Żuki i muchy
Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)
- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.
- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?
Miłość wszelaka, delikatna i brutalna, fizyczna i duchowa, i taka, jakiej jeszcze nie ma.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bang Yongguk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bang Yongguk. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 19 października 2014
środa, 27 listopada 2013
"Bestia" rozdz. 2
Najpierw przestrzel mu nogę...
Czyli trochę inna wersja tej samej historii.
Zespół: B.A.P.
Paring: BangHim
Typ: sama nie wiem jak to nazwać.. niedorżnięty Smut? To chyba Lime ~
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Himchana)
Deszcz siekł brutalnie, tego krwawego poranka.
Nie.
Ten dzień dopiero miał stać się krwawy.
Wszystko było zaplanowane, prawda? To takie oczywiste. Nagła śmierć Bogu ducha winnego nauczyciela historii, od razu kandydat na wakat. To takie podejrzane, prawda?
Głupota ludzi, którzy przyjęli nowego nauczyciela bez chwili zastanowienia, jest bezcenna.
Ten dzień spłynie krwią niewinnego.
I nikogo to nic nie obchodzi.
Mnie tym bardziej.
Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że z mojej inicjatywy zginie kolejny życiowy nieudacznik.
Ale nie ja pobrudzę sobie ręce.
Jestem tylko złem, które zatruje rzeczywistość na krótką chwilę.
Mam jak najbardziej szlachetne pobudki. Robię wszystko dla przyjaciela, to przecież prawe i dobre.
A poza tym, jeszcze żeby to co robię, poruszyło mnie choćby na krótką chwilę.
Nie, nie to nie dla mnie.
Tak wygląda moja rzeczywistość, to ja jestem tym, który się podszywa i knuje, szpieg i kunktator. Tak jest od zawsze, pasuje mi to.
On jest moim przyjacielem od kiedy pamiętam. Zrobiłbym dla niego wszystko. Tak jak on dla mnie.
Na co dzień żyjemy w dwóch osobnych światach. Ja pokazuję w świetle fałsz. On jest w cieniu.
Przeciętny człowiek nie jest w stanie go dostrzec; przemyka tam, gdzie inni nie zaglądają, tam gdzie się nie mieszczą, nie sięgają. Szybciej, wyżej, bardziej.
Ponad motłoch.
Czasem nie można wyłapać jego obecności. A dodatkowo, nigdy nie jest sam.
Grupa, którą dowodzi ma jeszcze pięciu członków - ludzie wiedzący o ich istnieniu nazywają ich B-BAP.
Brutal Boys with Agressive Passion.
To ich oddaje, muszę przyznać.
Sześć pająków przemierzających czarne uliczki, kanały, podziemia. Sześć węży - śliskich, trujących, wyzutych z poczucia winy. Sześć sów, polujących w nocy.
Na szczury.
Są bystrzy, zwinni i nie mają żadnych problemów z wykonywaniem moich planów. A moje plany są zawiłe i brutalne. I jak dotąd, nikt lepiej nie wcielał ich w życie, niż B-Bapy. Mogę śmiało nazwać ich przyjaciółmi, nie każdego z osobna, ale razem tworzą jeden organizm, na którym mogę polegać z zamkniętymi oczami. A najbardziej właśnie na nim - na ich przywódcy, bestii.
Przyjaźń to w ogóle ciekawa sprawa. A zwłaszcza czarna przyjaźń - między potencjalnymi "przestępcami". Jest zawsze na jasnych zasadach, ufna jak żadna inna, potężna i mściwa. Oko za oko.
Nie jestem w stanie, wyobrazić sobie jego furii, gdyby ktokolwiek mnie tknął. Dokładnie na takiej samej zasadzie, nie wiem jak potępieńcza wizja zgładzenia ścierwa, które skrzywdziłoby go, zrodziłaby się w mojej głowie.
Jest kimś, komu mogę wierzyć. Tego jestem pewien. Gdyby mnie zawiódł, najpewniej nie przetrzymałbym takiego ciosu.
Ale to po prostu niemożliwe.
Jesteśmy jak bracia i kochankowie naraz.
Tego dnia, deszcz siekł brutalnie. Wieczorem powietrze ściął mróz i przestało padać.
Wszystko było dopracowane do perfekcji.
Siedziałem na dachu, z lornetką. Nogi zwisały mi w dół, machałem nimi jak pięciolatek czekający na cukierki. Moje "cukierki" były jednak mniej niewinne, niż oczekiwania dziecka.
~ (<-- retrospekcja)
- Wszystko jasne? - blondyn rzucił, kończąc objaśniać plan swemu wspólnikowi.
- Tak, to mało skomplikowany plan jak na Ciebie. - prychnęła bestia, z płonącymi oczami naciągając mięśnie rąk. - Jedyne, czego nie rozumiem, to cel tych działań. - zaśmiał się, a niski głos rozniósł się po całym pomieszczeniu.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć, po prostu mi zaufaj. - uśmiechnął się rozmówca.
- Tylko na tym, jak dotąd, dobrze wychodzę. - podskoczył kilka razy w miejscu z szerokim uśmiechem.
~
Czekałem cierpliwie, obserwując jak powietrze, które wypuszczam ustami, na mrozie staje się chmurką ciepłej pary. W końcu otaczającą mnie ciszę, rozerwały stłumione wrzaski.
"Idzie." pomyślałem i spojrzałem w dół przez lornetkę.
~
- Weź ich ze sobą. - naciskał blondyn, gdy jego wspólnik stanął już w otwartych drzwiach.
- Na jednego średnio-przeciętnego frajera? Sam dam doskonale radę... - prychnęła bestia, nie mogąc doczekać się łowów.
- A jak policja się zleci? - za argumentował twórca planu.
- I tak wygram, jak zawsze. - kły błysnęły, po czym myśliwy wybiegł za drzwi, przeskoczył za siatkę odgradzającą ich azyl od świata. Za nim spadło na ziemię kilka kropel krwi; zdarł ręce o drut kolczasty. Blondyn uśmiechnął się szeroko, jak zawsze na obraz tak wielkiej siły.
~
W końcu się pojawił - on nie biegł, on leciał. Przeskakiwał z budynku na budynek, jak assasin. Bawił się z tym frajerem, gdyby chciał dawno by go dopadł.
Uwielbiałem patrzeć, jak pracuje każdy jego mięsień, jak trywialne wydają się być w jego wykonaniu skoki, salta i biegi długodystansowe. Nie zazdrościłem mu tego w żaden sposób, on był prawie jak moje ręce i nogi. Wykonywał to, czego ja nie potrafiłem. Może czułem wobec niego coś na kształt podziwu. I satysfakcji, że zawsze stoi za mną murem ktoś tak niezwykły.
Istna bestia, to fakt. Król wśród miejskich pająków, węży i sów.
Nauczyciel wyraźnie nie miał zbyt dobrej kondycji. Sapał głośno i krzyczał o pomoc.
- Drzyj się głośniej... - mruknąłem pod nosem, przytknięty do lornetki i mocno zniesmaczony tym, jak nieprofesjonalnie przyszła ofiara się zachowywała.
Przewracał za sobą śmietniki. Co za nieudacznik... łowca przeskakiwał je z dziecinną łatwością, nic nie robiąc sobie ze starań "trupa".
Widziałem wyraźnie, że już się nudził.
~
- W nogę, a potem zasztyletować? - mruknęła bestia, obracając rewolwer w szponach.
- Mhm, w tej kolejności. Nawet jak wcześniej się przewróci, przestrzel mu nogę. - skinął blondyn, podając rozmówcy pochwę z nożykiem w środku.
- Rozumiem. - zapiął broń na pasku od spodni, po czym do sznurował buty.
- Tylko go nie zgub, to mój ulubiony nożyk. - zachichotał zleceniodawca, energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
~
Rozległ się dźwięk wystrzału. Równocześnie dało się słyszeć wrzask postrzelonej ofiary.
Przez lornetkę widziałem jak historyk upada na ziemię.
Zabawny widok.
W końcu go dorwał. Stanął nad nim i spojrzał mu w oczy. Jakby pytał się, czy czuje strach. Może jestem chory psychicznie, ale chciałbym zobaczyć kiedyś ten wzrok. Doświadczyć ile przerażenia musi gościć w sercu kogoś, kogo on przygwoździ do ziemi. Los nauczyciela od momentu, w którym w mojej głowie powstał zarodek tego planu, był przesądzony.
Przed nim nie można się skryć.
Przed nim nie można uciec.
Jest ucieleśnieniem wszelkich moich wizji. W tym duecie, jedyne dlaczego on jest górą to fakt, że ja go potrzebuję. Nie on mnie.
~
- Jak chciałeś umrzeć? - głos bestii wydrążył dziurę w sercu ofiary.
Drżący pod nim, niewinny mężczyzna jęczał z przerażenia.
- W-ww... www-ww... ss-spoo-ooko... spoko-oju-u-u... - wydukał w końcu, zamykając oczy ze strachu.
- To teraz się uspokój. - niski ton wydobywający się z wnętrza łowcy był jak ziszczenie najgorszych koszmarów.
- N-NIEE! BŁAG-G-GAM! - wrzask nauczyciela rozniósł się echem po uliczce.
- Powiedziałem coś. Wycisz się, a ja nie zabiję jak psychopata, tylko powoli i spokojnie. - stanowczo rozkazał niedoszły morderca.
- N-n-niee-ee... - jęk ofiary był przepełniony rozpaczą, jednak coś się zmieniło. Jakby już pogodził się z tym, co ma nadejść.
~
Gdy skończył, wstałem i poczekałem, aż do mnie przyjdzie. Przypomniał sobie, co mówiłem o kuli, łebski chłopak. Już chwilę później mogłem podziwiać jego silne ręce, gdy wdrapywał się w moim kierunku. Byłem zadowolony z tego jak sobie poradził, zawsze czuję dumę, gdy w stuprocentowej dokładności wypełnia moje plany.
Jego dłonie w końcu pojawiły się przy moich butach, na krawędzi wieżowca, na którym stałem.
Spojrzał na mnie bezuczuciowo.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc mu wdrapać się na szczyt.
Prychnął kpiącym śmiechem, po czym dwie sekundy później stał wyprostowany tuż przede mną.
- Ładnie, brawo. - zaklaskałem w dłonie, po czym odebrałem zakrwawiony sztylet wepchnięty w pochwę z jego szponów.
- Twoja zasługa. To tyle? Bo jestem głodny, spadam do domu. - wymruczał, nie patrząc już na mnie i wycierając ręce mokre od krwi w czarne spodnie.
Zanim odpowiedziałem odwrócił się i powoli postawił kilka kroków naprzód.
- Głodny, głodny... i tak w domu nie masz się czym najeść. - wywróciłem oczami i złapałem go za rękę, ciągnąc w tył z całej siły. Jedynie się zachwiał i zatrzymał.
Obróciłem go do siebie i oplotłem wątłymi, w porównaniu do niego, rękami w ramionach. Patrzył na mnie znudzonym, przygnębionym wzrokiem.
- Zostańmy tu jeszcze chwilę, księżyc świeci, jesteśmy na dachu... zobacz, jak romantycznie. - zaśmiałem się, chcąc mu chociaż trochę poprawić humor. Zawsze był zły po tym, jak zabijał kogokolwiek.
Oplotłem jedną nogą jego biodra, co zmusiło go do interakcji. Złapał mnie, zapewne odruchowo, w okolicach podudzia.
- Himchan... mam świeżą krew na rękach. - mruknął z pobłażliwym wyrazem twarzy.
Nie. Teraz nie chciało mi się z nim rozmawiać.
Otarłem się biodrami o jego podbrzusze, po czym złapałem w wargi płatek jego ucha. Zamruczał swoim niskim, dźwięcznym głosem.
- Himchan, jestem głodny... - spróbował jeszcze, ale czułem wyraźnie, że głód jedzenia powoli ustępuje innemu głodowi.
Nie, nie będę z Tobą rozmawiał.
Musnąłem językiem jego szyję, wokół tego miejsca na jego skórze unosiła się para. Każdy oddech jaki wydychał on czy ja, stawał się białym obłoczkiem.
Szczegół, że jego skóra była cieplejsza od mojej, mimo, że ja drżałem z zimna w kurtce, a jego okrywała wyłącznie czarna koszulka bez rękawów.
Po kilku sekundach tego, co mu oferowałem, dłoń na moim udzie zaczęła się lekko ruszać.
Może wreszcie załapał, że ja serio nie mam ochoty na konwersację, a on serio nie ma ochoty na jedzenie.
- Himchan... - usłyszałem po chwili przy swoim uchu, a ton tego głosu sprawił, że wszystkie moje mięśnie puściły i o mało nie upadłem.
Odsunąłem głowę do tyłu, spoglądając na bestię najbardziej ponętnie jak byłem w stanie.
Nie ja tu dominuję, no śmiało, wiesz co robić.
Bez dłuższego namysłu wpił się w moje wargi, spragniony jakby ten moment miał zaspokoić go na co najmniej tydzień. Temu właśnie chciałem zapobiec, a jedna póki co... póki co był mój.
Cały.
Dłońmi błądziłem po jego karku i łopatkach, on wplótł brudną od krwi dłoń w moje blond włosy.
Że niby powinienem się tym obrzydzić?
Niee... on często pachniał krwią.
W momencie zrobiło mi się na prawdę ciepło, rozpiąłem zamek błyskawiczny kurtki, którą miałem na sobie.
Kontynuowałem pieszczoty w samej bluzie. Chwilę po tym, jak pozbyłem się wierzchniego ubrania, wymusił to, bym oplótł go obiema nogami, podniósł mnie i molestując mi pośladki, nie przestawał namiętnie łączyć naszych ust, języków...
Tak, definitywnie nie chciało mi się dziś z nim rozmawiać.
- Dobra robota, Yongguk... - było ostatnim, co powiedziałem do niego tej nocy, cichym i opanowanym głosem.
C.D.N.
Sai
Spotykamy się w następnym rozdziale, w którym chyba co nieco rozjaśnię. ~
Czyli trochę inna wersja tej samej historii.
Zespół: B.A.P.
Paring: BangHim
Typ: sama nie wiem jak to nazwać.. niedorżnięty Smut? To chyba Lime ~
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Himchana)
Deszcz siekł brutalnie, tego krwawego poranka.
Nie.
Ten dzień dopiero miał stać się krwawy.
Wszystko było zaplanowane, prawda? To takie oczywiste. Nagła śmierć Bogu ducha winnego nauczyciela historii, od razu kandydat na wakat. To takie podejrzane, prawda?
Głupota ludzi, którzy przyjęli nowego nauczyciela bez chwili zastanowienia, jest bezcenna.
Ten dzień spłynie krwią niewinnego.
I nikogo to nic nie obchodzi.
Mnie tym bardziej.
Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że z mojej inicjatywy zginie kolejny życiowy nieudacznik.
Ale nie ja pobrudzę sobie ręce.
Jestem tylko złem, które zatruje rzeczywistość na krótką chwilę.
Mam jak najbardziej szlachetne pobudki. Robię wszystko dla przyjaciela, to przecież prawe i dobre.
A poza tym, jeszcze żeby to co robię, poruszyło mnie choćby na krótką chwilę.
Nie, nie to nie dla mnie.
Tak wygląda moja rzeczywistość, to ja jestem tym, który się podszywa i knuje, szpieg i kunktator. Tak jest od zawsze, pasuje mi to.
On jest moim przyjacielem od kiedy pamiętam. Zrobiłbym dla niego wszystko. Tak jak on dla mnie.
Na co dzień żyjemy w dwóch osobnych światach. Ja pokazuję w świetle fałsz. On jest w cieniu.
Przeciętny człowiek nie jest w stanie go dostrzec; przemyka tam, gdzie inni nie zaglądają, tam gdzie się nie mieszczą, nie sięgają. Szybciej, wyżej, bardziej.
Ponad motłoch.
Czasem nie można wyłapać jego obecności. A dodatkowo, nigdy nie jest sam.
Grupa, którą dowodzi ma jeszcze pięciu członków - ludzie wiedzący o ich istnieniu nazywają ich B-BAP.
Brutal Boys with Agressive Passion.
To ich oddaje, muszę przyznać.
Sześć pająków przemierzających czarne uliczki, kanały, podziemia. Sześć węży - śliskich, trujących, wyzutych z poczucia winy. Sześć sów, polujących w nocy.
Na szczury.
Są bystrzy, zwinni i nie mają żadnych problemów z wykonywaniem moich planów. A moje plany są zawiłe i brutalne. I jak dotąd, nikt lepiej nie wcielał ich w życie, niż B-Bapy. Mogę śmiało nazwać ich przyjaciółmi, nie każdego z osobna, ale razem tworzą jeden organizm, na którym mogę polegać z zamkniętymi oczami. A najbardziej właśnie na nim - na ich przywódcy, bestii.
Przyjaźń to w ogóle ciekawa sprawa. A zwłaszcza czarna przyjaźń - między potencjalnymi "przestępcami". Jest zawsze na jasnych zasadach, ufna jak żadna inna, potężna i mściwa. Oko za oko.
Nie jestem w stanie, wyobrazić sobie jego furii, gdyby ktokolwiek mnie tknął. Dokładnie na takiej samej zasadzie, nie wiem jak potępieńcza wizja zgładzenia ścierwa, które skrzywdziłoby go, zrodziłaby się w mojej głowie.
Jest kimś, komu mogę wierzyć. Tego jestem pewien. Gdyby mnie zawiódł, najpewniej nie przetrzymałbym takiego ciosu.
Ale to po prostu niemożliwe.
Jesteśmy jak bracia i kochankowie naraz.
Tego dnia, deszcz siekł brutalnie. Wieczorem powietrze ściął mróz i przestało padać.
Wszystko było dopracowane do perfekcji.
Siedziałem na dachu, z lornetką. Nogi zwisały mi w dół, machałem nimi jak pięciolatek czekający na cukierki. Moje "cukierki" były jednak mniej niewinne, niż oczekiwania dziecka.
~ (<-- retrospekcja)
- Wszystko jasne? - blondyn rzucił, kończąc objaśniać plan swemu wspólnikowi.
- Tak, to mało skomplikowany plan jak na Ciebie. - prychnęła bestia, z płonącymi oczami naciągając mięśnie rąk. - Jedyne, czego nie rozumiem, to cel tych działań. - zaśmiał się, a niski głos rozniósł się po całym pomieszczeniu.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć, po prostu mi zaufaj. - uśmiechnął się rozmówca.
- Tylko na tym, jak dotąd, dobrze wychodzę. - podskoczył kilka razy w miejscu z szerokim uśmiechem.
~
Czekałem cierpliwie, obserwując jak powietrze, które wypuszczam ustami, na mrozie staje się chmurką ciepłej pary. W końcu otaczającą mnie ciszę, rozerwały stłumione wrzaski.
"Idzie." pomyślałem i spojrzałem w dół przez lornetkę.
~
- Weź ich ze sobą. - naciskał blondyn, gdy jego wspólnik stanął już w otwartych drzwiach.
- Na jednego średnio-przeciętnego frajera? Sam dam doskonale radę... - prychnęła bestia, nie mogąc doczekać się łowów.
- A jak policja się zleci? - za argumentował twórca planu.
- I tak wygram, jak zawsze. - kły błysnęły, po czym myśliwy wybiegł za drzwi, przeskoczył za siatkę odgradzającą ich azyl od świata. Za nim spadło na ziemię kilka kropel krwi; zdarł ręce o drut kolczasty. Blondyn uśmiechnął się szeroko, jak zawsze na obraz tak wielkiej siły.
~
W końcu się pojawił - on nie biegł, on leciał. Przeskakiwał z budynku na budynek, jak assasin. Bawił się z tym frajerem, gdyby chciał dawno by go dopadł.
Uwielbiałem patrzeć, jak pracuje każdy jego mięsień, jak trywialne wydają się być w jego wykonaniu skoki, salta i biegi długodystansowe. Nie zazdrościłem mu tego w żaden sposób, on był prawie jak moje ręce i nogi. Wykonywał to, czego ja nie potrafiłem. Może czułem wobec niego coś na kształt podziwu. I satysfakcji, że zawsze stoi za mną murem ktoś tak niezwykły.
Istna bestia, to fakt. Król wśród miejskich pająków, węży i sów.
Nauczyciel wyraźnie nie miał zbyt dobrej kondycji. Sapał głośno i krzyczał o pomoc.
- Drzyj się głośniej... - mruknąłem pod nosem, przytknięty do lornetki i mocno zniesmaczony tym, jak nieprofesjonalnie przyszła ofiara się zachowywała.
Przewracał za sobą śmietniki. Co za nieudacznik... łowca przeskakiwał je z dziecinną łatwością, nic nie robiąc sobie ze starań "trupa".
Widziałem wyraźnie, że już się nudził.
~
- W nogę, a potem zasztyletować? - mruknęła bestia, obracając rewolwer w szponach.
- Mhm, w tej kolejności. Nawet jak wcześniej się przewróci, przestrzel mu nogę. - skinął blondyn, podając rozmówcy pochwę z nożykiem w środku.
- Rozumiem. - zapiął broń na pasku od spodni, po czym do sznurował buty.
- Tylko go nie zgub, to mój ulubiony nożyk. - zachichotał zleceniodawca, energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
~
Rozległ się dźwięk wystrzału. Równocześnie dało się słyszeć wrzask postrzelonej ofiary.
Przez lornetkę widziałem jak historyk upada na ziemię.
Zabawny widok.
W końcu go dorwał. Stanął nad nim i spojrzał mu w oczy. Jakby pytał się, czy czuje strach. Może jestem chory psychicznie, ale chciałbym zobaczyć kiedyś ten wzrok. Doświadczyć ile przerażenia musi gościć w sercu kogoś, kogo on przygwoździ do ziemi. Los nauczyciela od momentu, w którym w mojej głowie powstał zarodek tego planu, był przesądzony.
Przed nim nie można się skryć.
Przed nim nie można uciec.
Jest ucieleśnieniem wszelkich moich wizji. W tym duecie, jedyne dlaczego on jest górą to fakt, że ja go potrzebuję. Nie on mnie.
~
- Jak chciałeś umrzeć? - głos bestii wydrążył dziurę w sercu ofiary.
Drżący pod nim, niewinny mężczyzna jęczał z przerażenia.
- W-ww... www-ww... ss-spoo-ooko... spoko-oju-u-u... - wydukał w końcu, zamykając oczy ze strachu.
- To teraz się uspokój. - niski ton wydobywający się z wnętrza łowcy był jak ziszczenie najgorszych koszmarów.
- N-NIEE! BŁAG-G-GAM! - wrzask nauczyciela rozniósł się echem po uliczce.
- Powiedziałem coś. Wycisz się, a ja nie zabiję jak psychopata, tylko powoli i spokojnie. - stanowczo rozkazał niedoszły morderca.
- N-n-niee-ee... - jęk ofiary był przepełniony rozpaczą, jednak coś się zmieniło. Jakby już pogodził się z tym, co ma nadejść.
~
Gdy skończył, wstałem i poczekałem, aż do mnie przyjdzie. Przypomniał sobie, co mówiłem o kuli, łebski chłopak. Już chwilę później mogłem podziwiać jego silne ręce, gdy wdrapywał się w moim kierunku. Byłem zadowolony z tego jak sobie poradził, zawsze czuję dumę, gdy w stuprocentowej dokładności wypełnia moje plany.
Jego dłonie w końcu pojawiły się przy moich butach, na krawędzi wieżowca, na którym stałem.
Spojrzał na mnie bezuczuciowo.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc mu wdrapać się na szczyt.
Prychnął kpiącym śmiechem, po czym dwie sekundy później stał wyprostowany tuż przede mną.
- Ładnie, brawo. - zaklaskałem w dłonie, po czym odebrałem zakrwawiony sztylet wepchnięty w pochwę z jego szponów.
- Twoja zasługa. To tyle? Bo jestem głodny, spadam do domu. - wymruczał, nie patrząc już na mnie i wycierając ręce mokre od krwi w czarne spodnie.
Zanim odpowiedziałem odwrócił się i powoli postawił kilka kroków naprzód.
- Głodny, głodny... i tak w domu nie masz się czym najeść. - wywróciłem oczami i złapałem go za rękę, ciągnąc w tył z całej siły. Jedynie się zachwiał i zatrzymał.
Obróciłem go do siebie i oplotłem wątłymi, w porównaniu do niego, rękami w ramionach. Patrzył na mnie znudzonym, przygnębionym wzrokiem.
- Zostańmy tu jeszcze chwilę, księżyc świeci, jesteśmy na dachu... zobacz, jak romantycznie. - zaśmiałem się, chcąc mu chociaż trochę poprawić humor. Zawsze był zły po tym, jak zabijał kogokolwiek.
Oplotłem jedną nogą jego biodra, co zmusiło go do interakcji. Złapał mnie, zapewne odruchowo, w okolicach podudzia.
- Himchan... mam świeżą krew na rękach. - mruknął z pobłażliwym wyrazem twarzy.
Nie. Teraz nie chciało mi się z nim rozmawiać.
Otarłem się biodrami o jego podbrzusze, po czym złapałem w wargi płatek jego ucha. Zamruczał swoim niskim, dźwięcznym głosem.
- Himchan, jestem głodny... - spróbował jeszcze, ale czułem wyraźnie, że głód jedzenia powoli ustępuje innemu głodowi.
Nie, nie będę z Tobą rozmawiał.
Musnąłem językiem jego szyję, wokół tego miejsca na jego skórze unosiła się para. Każdy oddech jaki wydychał on czy ja, stawał się białym obłoczkiem.
Szczegół, że jego skóra była cieplejsza od mojej, mimo, że ja drżałem z zimna w kurtce, a jego okrywała wyłącznie czarna koszulka bez rękawów.
Po kilku sekundach tego, co mu oferowałem, dłoń na moim udzie zaczęła się lekko ruszać.
Może wreszcie załapał, że ja serio nie mam ochoty na konwersację, a on serio nie ma ochoty na jedzenie.
- Himchan... - usłyszałem po chwili przy swoim uchu, a ton tego głosu sprawił, że wszystkie moje mięśnie puściły i o mało nie upadłem.
Odsunąłem głowę do tyłu, spoglądając na bestię najbardziej ponętnie jak byłem w stanie.
Nie ja tu dominuję, no śmiało, wiesz co robić.
Bez dłuższego namysłu wpił się w moje wargi, spragniony jakby ten moment miał zaspokoić go na co najmniej tydzień. Temu właśnie chciałem zapobiec, a jedna póki co... póki co był mój.
Cały.
Dłońmi błądziłem po jego karku i łopatkach, on wplótł brudną od krwi dłoń w moje blond włosy.
Że niby powinienem się tym obrzydzić?
Niee... on często pachniał krwią.
W momencie zrobiło mi się na prawdę ciepło, rozpiąłem zamek błyskawiczny kurtki, którą miałem na sobie.
Kontynuowałem pieszczoty w samej bluzie. Chwilę po tym, jak pozbyłem się wierzchniego ubrania, wymusił to, bym oplótł go obiema nogami, podniósł mnie i molestując mi pośladki, nie przestawał namiętnie łączyć naszych ust, języków...
Tak, definitywnie nie chciało mi się dziś z nim rozmawiać.
- Dobra robota, Yongguk... - było ostatnim, co powiedziałem do niego tej nocy, cichym i opanowanym głosem.
C.D.N.
Sai
Spotykamy się w następnym rozdziale, w którym chyba co nieco rozjaśnię. ~
czwartek, 21 listopada 2013
Nowy rozdziałowiec BANGLO. ~
Zapowiedź,
Czyli to samo, ale po Saikowemu...enjoy ~
Bieg.
Mordercza ucieczka, brak tchu.
Tętno zapierdala jak szalone.
Krew chce rozsadzić żyły.
Ślina gęstnieje, a przed oczyma pojawiaja się mgła.
Kolejny świst przelatującego obok mojej głowy pocisku.
Śmiech.
Obracam głowę w prawo, biegnący obok mnie przyjaciel śmieje się w głos.
Ja też zaczynam.
Ktoś jeszcze.
W końcu wszyscy się śmiejemy.
I tak nam się uda.
Jak zawsze.
Samotność.
Dobiegamy zmordowani do siatki, uzbrojonej w drut kolczasty.
Za nią jest nasz azyl.
Tam nas już nie dorwą.
Tylko my i nikt inny.
Sami.
Wskakujemy na płot, zupełnie, jakby był dla nas dziecinną igraszką.
Przeskakuję pierwszy, czekam i liczę.
I wreszcie wszyscy bezpieczni.
Ból.
Wyjmowanie kul z ran w ciałach przyjaciół to nie jest przyjemne zajęcie.
Ten rozdzierający wrzask, przy każdym fałszywym ruchu.
To gryzące sumienie.
Ale jakoś trzeba sobie radzić.
Trzeba wytrwać, choćby ból paraliżował zmysły.
A my nie mamy wykształcenia lekarzy.
Nie mamy lepszego znieczulenia, niż wódka, zatruwająca krew i umysł.
My niczego nie mamy.
Głód.
Taki przeogromny głód, już od tygodnia.
Ale wystarczy woda.
Nauka nie-jedzenia, nie idzie w las.
Przeżyjemy.
Damy sobie radę, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Ciągła ucieczka, konieczność izolacji.
Rabunki, walka i cierpienie.
Czy to dla mnie coś specjalnego?
Niee... haha! ~
C.D.N.
Sai
Hwaiting! -3-
Czyli to samo, ale po Saikowemu...enjoy ~
Bieg.
Mordercza ucieczka, brak tchu.
Tętno zapierdala jak szalone.
Krew chce rozsadzić żyły.
Ślina gęstnieje, a przed oczyma pojawiaja się mgła.
Kolejny świst przelatującego obok mojej głowy pocisku.
Śmiech.
Obracam głowę w prawo, biegnący obok mnie przyjaciel śmieje się w głos.
Ja też zaczynam.
Ktoś jeszcze.
W końcu wszyscy się śmiejemy.
I tak nam się uda.
Jak zawsze.
Samotność.
Dobiegamy zmordowani do siatki, uzbrojonej w drut kolczasty.
Za nią jest nasz azyl.
Tam nas już nie dorwą.
Tylko my i nikt inny.
Sami.
Wskakujemy na płot, zupełnie, jakby był dla nas dziecinną igraszką.
Przeskakuję pierwszy, czekam i liczę.
I wreszcie wszyscy bezpieczni.
Ból.
Wyjmowanie kul z ran w ciałach przyjaciół to nie jest przyjemne zajęcie.
Ten rozdzierający wrzask, przy każdym fałszywym ruchu.
To gryzące sumienie.
Ale jakoś trzeba sobie radzić.
Trzeba wytrwać, choćby ból paraliżował zmysły.
A my nie mamy wykształcenia lekarzy.
Nie mamy lepszego znieczulenia, niż wódka, zatruwająca krew i umysł.
My niczego nie mamy.
Głód.
Taki przeogromny głód, już od tygodnia.
Ale wystarczy woda.
Nauka nie-jedzenia, nie idzie w las.
Przeżyjemy.
Damy sobie radę, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Ciągła ucieczka, konieczność izolacji.
Rabunki, walka i cierpienie.
Czy to dla mnie coś specjalnego?
Niee... haha! ~
C.D.N.
Sai
Hwaiting! -3-
Subskrybuj:
Posty (Atom)