- W nogę, a potem zasztyletować? - mruknęła bestia, obracając rewolwer w szponach.
- Mhm, w tej kolejności. Nawet jak wcześniej się przewróci, przestrzel
mu nogę. - skinął blondyn, podając rozmówcy pochwę z nożykiem w środku.
- Rozumiem. - zapiął broń na pasku od spodni, po czym do sznurował buty.
- Tylko go nie zgub, to mój ulubiony nożyk. - zachichotał zleceniodawca, energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
~
Rozległ się dźwięk wystrzału. Równocześnie dało się słyszeć wrzask postrzelonej ofiary.
Przez lornetkę widziałem jak historyk upada na ziemię.
Zabawny widok.
W końcu go dorwał. Stanął nad nim i spojrzał mu w oczy. Jakby pytał się,
czy czuje strach. Może jestem chory psychicznie, ale chciałbym zobaczyć
kiedyś ten wzrok. Doświadczyć ile przerażenia musi gościć w sercu
kogoś, kogo on przygwoździ do ziemi. Los nauczyciela od momentu, w
którym w mojej głowie powstał zarodek tego planu, był przesądzony.
Przed nim nie można się skryć.
Przed nim nie można uciec.
Jest ucieleśnieniem wszelkich moich wizji. W tym duecie, jedyne dlaczego
on jest górą to fakt, że ja go potrzebuję. Nie on mnie.
~
- Jak chciałeś umrzeć? - głos bestii wydrążył dziurę w sercu ofiary.
Drżący pod nim, niewinny mężczyzna jęczał z przerażenia.
- W-ww... www-ww... ss-spoo-ooko... spoko-oju-u-u... - wydukał w końcu, zamykając oczy ze strachu.
- To teraz się uspokój. - niski ton wydobywający się z wnętrza łowcy był jak ziszczenie najgorszych koszmarów.
- N-NIEE! BŁAG-G-GAM! - wrzask nauczyciela rozniósł się echem po uliczce.
- Powiedziałem coś. Wycisz się, a ja nie zabiję jak psychopata, tylko
powoli i spokojnie. - stanowczo rozkazał niedoszły morderca.
- N-n-niee-ee... - jęk ofiary był przepełniony rozpaczą, jednak coś się zmieniło. Jakby już pogodził się z tym, co ma nadejść.
~
Gdy skończył, wstałem i poczekałem, aż do mnie przyjdzie. Przypomniał
sobie, co mówiłem o kuli, łebski chłopak. Już chwilę później mogłem
podziwiać jego silne ręce, gdy wdrapywał się w moim kierunku. Byłem
zadowolony z tego jak sobie poradził, zawsze czuję dumę, gdy w
stuprocentowej dokładności wypełnia moje plany.
Jego dłonie w końcu pojawiły się przy moich butach, na krawędzi wieżowca, na którym stałem.
Spojrzał na mnie bezuczuciowo.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc mu wdrapać się na szczyt.
Prychnął kpiącym śmiechem, po czym dwie sekundy później stał wyprostowany tuż przede mną.
- Ładnie, brawo. - zaklaskałem w dłonie, po czym odebrałem zakrwawiony sztylet wepchnięty w pochwę z jego szponów.
- Twoja zasługa. To tyle? Bo jestem głodny, spadam do domu. - wymruczał,
nie patrząc już na mnie i wycierając ręce mokre od krwi w czarne
spodnie.
Zanim odpowiedziałem odwrócił się i powoli postawił kilka kroków naprzód.
- Głodny, głodny... i tak w domu nie masz się czym najeść. - wywróciłem
oczami i złapałem go za rękę, ciągnąc w tył z całej siły. Jedynie się
zachwiał i zatrzymał.
Obróciłem go do siebie i oplotłem wątłymi, w porównaniu do niego, rękami
w ramionach. Patrzył na mnie znudzonym, przygnębionym wzrokiem.
- Zostańmy tu jeszcze chwilę, księżyc świeci, jesteśmy na dachu...
zobacz, jak romantycznie. - zaśmiałem się, chcąc mu chociaż trochę
poprawić humor. Zawsze był zły po tym, jak zabijał kogokolwiek.
Oplotłem jedną nogą jego biodra, co zmusiło go do interakcji. Złapał mnie, zapewne odruchowo, w okolicach podudzia.
- Himchan... mam świeżą krew na rękach. - mruknął z pobłażliwym wyrazem twarzy.
Nie. Teraz nie chciało mi się z nim rozmawiać.
Otarłem się biodrami o jego podbrzusze, po czym złapałem w wargi płatek jego ucha. Zamruczał swoim niskim, dźwięcznym głosem.
- Himchan, jestem głodny... - spróbował jeszcze, ale czułem wyraźnie, że głód jedzenia powoli ustępuje innemu głodowi.
Nie, nie będę z Tobą rozmawiał.
Musnąłem językiem jego szyję, wokół tego miejsca na jego skórze unosiła
się para. Każdy oddech jaki wydychał on czy ja, stawał się białym
obłoczkiem.
Szczegół, że jego skóra była cieplejsza od mojej, mimo, że ja drżałem z
zimna w kurtce, a jego okrywała wyłącznie czarna koszulka bez rękawów.
Po kilku sekundach tego, co mu oferowałem, dłoń na moim udzie zaczęła się lekko ruszać.
Może wreszcie załapał, że ja serio nie mam ochoty na konwersację, a on serio nie ma ochoty na jedzenie.
- Himchan... - usłyszałem po chwili przy swoim uchu, a ton tego głosu
sprawił, że wszystkie moje mięśnie puściły i o mało nie upadłem.
Odsunąłem głowę do tyłu, spoglądając na bestię najbardziej ponętnie jak byłem w stanie.
Nie ja tu dominuję, no śmiało, wiesz co robić.
Bez dłuższego namysłu wpił się w moje wargi, spragniony jakby ten moment miał zaspokoić go na co najmniej tydzień. Temu właśnie chciałem zapobiec, a jedna póki co... póki co był mój.
Cały.
Dłońmi błądziłem po jego karku i łopatkach, on wplótł brudną od krwi dłoń w moje blond włosy.
Że niby powinienem się tym obrzydzić?
Niee... on często pachniał krwią.
W momencie zrobiło mi się na prawdę ciepło, rozpiąłem zamek błyskawiczny kurtki, którą miałem na sobie.
Kontynuowałem pieszczoty w samej bluzie. Chwilę po tym, jak pozbyłem się
wierzchniego ubrania, wymusił to, bym oplótł go obiema nogami, podniósł
mnie i molestując mi pośladki, nie przestawał namiętnie łączyć naszych
ust, języków...
Tak, definitywnie nie chciało mi się dziś z nim rozmawiać.
- Dobra robota, Yongguk... - było ostatnim, co powiedziałem do niego tej nocy, cichym i opanowanym głosem.
C.D.N.
Sai
Spotykamy się w następnym rozdziale, w którym chyba co nieco rozjaśnię. ~
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz