niedziela, 5 października 2014

"Trzy i pół tysiąca, dwiescie" ~ non k-pop ~

- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Powtarza w kółko, jakby bał się zapomnieć. Siedzę obok, smutna, z kotem na kolanach i papierosem w ustach.
- Skończ, to męczące.
- Trzy i pół tysiąca...
Głowa mi pęka od tego jazgotu. Nie mówię tylko o nim, bombardowanie także wyjątkowo sprzyja migrenie. Coś uderza w sąsiednią dzielnicę.
Nasza posadzka trzęsie się jak gałązka na wietrze. Wybija go to z rytmu.
- Trzy i...!
Łapiemy się czego się da, kot z sykiem spada mi z kolan na podłogę. Moment ciszy, jakby anioł przyłożył mi dłonie do uszu. I nagle bum! I znowu trzęsie jak diabli.

Wieczorem, ja jem suchą grachamkę, a on dalej męczy jedną liczbę w koło Macieju.
- Przestaniesz!? Nawet nie mogę spokojnie zjeść kolacji!!
- Przestanę jak w końcu trafią w nas, narazie cieszę się, że mogę jeszcze mówić.
- Ale po co ciągle to samo? Możemy porozmawiać normalnie...
Zapada cisza. Wiadomo, że nie możemy. Bo o czym? Ulubionym filmie?
Kładziemy się spać, ale ja czuwam całą noc, bezustannie mam otwarte oczy. Długo się modlę, ale co można wymodlić jak się półnagim pali papierosy. Może mnie Bóg zrozumie.

- Boże, Ojcze Wszechmogący...

Słychać strzały. Ktoś sromotnie upada z całym sprzętem na ulicę. Krótkie, tłumione okrzyki zwycięstwa; "Jurek! Juruś, dobra nasza, lecim dalej!"

- Panie, Synu Jednorodzony...

On kręci się w swoim łóżku, pewnie śnią mu się koszmary. Ja się nie boję złych snów. Gorzej mam jak nie śpię. Mamrocze coś niewyraźnie. Kolejny raz.
- Trszy... tyy... tysiąnce..
Niech go jasna cholera.
- Jezu Chryste...
Pukanie do drzwi. Zrywam się z łóżka jak poparzona. Patrzę na zegar - no trzecia rano, jak była tak jest. Serce mi bije seriami jak karabin. Pochodzę do drzwi. Znowu głośne pukanie.
- No otwieraj!! Otwierajże!
O Boże, to nasi. Przekręcam klucz szybciutko i wpuszczam ich do środka. Jest dwóch, wysokich i brudnych.
- Wody, mamusia da, wody.
- Cobyśmy się chociaż przemyli.
- A i napić się trzeba.
- Bo idziemy na tych strażników i im karabiny zabieramy.
- Mamusia da tej wody?
Biegnę już, biegnę.
- Macie, chłopaki, pijcie na zdrowie. A i siadźcie na chwilę, to was przemyję.
I opowiadają mi o wszystkim, a ja im twarze mokrymi ściereczkami wycieram. Jednemu trzeba było ranę opatrzeć, więc się trochę zasiedzieli.
- To my biegniemy mamusiu, dzięki za wszystko!
- Dziękujemy, dziękujemy!
I wychodzą, a ja zakluczam drzwi i wracam na łóżko. Na czym się skończyło...? A tak...

- Który gładzisz grzechy świata...

Aż mnie skurcz łapie, od nagłego hałasu. Jęki bólu i dobijajace strzały. Całkiem bliziutko. Kroki.
Tup, tup, tup.
Ktoś szybko się zbliża. Tętno mi się szarpie, nogi rwą do ucieczki do nikąd, myśli się zatrzymują. Czekam. ... Nic. Cisza.

PUK. PUK. PUK.

- Öfnen Sie bitte!!
...
- Jetzt! Öfnen!!
Zamieram. Nic nie jest prawdą. Papieros spada na ziemię i uderza tak głośno, że pękaja mi bębenki. Siedzę nieruchomo i kieruję wzrok na niego.
- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Pada jeszcze kilka ostrzeżeń.
W końcu trzask rozłamywanego drewna. Wchodzi i bez pytania otwiera ogień w kierunku śpiącego. Z pościeli zaczyna kapać. Zwraca lufę do mnie. Coś krzyczy.
Ja już nic nie słyszę. Patrzę w jego niebieskie oczy, w ziejącą śmiercią pustkę karabinu. Krzyczy coraz paniczniej. Przez otwarte drzwi widać na ziemii dłoń, nadgarstek i przedramię jednego z chłopców.
Juruś? Synku?
Patrzę znów na oficera. Ciągle we mnie mierzy, wrzeszczy z jakąś rozpaczą wymalowaną na twarzy. Pociąga za spust. Uderzenie o podłogę mimo wszystko wywołuje ból. Wzrok bezwiednie zawieszam na upuszczonym papierosie tuż przed moją twarzą.

Na czym skończyłam? Aa...

- Zmiłuj się nad nami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz