poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Bestia" rozdz. 3

Ul. Strzelna 18.

 Czyli co spowodowało, że Zelo nie pojawił się następnego dnia w szkole.

 Zespół: B.A.P.
Paringi: -brak-
Typ: Backstory, Gen
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Junhong) 



"Umarł" kołatało mi się w głowie na zmianę z... "Ktoś go zamordował".


Czemu tak strasznie się bałem? Bo co dzień chodzę do tej szkoły, wracam późno... A gdyby zamiast profesora, to był Youngjae? Albo ja?

Youngjae...
Jak ja go dziś okropnie traktowałem.
Tak nie postępują przyjaciele, ani trochę.

Zarzuciłem torbę na ramię i puściłem się pędem w kierunku wyjścia ze szkoły. Po drodze jednak, ktoś złapał mnie za koszulę, tak, że o mało nie straciłem zupełnie równowagi.

To ten nowy historyk.
- W statusie szkoły mówią coś chyba, o zakazie biegania po korytarzach? - mruknął, a ja wraz z jego oddechem, poczułem zapach dymu papierosowego. Nie taki zły, jak mama mówiła.
- Chyba mówią, psorze, ale śpieszę się przeprosić przyjaciela. - wystękałem rozpaczliwie, modląc się w głębi, żeby Young jeszcze nie wyszedł.
Nowy zasępił się.
- Dobrego przyjaciela? - spytał, mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem.
Skinąłem tylko szybko głową, nie dając mu odetchnąć od wyczekującego spojrzenia...
- Biegnij, byle szybko. Ale jak już przeprosisz, masz się do mnie zgłosić, jasne? - z surowym wyrazem twarzy wypuścił skrawek mojej koszuli.
- Się rozumie! - wrzasnąłem, ułamek sekundy później, kontynuując swój sprint.
Mógłbym przysiądz, że się za mną gapił. No ale teraz to nie ważne.

- Youngjae!! - wrzasnąłem z całej siły.

Nie obrócił się.
Ponowiłem krzyk i tym razem poskutkowało.
Gdy tylko dobiegłem do mojego kochanego przyjaciela, jakoś tak... łzy same wcisnęły mi się do oczu. Nie mogłem na jego widok powstrzymać emocji, które aż wydzierały się ze mnie przy choćby oddechu.
- Young... - nie dokończyłem, kiedy dzieliły nas już może dwa kroki. Po prostu rzuciłem się na niego, wtuliłem jak syn w tatę, kiedy bardzo się boi.
- Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.- wyrecytowałem na jednym wydechu, starając się wytłumaczyć wszystkie moje uczucia. Oczywiście było to niewykonalne, ale zawsze warto próbować, czemu nie...
- Nie szkodzi.
Te słowa dotarły do mnie jakby wcześniej niż ich sens. "Nie szkodzi"? Tak po prostu "wybaczam"? Mimo, że traktowałem go gorzej niż śmieć, serio?

Oh Youngjae... nie mogłem sobie wymarzyć lepszego przyjaciela. Potrzebowałem go przytulić. A po jego policzkach właśnie w tym momencie potoczyły się łzy.

Czemu płaczesz, przyjacielu?
C-co... co się stało?
On... on jest taki wrażliwy.

Sięgnąłem dłonią jego okrągłej buzi i przetarłem małe kropelki, które się po niej sączyły. Przykro mi było, gdy musiałem patrzeć na płacz kogoś bliskiego. Kogoś jak Youngjae. Mojego najlepszego przyjaciela.

- Muszę lecieć, przepraszam, ale wezwał mnie ten nowy z historii. Do zobaczenia jutro, Young! - krzyknąłem machając mu, a on uśmiechnął się, odmachał mi i wyszedł.
Kamień spadł mi z serca.


Podchodząc do drzwi gabinetu tego nowego, muszę przyznać, trochę się bałem. Nie żeby mógł mi coś zrobić, ale... miał w sobie coś niepokojącego.

Na szczęście nie przypominał seryjnego mordercy.
Ledwo nacisnąwszy klamkę, z głębi pokoju rozległ się jego głos.
- Śmiało. - ponaglił mnie, a ja już bez namysłu popchnąłem drzwi i przekroczyłem próg gabinetu historyka. Nieco zdziwił mnie widok w środku, zatrzymałem się i nieskładnie burknąłem "dzień dobry".
Blond facet, nasz nowy nauczyciel, siedział na biurku z rękoma opartymi o kolana, w bluzie i narzuconym niestarannie na głowę kapturze. Profesor Kyunghae na pewno nie przyjmował tak uczniów, chociaż tego nie wiem. Nigdy nie byłem wzywany osobiście do niczyjego gabinetu.
Nowy widząc mnie uśmiechnął się.
- Siadaj, gdzie chcesz. - mruknął, ale ten pomruk brzmiał bardziej jak warczenie. Mimo wszystko permanentnie się uśmiechał i chyba tylko dlatego ciągle byłem spokojny.
Zająłem miejsce na małe sofie po jego lewej i złączyłem kolana. Zawsze to robię, kiedy jetem trochę poddenerwowany.
Milczeliśmy.
Ja nie miałem odwagi się odezwać, on wyglądał jakby nad czymś się grubo zastanawiał.
Wizualnie był... niezły. Żeby nie powiedzieć, że był po prostu przystojny. Blond grzywka spływała wzdłuż jego skroni i kończyła się gdzieś przy linii szczęki. Obserwowałem go sobie tak bezkarnie, aż w końcu chrząknął znacząco, tak, że ja niemal podskoczyłem. Zapiekły mnie policzki. "Widział...?" przemknęło mi przez myśl.
- Nad tym będziesz jeszcze musiał popracować. - profesor sapnął zerwanym śmiechem i zsunął się z biurka, stając nade mną.
- Mianowicie? - burknąłem sam nie mając pojęcia o czym ten człowiek mówi.
- Mianowicie, nad sztuką niedostrzegalnej obserwacji. - pochylił się niżej i.. ku memu wielkiemu zaskoczeniu po prostu, bez jakichkolwiek ograniczeń pstryknął mnie w nos. Jak kolega.
Z wyrazem twarzy niedorozwiniętej fretki odprowadziłem go wzrokiem, gdy przeszedł w kierunku niewielkiej gablotki, ulokowanej poniżej wentylatora. Wlepił w niego wzrok, ale  tylko tak, jakby chciał po prostu bezcelowo się w coś pogapić. Zwłaszcza, że w gablotce były tylko stare słowniki i encyklopedie historyczne Kyunghae.
A ten facet przede mną, na pewno nie był historykiem.
- Co wiesz o Wojnach Napoleońskich? - zaatakował mnie w końcu, odwracając się z impetem.
Zamarłem. Mimo wiedzy, jaka wypełniała moją głowę, nie byłem w stanie nic powiedzieć.
- Yym... no too... - bełkotałem, ale nic istotnego nie wyszło z moich ust.
- Mhm, panowanie nad stresem też u Ciebie leży. - wydawało mi się, że lepiej byłoby, żebym zapadł się w tą sofę po czubek głowy.
O co mu chodziło? Kim ten facet był? I dlaczego mówił do mnie tak, jakbym był jego... no nie wiem, młodszym bratem?
- Kim pan jest? - mruknąłem w końcu, ale zaskoczyło mnie jak bardzo nie potrafiłem przy nim zapanować nad głosem.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko.
- Jutro, w ramach kary za brak wiedzy historycznej... - tutaj nachylił się nad moim uchem i wyszeptał szczegółowe polecenie.
Bardzo dziwne polecenie. Zupełnie nie mogłem zrozumieć po co.
- Zrozumiałeś? - jego wzrok przeszył mnie na prawdę przenikliwie, a głos wydawał mi się nawet zbyt poważny jak do sytuacji.
- No tak, ale... mogę wiedzieć, cze...? - nie zdążyłem skończyć, uniemożliwił mi to, układając palec wskazujący na w pół otwartych ustach. Posłałem mu najbardziej pytający wzrok na jaki było mnie stać.
- Nie, nie możesz. Ale dowiesz się. Przyjdzie na to czas. - tęczówki tego blondyna błyszczały dziko. Na prawdę niezwykle. Tak, że nie mogłem skupić się na żadnym innym czynniku.
- N-no dobrze... - poddałem się.
Był zadowolony.
Widać to było w sposobie w jaki na mnie patrzył.
Było w nim coś, co wykraczało ponad zasady. Sam mężczyzna wydawał się schludny i porządny, ale jeśli spojrzeć w jego iskrzące się ślepia, traci się poczucie bezpieczeństwa. Magnetyzm działa na prawdę mocno, ale równocześnie zasiewa w sercu niepokój. Jeden z tych, gdy zbliża się burza z piorunami. Tak właśnie się czułem, kiedy wlepiał we mnie wzrok. Jakby niebo w moim umyśle zaczynały powoli, ale nieuchronnie zalewać ciemne, purpurowe chmury.
- Ale to będzie znaczyło... - wyrwałem się jeszcze, pragnąc jakichkolwiek wytłumaczeń. - Że nie przyjdzie pan do szkoły?
- Mhm, wolno mi. - roześmiał się. Jak on się niespotykanie śmiał.
- Ale jak to? - jego zachowanie nie dawało mi spokoju.
To jasne, że z historią ten człowiek nie miał nic wspólnego, ale w takim razie kim był? Dlaczego mnie akurat wybrał? Przecież ja... ja się zupełnie nie wyróżniam spośród tłumu. Poza wzrostem. Bo od tego blondyna byłem wyższy. Jednak mimo zdawania sobie sprawy z tego faktu, nie potrafiłem wyciągnąć z tego ani krzty pewności siebie. Pławił wszelkie zalążki rodzącej się we mnie dociekliwości, tylko jednym spojrzeniem.
No dobrze, był po prostu niezwykły.
Zupełnie niespotykany człowiek.
-  A tak to... mnie wolno wszystko. - najwyraźniej bardzo rozbawiony własnym stwierdzeniem roześmiał się zrywnie i nierytmicznie, po czym wygonił mnie gestem dłoni. - No ale teraz już spadaj mały, no, sio! Chcę mieć chwilę dla siebie.

Nie odpowiedziałem.


Jedyne, co byłem w stanie zrobić to wstać i grzecznie wykonać jego polecenie. Nie byłem pewien czy to co się dzieje, jest prawdziwe. A może to jeden z tych realistycznych snów, gdzie jesteś w stanie półświadomości?


Zatrzymałem się w drzwiach. Nie mogłem wyjść.

Po prostu, złapałem coś na kształt blokady.

You shall not pass.


Odwrócił się w moją stronę, wyłapałem to po charakterystycznym świśnięciu powietrza.

Jedyny odgłos, jaki rozlegał się przez moment w pokoju, to jego oddech. Własnego w ogól nie słyszałem, w sumie, to nawet nie byłem pewien czy oddycham. Jego ciche sapanie, w końcu zatrzymało się. Nabrał powietrza i ze świstem skierował do mnie kilka słów:
- A więc nie możesz wytrzymać? - zjechał głosem w dół, wcale nie intonując pytania, a jednak czułem, że wymaga odpowiedzi.
- Mhm. - pokiwałem głową. - Nie wiem nawet, kogo będę miał jutro szukać. Nawet nie mam informacji, o kogo pytać w razie czegoś tam... - tak na prawdę to jedynie ciekawość, zżerała mnie od środka.
Wcale nie przywiązywałem wagi do tego jak poradzę sobie z jego osobliwym poleceniem. Chciałem po prostu wiedzieć jak ma na imię. I "dowiesz się wszystkiego w swoim czasie" zaczynało mnie lekko irytować.
- Cała ta sytuacja jest typowa wyłącznie dla mnie, więc po pierwszych słowach jakie im powiesz, skierują Cię do mnie. Nie masz się czego obawiać. - odparł bezuczuciowo, nawet nie spoglądając w moją stronę.

Chwila.

Jeśli zachowuje się jak mój kolega i tak mnie też traktuje, to nie widzę powodu, dla którego ja nie mógłbym zachowywać się tak samo.
Podszedłem do niego najpewniej jak potrafiłem, lekko chwyciłem go za materiał bluzy i przyciągnąłem do siebie. Wzrostem górowałem, niewiele ale jednak znacząco. Na tyle, by każdy normalny czuł się wyższy. A ja dalej nie potrafiłem spojrzeć na niego z góry.
- Kim Ty jesteś? - spytałem i choć miałem zamiar zabrzmieć stanowczo, wyszła z tego jakaś żałośnie rozpaczliwa prośba.

Blondyn patrzył.

Nic więcej.
No i to mu wystarczało.
To pewne siebie, zaciekłe spojrzenie zwalało z nóg. Im dłużej przebywałem z nim w jednym pokoju, tym dziwniejsze emocje we mnie wywoływał.
- Bardzo chcesz wiedzieć? - rozległo się w końcu, a wibracje jego głosu napełniły pokój, jak ciepła smoła, beznadziejną zieloną beczkę.
Wydawało się, jakby sposób w jaki go trzymałem go zadowalał. Sprawiał wrażenie dumnego.
- Jeśli powiem "siadaj", co zrobisz? - rzucił głośno, tak, że pewnie w pokoju obok słyszeli go wyraźnie.

Nie odpowiedziałem.

Nie mogłem odpowiedzieć.
I ja, i on wiedzieliśmy jaka jest odpowiedź.

- Co zrobisz? - naciskał.

- Usiądę. - sam byłem zaskoczony tonem swojego głosu. Brzmiałem... groźnie?
- Powinieneś mi przyjebać. - puściłem go i pytając o milion rzeczy naraz swym spojrzeniem, odsunąłem się o krok.
- C-co...?
- Nigdy... nie. NIGDY..! - wrzasnął, a mnie ponownie zapiekły policzki. - nie dawaj sobie rozkazywać. Kiedy się tego nauczysz, będziemy rozmawiać.
Jego wzrok osiadł na mnie, ale tym razem poczułem w nim jakąś pogardę.
- A teraz zejdź mi z oczu. - machnął bez zainteresowania. - Nie chcę Cię już widzieć...
Zamurowało mnie. Poczułem się źle. Jak ktoś zupełnie bezsensowny. Jak...
- Śmieć. - mruknął blondyn, rzucając mi krótkie spojrzenie.

Wzdrygnąłem się.

Bo chociaż tego nie powiedział, wiedziałem to doskonale.
Moje życie nieodwracalnie się zmienia.
I to zupełnie bez mojej woli.


To nie była rzeczywistość, w której żyłem. Wszystko to co zobaczyłem, usłyszałem i poczułem w tym pokoju, nie należało do mojego świata. To było mi tak bardzo obce...
A już jutro moje zadanie od historyka, miało to zmienić.
Najbardziej męczyło mnie jednak tylko to jedno pytanie.
"Ciekawe kim on tak na prawdę jest...?"


Biedy Kyunghae.

Wróciłem do domy późno. Za późno. Od progu zaatakowało mnie gniewne spojrzenie ojca.
- Gdzie byłeś tak długo?
- Zatrzymał mnie.. - nie byłem pewien, czy powinienem mu mówić cokolwiek. - Profesor od chemii.
- Od chemii? - mina ojca wyrażała dokładnie to jak bardzo był tym zaskoczony.
- Noo... chciał, żebym pomógł Youngowi w ostatnich tematach. Zupełnie sobie nie radzi. - skrzywiłem się z politowaniem i wyminąłem skołowanego rodziciela, pędząc po schodach do swojego pokoju.
Znalazłszy się już w moim małym azylu, zatrzasnąłem drzwi i odetchnąłem ciężko. Nigdy nie kłamałem ojcu prosto w oczy. Zupełnie nie wiedziałem co się ze mną działo.
Rozłożyłem na biurku pierwszą-lepszą książkę porwaną z plecaka, a sam otworzyłem laptop, siadając z nim na kolanach na podłodze.
- Liceum... nr. 6... - mruczałem, szukając strony oficjalnej naszej szkoły. Może tam będzie cokolwiek na temat tego nowego...
Gówno. Jak wszystko na tej stronie.
Oczywiście nikomu nie chciało się zaktualizować danych, przez co w spisie nauczycieli rubryczka "historia" nadal świeciła nazwiskiem zamordowanego Kyunghae.
- Niech to szlag! - uderzyłem pięścią w podłogę, a na schodach dało się słyszeć ciche tupanie.
"Szlaaag!" powtórzyłem w myślach podrywając się momentalnie z podłogi, zamykając laptop i niedbale rzucając go na łóżko. Sekundę później siedziałem już przy biurko i "czytając" losowy podręcznik. Drzwi do pokoju skrzypiąc, otworzyły się.
- Junhong... coś się stało?
- Nie n-niee nie. Nic tato. - machnąłem ręką, nawet nie odwracając wzroku od książki.
- Jeśli tak, to ucz się dalej, dziecko. - mruknął przyjaznym głosem i opuścił pokój.

Opadłem na podręcznik i głośno wypuściłem z siebie powietrze. Serce waliło mi jak szalone, wszystkie żyły wybijały zwariowane tętno. 


Jutro.


Jutro wszystko będzie inne.


Wyciągnąłem z szuflady kartkę z notatnika i długopis, i zapisałem na niej adres podany mi przez historyka, tak na wszelki wypadek, gdybym zapomniał.


"Ul. Strzelna 18"


Nie wiedziałem kogo tam znajdę, ale tylko jak bardzo wszystko się wtedy zmieni.

Ale nie miałem wyjścia.
Poza tym... nie bałem się.
Czułem tylko dziwny rodzaj czegoś na kształt stresu. Jak trema przed występem

Gdy w nocy leżałem w łóżku, nie mogłem nawet zmrużyć oka. Cały czas miałem w głowie wizję tamtej rozmowy z nowym. 


"- Co zrobisz?

- Usiądę.
- A powinieneś..."
Rozpraszałem te urywki wspomnień i starałem się zasnąć. Zaraz jednak wracały, uparcie jak ćmy do światła.
W końcu odpłynąłem, nawet nie pamiętam, w którym momencie. Po prostu nagle obudził mnie alarm z komórki i głos matki, wołającej mnie na śniadanie.

- Ja pierdole... - podniosłem się do siadu i przeczesałem włosy.


To już za chwilę.



T.B.C.
Sai

No proszę was serdecznie, teraz tylko zasada COK* i jazda do przodu ~! ^-^


_______________________________
*COK - Czytam Oceniam Komentuję












\

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Droubble series pt. 2

Po drugie: Ucz się (całe życie)
Czyli chemia jest wśród nas. Pomysł żywcem zaczerpnięty z życia szkolnego, zapraszam.
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Fluff, Droubble
Narracja: Trzecioosobowa

- Wiesz co!? Wiesz co!? Wiesz co!? - Minzy z zacieszonym ryjkiem doskoczyła do łóżka swej kochanki o 7:00 rano, wskakując na nią i siadając na jej biodrach okrakiem.
- Czy Ty nie masz dla mnie ani trochę litości... - wysyczała półprzytomna raperka, rozklejając powieki.
- Ale wymyśliłam coś fajnego...
- No co takiego...?
- Wiesz, że CL to chlor, prawda?
- Nie, jestem blondynką do sześcianu, wiesz?
- No dobra dobra... no i wiesz, jak nazywają się związki innych pierwiastków z chlorem?
- Chlorki?
- Brawo, jednak myślisz nad ranem! - Minzy nie tracąc zapału zaklaskała w ręce. - To teraz popatrz na moje imię. Można je skrócić do Mn, co nie?
- Mm...
- Mn to symbol manganu.
- Nnnggg....
- CL czy Ty śpisz...?
- Nie niee...
- Wiesz do czego zmierzam?
- Właśnie... - wymruczała raperka - Ani trochę....
Minji z zawiedzioną miną westchnęła znacząco w kierunku liderki. W końcu darując sobie rozbudowaną grę w zgadywanki, położyła się na ukochanej, głowę układając wygodnie na jej piersiach.
- Jesteśmy chlorkiem manganu... - rzuciła tylko, mrużąc powieki.
Szybko jednak uśmiech wpłynął na jej usta, gdy wyczuła smukłą dłoń sunącą wzdłuż jej kręgosłupa.
- Mhm... ale to zdecydowanie związek mało reaktywny... - sprostowała blondynka, oplatając Minzy głębiej.
Chcąc udowodnić, że przecież wcale tak nie jest, fioletowowłosa własnoręcznie przymusiła rozespaną liderkę do zwiększenia swej porannej aktywności
T.B.C
Sai
Ja bym może dodała wreszcie coś poważnego, a nie się bawię w formy krótkie -_-" ehh... no ale enjoy. ~

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Boży pożar" OS. ~

"Niechaj prawa Twa ręka nie wie, co czyni lewa"

Czyli Sai nieogarnia, wypluwa swoją złość i obrzydzenie wszystkim dookoła, przy okazji wyrażając swój chołd dla Taekwona.
Zespół: VIXX
Paring: LeoBin
Typ: One Shot, Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Hongbina)

Takich rzeczy gazety nie opisują.
Żadna stacja telewizyjna tego nie relacjonuje.
Takie rzeczy są zakazane.
Boją się tego służby porządkowe.
Uciekają przed tym dzieci.
To chore.

Straż pożarna wyła żałośnie, zajeżdżając pod topiący się w płomieniach budynek. Kilku mężczyzn wysiadło z wozu i puściło się pędem w kierunku wejścia, reszta rozkładała wąż hydrauliczny. Ale są gorsze rzeczy niż pożar.
Wkrótce zjechały się media i kamery, sierowane na jedyne okno, nie zalane jeszcze falą ognia. Tam stałem.

Skok?

To nic trudnego.
Ale wtedy bym uciekł. A to już poważny problem.

Ogniste języki, zaczynały już łechtać niemoralnie moje plecy, nogi. Włosy zapewne pozwijały się od gorąca. Dym przedzierał się przez moją tchawicę i napełniał płuca zupełnie wbrew woli, jak brutalny kochanek szuka wyłącznie spełnienia.

Ciepły, zimny, ciepły... zimny, zimny... zimny.

Głowa sygnalizowała, że ma zamiar wybuchnąć. Ręce pokryły się sadzą, spodnie nieprzyjemnie tliły.

Odwróciłem się.

Jego oczy błyszczały wśrod dymu, pożółkłe zęby stroiły się w niewinną krew. Prześliczne, duże oczy... i ten miły uśmiech.

Ktoś wrzeszczał. Infantylne słowa  rzucane na wiatr pobrzmiewały głosami  rozpaczy i strachu.
To co dzieje się w pokoju, to rzeźnia. On patrzy tymi pięknymi ślepiami. A w tym samym momencie wciska dłoń pomiędzy jelita, już po raz któryś z kolei.

- Zabiłeś mi dom.
Sam już nie kontroluję swojego spalonego głosu.

On nadal z uśmiechem wyciąga ze swego brzucha, fragmenty zmiażdżonych żeber.

- Teraz mnie też zabijesz.
Ciała współlokatorów bezradnie rozrzucone wokół niego, zalewały podłogę szkarłatną taflą.

- I Ty też zginiesz.

Wstał.
Wnętrzności wypłynęły z rozprutego brzucha, zawisły bezwładnie w powietrzu. Zastanawiałem się jakim cudem on jeszcze chodzi.
Jego nadpalona skóra czerniała z sekundy na sekundę. Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając kroki. Osmolona podłoga trzeszczała niebezpiecznie, krew sączyła się po jego nagich, przypalonych udach. Gdy znalazł się tuż przy oknie, zszedłem z parapetu.
Wrzaski ludzi z frontu, gdy zniknąłem z ich pola widzenia, wyrażał niejednoznaczną radość i niepokój. Strażacy tupali głośno, błądząc w zwęglonych szczątkach przeszłości.

Przylgnął do mnie całym sobą, jego śliskie wnętrzności lepko ocierały się o mój brzuch.
Zakrwawionymi wargami delikatnie jak promienie wiosennego słońca mnie pocałował. Wokół dym mieszał się z odorem płonących wnętrzności i gorącej krwi.
Oplotłem jego szyję, delikatnie gładząc  kruche, rozpadające się włosy, zwęglone ramiona, oplecione strużkami parującej, karmazynowej cieczy.

Płakał.
A w sumie, to nie, jego oczy same wypuszczały z siebie potoki znikających po ułamku sekundy łez. Nie było sensu  ich zcałowywać.
Powiodłem wierzchem palców po jego osmolonych żebrach, wątrobie, nerkach. Wsunąłem pomiędzy nie opuszki, już po chwili całą dłoń, aż po nadgarstek.
- Umrzesz.

Uniosłem wzrok spowrotem na jego twarz. Uśmiech jak skurcz go nie opuszczał, jednak oczy ukazywały już wyłącznie białka. Źrenice wraz z tęczówkami zniknęły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, a płomienie już po chwili pożarły go w całości, rozjątrzając rany na moich przedramionach. Osunął się na podłogę, w połowie spalony. Zmieszał się z resztą, proch z jego ciała utopił się w krwi ofiar. Sięgnąłem jego głowy i powoli rozdrapałem zwęgloną skórę, połamałem czaszkę odłamkiem szkła z rozbitego okna, w którym wcześniej stałem.
Ostrożnie wsunąłem dłonie przez wyrwę, wyjąłem ociekający krwią mózg.

Po chwili strażacy, reporterzy oraz gapie, mogli znów zobaczyć mnie w oknie.
Uniosłem narząd nad głowę, rozdrobniłem go i pozwoliłem mu opaść na ziemię oraz przerażony, panikujący motłoch.

- Bierzcie... i jedzcie. Oto jest ciało waszego boga. ~

THE END
Sai

Jest rozkmina .-. Twory przedsenne. Do zobaczenia i komentujcie tą pulsującą kontrowersję. .-.

środa, 4 grudnia 2013

Dadadaam ~!

Po pierwsze: Nie zdradzaj.

Czyli pierwsze yuri na tym blogu oooo! Specjalnie dla Wujka Filipka.~
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Droubble, Fluff/Komedia
Narracja: Trzecioosobowa

- Miin... - raperka wymruczała nad uchem dziewczyny, obejmując ją w pasie i wtulając się w jej plecy.
- Hm? Na co znów wpadłaś? - odparła ta, nawet nie odrywając wzroku od telefonu.
- Na nic, aaa... Z kim tak piszesz...?
- Uhmm... Z nikim ważnym.
- Z menago? - liderka wydała z siebie krótki brecht.
Młodsza posłała jej wymowne spojżenie, wywróciłam oczami z miną "Siwonie, ratuj" i powróciła do stukania w ekran telefonu.
Po chwilk milczenia znów rozległ się dźwięk głosu CL.
- Mizny, zdradzasz mnie?
- ...
- Min, pytam serio!
- Jasne, z trzema naraz...
- WIEDZIAŁAM! - zakrzyknęła blondynka, jednym szybkim ruchem wgryzając się w ucho młodszej.
- KURWA CL! Jesteś nienormalna! - wrzasnęła zaatakowana, w momencie odpychając dziewczynę od siebie.
- Nauczysz się, może czegoś...
- O Jezu, przecież żartowałam... nigdy Cię nie zdradziłam, nawet z Amber. - Minzy wróciła do wcześniejszego miejsca, w którym siedziała.
- Na pewno?
- Tak, na pewno...
- Tak na 100%?
- Nawet na 200%.
- Aha! Ale na 1000 to już niee? - warknęła starsza.
- Boże, CL... na 1000 i więcej, nigdy przenigdy nie widziałam innej nagiej kobiety. - Minzy teatralnie przyłożyła dłoń do serca, w geście przysięgi.
- ... Wiesz... - blondynka pokręciła pobłażliwie głową.
- No co znowu?!
- Nie sądziłam, że wolisz ze zgaszonym światłem...
- CE-ELL!!!

Od tej pory Minzy gasiła światło, dopóki liderka jej nie przeprosiła.

T.B.C.
Sai

Będzie mini seria tego typu opowiadań z tym dokładnie OTP, wszystkie droubble (po 200 słów), żałosne i mało ambitne. Enjoy! ^-^

środa, 27 listopada 2013

"Bestia" rozdz. 2

Najpierw przestrzel mu nogę...

Czyli trochę inna wersja tej samej historii.
Zespół: B.A.P.
Paring: BangHim
Typ: sama nie wiem jak to nazwać.. niedorżnięty Smut? To chyba Lime ~

Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Himchana)


Deszcz siekł brutalnie, tego krwawego poranka.

Nie.
Ten dzień dopiero miał stać się krwawy.

Wszystko było zaplanowane, prawda? To takie oczywiste. Nagła śmierć Bogu ducha winnego nauczyciela historii, od razu kandydat na wakat. To takie podejrzane, prawda?
Głupota ludzi, którzy przyjęli nowego nauczyciela bez chwili zastanowienia, jest bezcenna.
Ten dzień spłynie krwią niewinnego.
I nikogo to nic nie obchodzi.
Mnie tym bardziej.
Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że z mojej inicjatywy zginie kolejny życiowy nieudacznik.
Ale nie ja pobrudzę sobie ręce.
Jestem tylko złem, które zatruje rzeczywistość na krótką chwilę.
Mam jak najbardziej szlachetne pobudki. Robię wszystko dla przyjaciela, to przecież prawe i dobre.
A poza tym, jeszcze żeby to co robię, poruszyło mnie choćby na krótką chwilę.
Nie, nie to nie dla mnie.
Tak wygląda moja rzeczywistość, to ja jestem tym, który się podszywa i knuje, szpieg i kunktator. Tak jest od zawsze, pasuje mi to.

On jest moim przyjacielem od kiedy pamiętam. Zrobiłbym dla niego wszystko. Tak jak on dla mnie.
Na co dzień żyjemy w dwóch osobnych światach. Ja pokazuję w świetle fałsz. On jest w cieniu.
Przeciętny człowiek nie jest w stanie go dostrzec; przemyka tam, gdzie inni nie zaglądają, tam gdzie się nie mieszczą, nie sięgają. Szybciej, wyżej, bardziej.
Ponad motłoch.
Czasem nie można wyłapać jego obecności. A dodatkowo, nigdy nie jest sam.
Grupa, którą dowodzi ma jeszcze pięciu członków - ludzie wiedzący o ich istnieniu nazywają ich B-BAP.
Brutal Boys with Agressive Passion.
To ich oddaje, muszę przyznać.
Sześć pająków przemierzających czarne uliczki, kanały, podziemia. Sześć węży -  śliskich, trujących, wyzutych z poczucia winy. Sześć sów, polujących w nocy.
Na szczury.

Są bystrzy, zwinni i nie mają żadnych problemów z wykonywaniem moich planów. A moje plany są zawiłe i brutalne. I jak dotąd, nikt lepiej nie wcielał ich w życie, niż B-Bapy. Mogę śmiało nazwać ich przyjaciółmi, nie każdego z osobna, ale razem tworzą jeden organizm, na którym mogę polegać z zamkniętymi oczami. A  najbardziej właśnie na nim - na ich przywódcy, bestii.
Przyjaźń to w ogóle ciekawa sprawa. A zwłaszcza czarna przyjaźń - między potencjalnymi "przestępcami". Jest zawsze na jasnych zasadach, ufna jak żadna inna, potężna i mściwa. Oko za oko.
Nie jestem w stanie, wyobrazić sobie jego furii, gdyby ktokolwiek mnie tknął. Dokładnie na takiej samej zasadzie, nie wiem jak potępieńcza wizja zgładzenia ścierwa, które skrzywdziłoby go, zrodziłaby się w mojej głowie.
Jest kimś, komu mogę wierzyć. Tego jestem pewien. Gdyby mnie zawiódł, najpewniej nie przetrzymałbym takiego ciosu.
Ale to po prostu niemożliwe.
Jesteśmy jak bracia i kochankowie naraz.

Tego dnia, deszcz siekł brutalnie. Wieczorem powietrze ściął mróz i przestało padać.
Wszystko było dopracowane do perfekcji.
Siedziałem na dachu, z lornetką. Nogi zwisały mi w dół, machałem nimi jak pięciolatek czekający na cukierki. Moje "cukierki" były jednak mniej niewinne, niż oczekiwania dziecka.

~ (<-- retrospekcja)
- Wszystko jasne? - blondyn rzucił, kończąc objaśniać plan swemu wspólnikowi.
- Tak, to mało skomplikowany plan jak na Ciebie. - prychnęła bestia, z płonącymi oczami naciągając mięśnie rąk. - Jedyne, czego nie rozumiem, to cel tych działań. - zaśmiał się, a niski głos rozniósł się po całym pomieszczeniu.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć, po prostu mi zaufaj. - uśmiechnął się rozmówca.
- Tylko na tym, jak dotąd, dobrze wychodzę. - podskoczył kilka razy w miejscu z szerokim uśmiechem.
~

Czekałem cierpliwie, obserwując jak powietrze, które wypuszczam ustami, na mrozie staje się chmurką ciepłej pary. W końcu otaczającą mnie ciszę, rozerwały stłumione wrzaski.
"Idzie." pomyślałem i spojrzałem w dół przez lornetkę.

~
- Weź ich ze sobą. - naciskał blondyn, gdy jego wspólnik stanął już w otwartych drzwiach.
- Na jednego średnio-przeciętnego frajera? Sam dam doskonale radę... - prychnęła bestia, nie mogąc doczekać się łowów.
- A jak policja się zleci? - za argumentował twórca planu.
- I tak wygram, jak zawsze. - kły błysnęły, po czym myśliwy wybiegł za drzwi, przeskoczył za siatkę odgradzającą ich azyl od świata. Za nim spadło na ziemię kilka kropel krwi; zdarł ręce o drut kolczasty. Blondyn uśmiechnął się szeroko, jak zawsze na obraz tak wielkiej siły.
~

W końcu się pojawił - on nie biegł, on leciał. Przeskakiwał z budynku na budynek, jak assasin. Bawił się z tym frajerem, gdyby chciał dawno by go dopadł.
Uwielbiałem patrzeć, jak pracuje każdy jego mięsień, jak trywialne wydają się być w jego wykonaniu skoki, salta i biegi długodystansowe. Nie zazdrościłem mu tego w żaden sposób, on był prawie jak moje ręce i nogi. Wykonywał to, czego ja nie potrafiłem. Może czułem wobec niego coś na kształt podziwu. I satysfakcji, że zawsze stoi za mną murem ktoś tak niezwykły.
Istna bestia, to fakt. Król wśród miejskich pająków, węży i sów.
Nauczyciel wyraźnie nie miał zbyt dobrej kondycji. Sapał głośno i krzyczał o pomoc.
- Drzyj się głośniej... - mruknąłem pod nosem, przytknięty do lornetki i mocno zniesmaczony tym, jak nieprofesjonalnie przyszła ofiara się zachowywała.
Przewracał za sobą śmietniki. Co za nieudacznik... łowca przeskakiwał je z dziecinną łatwością, nic nie robiąc sobie ze starań "trupa".
Widziałem wyraźnie, że już się nudził.

~
- W nogę, a potem zasztyletować? - mruknęła bestia, obracając rewolwer w szponach.
- Mhm, w tej kolejności. Nawet jak wcześniej się przewróci, przestrzel mu nogę. - skinął blondyn, podając rozmówcy pochwę z nożykiem w środku.
- Rozumiem. - zapiął broń na pasku od spodni, po czym do sznurował buty.
- Tylko go nie zgub, to mój ulubiony nożyk. - zachichotał zleceniodawca, energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
~

Rozległ się dźwięk wystrzału. Równocześnie dało się słyszeć wrzask postrzelonej ofiary.
Przez lornetkę widziałem jak historyk upada na ziemię.
Zabawny widok.
W końcu go dorwał. Stanął nad nim i spojrzał mu w oczy. Jakby pytał się, czy czuje strach. Może jestem chory psychicznie, ale chciałbym zobaczyć kiedyś ten wzrok. Doświadczyć ile przerażenia musi gościć w sercu kogoś, kogo on przygwoździ do ziemi. Los nauczyciela od momentu, w którym w mojej głowie powstał zarodek tego planu, był przesądzony.
Przed nim nie można się skryć.
Przed nim nie można uciec.
Jest ucieleśnieniem wszelkich moich wizji. W tym duecie, jedyne dlaczego on jest górą to fakt, że ja go potrzebuję. Nie on mnie.

~
- Jak chciałeś umrzeć? - głos bestii wydrążył dziurę w sercu ofiary.
Drżący pod nim, niewinny mężczyzna jęczał z przerażenia.
- W-ww... www-ww... ss-spoo-ooko... spoko-oju-u-u... - wydukał w końcu, zamykając oczy ze strachu.
- To teraz się uspokój. - niski ton wydobywający się z wnętrza łowcy był jak ziszczenie najgorszych koszmarów.
- N-NIEE! BŁAG-G-GAM! - wrzask nauczyciela rozniósł się echem po uliczce.
- Powiedziałem coś. Wycisz się, a ja nie zabiję jak psychopata, tylko powoli i spokojnie. - stanowczo rozkazał niedoszły morderca.
- N-n-niee-ee... - jęk ofiary był przepełniony rozpaczą, jednak coś się zmieniło. Jakby już pogodził się z tym, co ma nadejść.
~

Gdy skończył, wstałem i poczekałem, aż do mnie przyjdzie. Przypomniał sobie, co mówiłem o kuli, łebski chłopak. Już chwilę później mogłem podziwiać jego silne ręce, gdy wdrapywał się w moim kierunku. Byłem zadowolony z tego jak sobie poradził, zawsze czuję dumę, gdy w stuprocentowej dokładności wypełnia moje plany. 
Jego dłonie w końcu pojawiły się przy moich butach, na krawędzi wieżowca, na którym stałem.
Spojrzał na mnie bezuczuciowo.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc mu wdrapać się na szczyt.
Prychnął kpiącym śmiechem, po czym dwie sekundy później stał wyprostowany tuż przede mną.
- Ładnie, brawo. - zaklaskałem w dłonie, po czym odebrałem zakrwawiony sztylet wepchnięty w pochwę z jego szponów.
- Twoja zasługa. To tyle? Bo jestem głodny, spadam do domu. - wymruczał, nie patrząc już na mnie i wycierając ręce mokre od krwi w czarne spodnie.
Zanim odpowiedziałem odwrócił się i powoli postawił kilka kroków naprzód.
- Głodny, głodny... i tak w domu nie masz się czym najeść. - wywróciłem oczami i złapałem go za rękę, ciągnąc w tył z całej siły. Jedynie się zachwiał i zatrzymał.
Obróciłem go do siebie i oplotłem wątłymi, w porównaniu do niego, rękami w ramionach. Patrzył na mnie znudzonym, przygnębionym wzrokiem.
- Zostańmy tu jeszcze chwilę, księżyc świeci, jesteśmy na dachu... zobacz, jak romantycznie. - zaśmiałem się, chcąc mu chociaż trochę poprawić humor. Zawsze był zły po tym, jak zabijał kogokolwiek.
Oplotłem jedną nogą jego biodra, co zmusiło go do interakcji. Złapał mnie, zapewne odruchowo, w okolicach podudzia.
- Himchan... mam świeżą krew na rękach. - mruknął z pobłażliwym wyrazem twarzy.
Nie. Teraz nie chciało mi się z nim rozmawiać.
Otarłem się biodrami o jego podbrzusze, po czym złapałem w wargi płatek jego ucha. Zamruczał swoim niskim, dźwięcznym głosem.
- Himchan, jestem głodny... - spróbował jeszcze, ale czułem wyraźnie, że głód jedzenia powoli ustępuje innemu głodowi.
Nie, nie będę z Tobą rozmawiał.
Musnąłem językiem jego szyję, wokół tego miejsca na jego skórze unosiła się para. Każdy oddech jaki wydychał on czy ja, stawał się białym obłoczkiem.
Szczegół, że jego skóra była cieplejsza od mojej, mimo, że ja drżałem z zimna w kurtce, a jego okrywała wyłącznie czarna koszulka bez rękawów.
Po kilku sekundach tego, co mu oferowałem, dłoń na moim udzie zaczęła się lekko ruszać.
Może wreszcie załapał, że ja serio nie mam ochoty na konwersację, a on serio nie ma ochoty na jedzenie.
- Himchan... - usłyszałem po chwili przy swoim uchu, a ton tego głosu sprawił, że wszystkie moje mięśnie puściły i o mało nie upadłem.
Odsunąłem głowę do tyłu, spoglądając na bestię najbardziej ponętnie jak byłem w stanie.
Nie ja tu dominuję, no śmiało, wiesz co robić.
Bez dłuższego namysłu wpił się w moje wargi, spragniony jakby ten moment miał zaspokoić go na co najmniej tydzień. Temu właśnie chciałem zapobiec, a jedna póki co... póki co był mój.
Cały.
Dłońmi błądziłem po jego karku i łopatkach, on wplótł brudną od krwi dłoń w moje blond włosy.
Że niby powinienem się tym obrzydzić?

Niee... on często pachniał krwią.

W momencie zrobiło mi się na prawdę ciepło, rozpiąłem zamek błyskawiczny kurtki, którą miałem na sobie.
Kontynuowałem pieszczoty w samej bluzie. Chwilę po tym, jak pozbyłem się wierzchniego ubrania, wymusił to, bym oplótł go obiema nogami, podniósł mnie i molestując mi pośladki, nie przestawał namiętnie łączyć naszych ust, języków...

Tak, definitywnie nie chciało mi się dziś z nim rozmawiać.
- Dobra robota, Yongguk... - było ostatnim, co powiedziałem do niego tej nocy, cichym i opanowanym głosem.


C.D.N.
Sai

Spotykamy się w następnym rozdziale, w którym chyba co nieco rozjaśnię. ~

wtorek, 26 listopada 2013

"Po ciemku najlepiej" pt. 4

Chłód

Czyli czy mogę zamówić herbatę z porcją strachu?
Zespół: EXO-M
Paring: TaoHan
Typ: Fluff
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia LuHana)


Sam już nie wiem co robić.
No bo tak - z jednej strony, tak strasznie boję się, że on znów przyjdzie. Że tym razem już na poważnie, nie będzie miły i grzeczny, i postara się zadać mi porządną dawkę bólu.
Natomiast pojebany Han tylko na to czeka - no wręcz nie mogę usiedzieć w miejscu, czekając na wieczór, a znaleźć moment, w którym nie myślę o Tao, to wyczyn.
Nawet biorąc pod uwagę sam fakt, że może zadać mi cierpienie w ogóle mnie jego przybycie nie odstrasza. A wręcz tym bardziej nakręca, serio, że mną coś kurwa jest.
Generalnie sęk w tym, że z dnia na dzień, a może raczej z nocy na noc, pragnę obecności Tao coraz mocniej. Coraz...
... goręcej?

Po całym dniu nie robienia zupełnie niczego oraz rozmyślania o demonach, wreszcie nadszedł tak wyczekiwany przeze mnie moment, w którym wskoczyłem pod kołdrę i mogłem już w spokoju czekać na Tao.
Tylko chwila...

Czy ja chcę na niego czekać?
A co jak przyjdzie, nagle mu coś dopierdoli i zacznie mnie przypalać?

Nie, nie.

Mimo to, chcę, żeby przyszedł. Będzie zabawnie.

A jednak coś poszło nie tak.
Nie to, żeby znów zaczął mnie gwałcić spojrzeniem po przyjściu, czy ranić, czy podpalać... nie. Tym razem wina leżała po mojej stronie. Mianowicie nim demon się pojawił...
... zasnąłem.

Jak? Nie mam pojęcia, to, że w ogóle z własnej woli zasnąłem było zachwianiem jakiejś kosmicznej równowagi, ale to, że przed pojawieniem się Tao, wykraczało już poza ludzkie pojmowanie. Ja i sen? Ja i DOBROWOLNY sen? Czy komuś się tu pokurwiło co nieco?
Rozbudził mnie chłód. Przenikliwy, taki drążący niematerialne dziury w moim ciele. Nie równoznaczne jest to z mrozem, nie... to raczej coś na kształt chłodu, którego można się bać.
Ale przecież zamykałem okno przed zaśnięciem, prawda...?

Kiedy tylko dotarło do mnie, że to nie ja otworzyłem okno, po raz kolejny poczułem się jak sparaliżowany. Nie mogłem ruszyć żadną częścią ciała. A to wszystko za sprawą Tao. Zdawałem sobie sprawę, byłem definitywnie świadom, że za tym wszystkim stoi właśnie ten, a nie inny demon.

I że on tu jest.

W momencie, gdy ta myśl przeszłą przez moją głowę, silny podmuch wiatru ugodził mnie w ramię. Nie mogąc nic zrobić, zamknąłem oczy. "Błagam..." - myślałem - "... błagam, Tao, jeśli to Ty, nie strasz mnie więcej, proszę..."

- Ale czemu nie, Lulu...? - ten szept, jak żaden inny dźwięk przeszył całe moje ciało niczym lodowe ostrze. A powinien je spalić, czyż nie?
- Bo nie lubię się bać. - sam nie wiem jak zebrałem siły, bo odpowiedzieć demonowi, który grał ze mną w kotka i myszkę.

Nigdy nie lubiłem myszek.

- Ale ja za to lubię straszyć... - Tao nie kontemplował długo nad odpowiedzią, jakby znał wszystkie moje myśli.
Po prawdzie, to zakładałem, że tak właśnie było, nawet by mnie to nie zdziwiło.
A jednak...
Serio wszystkie?

Poczułem kilka ostrych jak brzytwa szponów, okalających na ułamek sekundy moje ramię. Boże, ile strachu można zgromadzić w sercu przez ułamek sekundy! Już po chwili kolejny podmuch, od strony okna owionął moje skronie. Bałem się jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Ten strach nie uciekł, od tamtego momentu.
Ja starałem się go jedynie przyćmić, wygłuszyć.
A Tao jak na złość, jedynie go podjudzał.

- Przestań! - powiedziałem nagle, trochę zbyt głośno jak na tą porę. Zdecydowanie za głośno, aczkolwiek nie potrafiłem racjonalnie zapanować nad głosem. Tao, kurwa, co Ty mi robisz...
- Nie ruszaj się! - odparł demon. Wrzask jaki przy tym z siebie wydał, był nieludzki. Czułem dokładnie, szaleńczą prędkość tętna wybijanego przez moje serce. Zdawało mi się, że krew pulsuje teraz dokładniej, że mogę poczuć każdy ułamek mojego ciała. A przy okazji miałem wrażenie, jakbym nagle cały został skuty lodem. Tak przeokropnie się bałem.
Oczywiście nie drgnąłem nawet, ba, nie jestem pewien czy oddychałem. Oczy miałem zamknięte przez cały czas, więc moje powieki pozostały jak wykute z kamienia.
Nie byłem zdolny nawet by cokolwiek pomyśleć.
Jakbym nagle, jak na zawołanie, stał się trupem.
Przeczyło temu jedynie moje serce, jebiące się po klatce piersiowej jak kuny w agreście.

- Czego tak bardzo się boisz, Han? - kolejny szept, a może raczej pomruk ze strony Tao. Nadal nie byłem zdolny do reagowania - Mnie? Tego, że zostaniesz ofiarą moich sadystycznych upodobań? Powiedz, Han... boisz się, że Cię zabiję? - tego mój mózg już nie wytrzymał.
Zupełnie się wyłączyłem. Straciłem rzeczywisty kontakt ze światem. Czerń, jaką do tej pory widziałem przed oczami, zmieniła się w otchłań, nie docierał już do mnie chłód czy choćby jeden szept demona. Po prostu uciekłem.
Nie wydaje mi się, żebym pod wpływem czegokolwiek czy kogokolwiek, tak bardzo się bał.
Nigdy nie zdarzyło mi się, popaść w letarg z przerażenia.
A on tego dokonał.
Tylko on.
...Jaki wyjątkowy.







- Luhannie.



...
Co? Ktoś coś do mnie mówił? N-nie... prawie nic nie słyszę...





- Ej, Luhan.


Co jest? Luhan? Na pewno mnie wołasz..?




- Han, żesz kurwa mać.

Siarczyste przekleństwo, jak nic innego przywróciło mnie do żywych.
Leżałem.
Nade mną wisiał Tao.
- Mówię do Ciebie - zrób mi herbatę, to Ty nic. Nie olewa się tak gości.
Usiadł obok po turecku jak naburmuszona księżniczka.
Że co proszę? Herbatę? Pojebało?
- E-ee... Tao... kiedy prosiłeś o herbatę? - zapytałem, podnosząc się do pół siadu i przecierając łzawiące dopiero teraz, po tej ogromnej dawce strachu, oczy.
- No jak to kiedy, przed chwileczką, jak odleciałeś. - demon wzruszył bezproblemowo ramionami i oglądnął własne paznokcie. - To dostanę filiżankę czarnej herbaty, czy mam sobie iść?
Nie nie nie.. to wszystko działo się zbyt szybko, jak na mój nie do końca aktywny jeszcze umysł.
- Oj no czekaj, nie obrażaj się, już lecę. - pogładziłem go po ramieniu, jako, że był odwrócony do mnie tyłem, po czym nie ogarniając całej sytuacji udałem się do kuchni. Włączyłem czajnik, wsypałem porcję czarnej herbaty do filiżanki, zalałem wrzątkiem. Wszystko jak przez sen,.
Gotowy napój przyniosłem mężczyźnie okupującemu moje biedne łóżeczko. On złapał naczynie i zmrużył oczy w przypływie przyjemności.
Parzył sobie, psia mać, ręce...
No nieźle.
- Dlaczego tak bardzo lubisz straszyć, Tao? - mruknąłem do niego, starając się objąć umysłem całą sytuację.
No bo czemu wywołuje u mnie napad tak okropnie szaleńczego przerażenia, a zaraz po tym nagle prosi mnie o waloną herbatę, ha?!
- Hmm... - pomruk przepełnił cały pokój. Srebrnooki uniósł filiżankę ku twarzy, zanurzył górną wargę w gorącym napoju, uśmiechnął się. - Bo widzisz... ja w Tobie szukam tego, czego mi brakuje.
Opuściłem wzrok starając się przeanalizować to, co właśnie zostało mi przekazane.
- Szukasz we mnie strachu, bo sam nie potrafisz się bać? - nie wiem, czy do końca o to mu chodziło, ale właśnie tak to pojąłem.
- Mhm, dokładnie. - parujący wywar z filiżanki, został uszczuplony przez demona o kilka łyków.

W milczeniu czekałem. No bo szczerze powiedziawszy, to nie miałem pojęcia co na to odpowiedzieć. Więc chciał sprawiać, że się boję, bo on sam nie może. To logiczne. Na swój sposób. Nie wyobrażam sobie czego mógłby bać się demon, w prawdzie gdyby brać pod uwagę jego wieczne życie i przypuszczać, że może przez rozmyślanie nad tym popaść w przerażenie, byłoby to możliwe, ale nie zakładałem aż tak rozbudowanych procesów myślowych u Tao. On był jak wiatr. Nie myślał o wczoraj, czy jutrze. On po prostu wiał.

- Tak samo jak strachu, szukam u Ciebie bliskości. - dodał po chwili demon, odstawiając puste naczynie na moją szafkę nocną. - W końcu sam jej sobie nie zapewnię, nieprawdaż? - prychnął w kpiący, wręcz niepodobny do niego sposób.
To stwierdzenie nieco mnie skrępowało, przyznam szczerze. Nie odpowiedziałem na ostatnie pytanie, tylko lekko podrapałem się w okolicach karku. Taki tam, typowy tik nerwowy.

- A Ty... szukasz we mnie czegoś? - rozległo się w końcu, a ja uniosłem wzrok na autora tych słów. Przyznam szczerze, że jak rozmyślałem o nim często, to nigdy w aspekcie odnajdywania w nim swoich własnych niedociągnięć.
- Uh... no może... pewnie jest dużo rzeczy, których ja nie posiadam, a Tobie nie sprawiają problemu. - nie mogąc podać żadnego konkretnego przykładu ponowiłem swój tik.
- Jak na przykład? - drążył rozmówca, najwyraźniej nie mając zamiaru odstawić tego tematu na bok.
- Na przykład... palenie dotykiem. - mruknąłem, posyłając demonowi jakże wymowne spojrzenie.

Zaśmiał się.
Choć wcale nie miałem czemu, uśmiechnąłem się na tą reakcję.
Strasznie dziwne te moje zachowania ostatnimi czasy.
Już po chwili, Tao przysunął się bliżej mnie, by ostatecznie wylądować głową na moich kolanach. Jego stalowe oczy błyszczały w świetle księżyca jak dzikie. Ciągle otwarte okno wpuszczało do pokoju chłodny zapach nocy. W powietrzu unosiła się jeszcze woń czarnej herbaty, a wszystko to odbywało się o tak przyjemnej porze jak 3:10. Podniosłem wzrok z demona na parapet. Potem wyżej, na widok za oknem. Uśmiechnąłem się, jakoś tak instynktownie. Wolność, jaka rysowała się gdzieś tam w oddali, zawsze napawała mnie wewnętrzną radością, to, że bez względu na wszystko mogę kiedy mi się zachce uciec i mieć wszystko inne gdzieś.
Być pewnym, że może nawet nie zasnę w łóżku.
I może nie pod dachem.
Może nawet w jakimś nie najbezpieczniejszym miejscu.

Ale on się zjawi.
On przyjdzie stuprocentowo, nie odpuści mi.
- Nie odpuszczę. - mruknął w końcu, a kiedy opuściłem głowę na wydźwięk tych słów, Tao uniósł się nieznacznie, lekko dotykając moich ust własnymi.
Nie porzuciłem uśmiechu ani na moment.
Demon, widząc moją spokojną reakcję, sam szeroko się uśmiechnął i zmrużył oczy, układając się wygodniej na moich kolanach.
Jej... myślałem nad tym, czy samemu jeszcze raz go nie pocałować.
Ale w końcu uznałem, że tyle wystarczy.



Na dzisiaj.

A teraz czas już spać...


Buhaha, jak mi się podoba pisanie tego gunwa. <3 Na prawdę, to jest coś genialnego, wcale nie zwracać uwagi na fakt, że ktoś to czyta bądź nie, tylko pisać z czystej przyjemności. Dziękuję za uwagę i dobrejnocki, życzy chory Saiacz (tak, leżę w łóżku i napierdzielam TaoHany zamiast spać ^3^)



niedziela, 24 listopada 2013

"Książę z bajki" ~

Książę z bajki,

Czyli seksy, krew i ja chcę VIXX'y ;-;Zespół: VIXX
Paring: LeoHyuk

Typ: smut
Narracja: Trzecioosobowa

- Strasznie się wkopałeś, kochaniutki. - N władczo stanął nad maknae swego zespołu.
Ten westchnął tylko głęboko, zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji przegranej.
No i po co się zakładał...
Lider ciągnął chłopca korytarzami ich dormu, a ten jak szmaciana laleczka gotował się na najgorsze.
- Lidaaaaaa... - jęknął w końcu, gdy Hakyeon zamknął ich w garderobie. - Tylko nie zabawa w zamknij oczy otwórz buzię...
- SANHYUK, ZAMKNIJ SIĘ! - odparł lider z morderczym uśmiechem.
Sięgnął do szafy i wygrzebał z niej...
- N, co to ma, k u r w a, być... - maknae z lekko nieprzytomnym wyrazem twarzy wpatrywał się w trzymane przez Hakyeona ubranie.
- Oto Twoja nowa kreacja. - zakrzyknął ten i rzucił Hyukowi w ręce...
Różowo białą, lolicią, krótką sukieneczkę, z milionem kokardek, falbanek i wstążeczek.
- LIDA! NIE WŁOŻĘ TEGO, CHOĆBY KEN NAUCZYŁ SIĘ ROBIĆ AEGYO! NIE MA MOWY! - maknae wyrzucił sukienkę na podłogę i wycofał się pod ścianę.
- Nie gorączkuj się tak, słoneczko... tylko raz. - lider podniósł ciuch, otrzepał go i przyłożył go do ciała Hyuka. - Pasuje jak ulał!
- Nie zmusisz mnie! - wrzasnął rozpaczliwie, kiedy N rozpiął jego koszulę, szarpiąc się z każdym guzikiem.
W końcu maknae, w samej bieliźnie, stanął zawstydzony przed liderem.
- Hyung, błagam... - jęknął i opuścił głowę w geście przegranej.
- Hyuk, kochanie. Zakład to zakład. - N uśmiechnął się niecnie, po czym rzucił maknaesowi ubranie. - Wbijaj w to.
Chwilę później, chłopiec wyglądał zupełnie niczym... dziewczynka. Blond włosy, niestety, tylko potęgowały to wrażenie.
  OMÓJBOŻEHYUKWYGLĄDASZTAKPRZEUROCZOMOJETYKOCHANIEZGWAŁCĘCIĘCHYBA! - pisk lidera rozległ się po całym dormie.
- Lida, błaagam... - jęknął blondyn rumieniąc się po uszy.
- Leo będzie zachwycony! - starszy klasnął w dłonie.
- L-leo...hyung...? - w oczach maknae pojawiły się łzy strachu.
- Nie bój się kotek, Leo lubi małe dziewczynki. - zachichotał Hakyeon.
Drzwi od garderoby otworzyły się, dongsaeng N'a wyszedł pierwszy. Zanim jednak skierowali się do pokoju wolaka, lider przytrzymał członka swego zespołu za rękę i przygwoździł go w momencie do ściany.
- Ah, jeszcze w ramach zakładu... - mruknął i złapał w zęby dolną wargę Hyuka, wsłuchując się jak jego maknae wydaje z siebie stłumione, ciche stęknięcie.
Liderzy lubią swoich maknaesiów...
Chwilę później stali już przy drzwiach do pokoju Leo.
- Lida, nie mogę, boję się. - szepnął Sanhyuk.
- Dasz sobie radę, jakby wyciągnął spod łóżka maczetę, to wołaj. - N poklepał chłopca po plecach, po czym otworzył drzwi, przed którymi stali.
Leo spał.
Hyuk... musiał przyznać sam przed sobą, że... jego hyung wyglądał, aż dziwnie niewinnie.
Był piękny. Taki... nieskazitelny.
- Hyuk, opanuj się, spazmy zaraz będziesz miał. - Hakyeon poruszył chłopcem, a ten z permanentnie zaróżowionymi policzkami potrząsnął głową.
- Lida...
- Nie. Bez gadania. Razdwatrzy! - pisnął N i wepchnał maknae do pokoju. - Powodzenia kochanie! - rzucił jeszcze na koniec, po czym zamknął drzwi z impetem.
Rozległ się głośny trzask, a zaraz potem szczęk przekręcanego w zamku klucza.
Hyuk zamarł.
"Zamknął mnie tu." pomyślał przerażony maknae "Zamknął, w różowej sukience, tuż przy Leo".
Pochylił się do przodu i zlustrował swój wygląd.
Pozwolić tak bardzo się spedalić...
Spojrzał w kierunku śpiącego na łóżku hyunga. Dziwne, że po tyly hałasach jeszcze się nie obudził.
- Ehh... - westchnął i usiadł tuż przy nim. - Tak jak się umawialiśmy, Hakyeon... maknae zawsze dotrzymują słowa.
Pochylił się nad wokalistą. Z wielką dozą ostrożności odgarnął kosmyk włosów, zasłaniający policzek hyunga.
- Obudzisz się od pocałunku, mój książę? - wysyczał prawie niedosłyszalnie kwestię niecnie opracowaną przez lidera.
Zgiął się i na dwie sekundy ułożył usta na skórze Taekwona.
Nic.
Chłopiec poczuł wielką ulgę, już chciał opuścić pokój, gdy przypomniał sobie co zrobił N, zostawiając go tutaj.
- Kurwa... - zaklął opierajac się o drzwi i wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby.
Już moment później, jego uszu dobiegł szmer.
Odgarnianej kołdry.
Strach sparaliżował jego mięśnie.
- San.. Hyuk....? - rozległo się za  plecami maknae.
Cisza.
Gardło odmówiło mu posłuszeństwa.
Kolejny szmer.
"Wstał!" krzyczał głos głowie maknae.
Po krótkiej chwili, na ramieniu chłopca, bez jakiejkolwiek delikatności znalazła się dłoń Leo.
Maknae poczuł, że pod jej ciężarem uginają się jego kolana.
Starszy powoli obrócił go, twarzą do siebie.
Wzrok, jakim Hyuk został zaatakowany, był w stanie zabić. Oczy maknae zaszkliły się w momencie.
- L-...le-eo... hyu-...hyung... j-ja... - zaczął się jąkać, po czym w przypływie paniki złapał się kurczowo koszulki Taekwona i pisnął krótko.
Czuł, że mógłby się rozpłakać, z nadmiaru emocji i presji.
- Hyung, mianhae! Przegrałem zakład z N'em, a on kazał mi w tym stroju... tutaj... do Ciebie wbić... - maknae zaciął się kilka razy, wstrząsany falami paniki.
Leo odsunął go od siebie.
Jego wzrok nadal wypalał resztki odwagi Hyuka, jednak przysiągłby, że nieco złagodniał.
- Zakład z Hakyeonem? - powtórzył wokalista i westchnął. - I to on zamknął drzwi? - jego dźwięczny, niski głos cicho rozbrzmiewał w pokoju.
- T-tak... - wydukał dongsaeng Taekwona, nie będąc w stanie ani na chwilę spojrzeć na wyraz jego twarzy.
- Ehh... - wypłynęło z ust Leo, po czym chłopak odstąpił od młodszego, prężąc się i kładac obie ręce na karku. - Przysięgam, że kiedyś zamorduję go własnymi rękami.
Hyuk zadrżał, nie na żarty przejęty groźbą Leo posłaną liderowi. Był święcie przekonany, że jeśli hyung tak mówi, jest w stanie to zrobić.
Po chwili Taekwon ze spokojem zabarwionym jeszcze nutką irytacji podszedł spowrotem, powoli do maknae.
Chwycił w dłoń skrawek materiału sukienki, w którą wystrojony był Hyuk i uniósł sarkastycznie brwi.
- Sam to wybierał? - mruknął, po dłużącej się dla dongsaenga w nieskończoność, chwili ciszy.
W odpowiedzi, blondyn skinął tylko głową, speszony przez lidera do granic możliwości.
Leo jeszcze przez chwilę oglądał kreację chłopca, po czym zrezygnowany wrócił do swojego poprzedniego lokum, układając się w półsiadzie na łóżku.
Sanhyuk stał dalej pod drzwiami, nie podnosząc wzroku ani na moment.
Taekwon, najpierw mając zamiar zajęcia się czytaniem, rzucł spojrzenie na maknae. Wzrok, najpierw pobłażliwy i cięty, po chwili nieco się zmienił.
- Hyuk. - rzucił bezuczuciowo, sprawiając, że spanikowany chłopak uniósł przerażony wzrok na wokalistę. Ten skinął na niego, przywołując drobnym gestem do siebie.
Sanhyuk gotowy na poniesienia okrutnych tortur, na nogach jak z waty ruszył na egzekucję.
Gdy tylko dotarł do brzegu łóżka Taekwona, opuścił spowrotem głowę i zacisnął z przerazenia powieki. Po chwili jego uszu dobiegł dziwny dźwięk, jakby pocierania o coś śliskiego materiału. Otworzywszy oczy, ukazała mu się jego własna klatka piersiowa, dalej otulona materiałem sukienki. Coś było jednak nie tak.
- HYUNG! - pisnął w końcu Hyuk, dostrzegając w smukłych palcach Leo wąską, białą wstążeczkę. Należała ona do sukienki, w którą był ubrany i właśnie opuszczała przeznaczone jej miejsce; z przodu, kreacja przyozdobiona była mianowicie małym gorsecikiem, trzymajacym ją w całości.
- Hyung, przestań, proszę! - wyjęczał młodszy, uporczywie walcząc z powoli rozpinającą się sukienką.
Leo nic nie robiąc sobie z pisków dongsaenga, zwinął wstążkę i odłożył ją na bok. Złapał za krańce rękawów sukienki, w którą ubrany był Sanhyuk, po czym pociągnął mocno w swoją stronę, powodując to, że już po chwili maknae osiadł na jego kolanach.
Zaczerwieniony chłopiec odwracał głowę od hyunga, mimo wszystko będąc skrępowanym jego uściskiem.
- L-leo hyung... - wydukał, starając się ukryć spowijające jego policzki rumieńce.
- Wiń lidera. - odparł Taekwon, już po chwili zwieszając się nad leżącym na plecach maknae.
Pięść Leo zacisnęła się na blond włosach, czuł wreszcie, że ma pełną kontrolę nad młodszym. Drugą dłonią przesunął wzdłuż talii maknae. Hyuk zadrżał. Ostatnie czego się spodziewał, to taki obrót spraw. Mimo wszystko przestał się chyba aż tak rumienić, poddając się władaniu wokalisty.
Taekwon usatysfakcjonowany tym pełnym posłuszeństwem, podciągnął chłopca ku górze. Zdezorientowany dongsaeng otworzył oczy i w tym momencie jego wargi, zostały brutalnie zaatakowane przez starszego. Usta Leo, mimo że miękkie i ciepłe, w połączeniu z plączącym się między nimi językiem, i drobnymi ugryzieniami, pozwalały odkrywać Hyukowi zupełnie nowe emocje. Niepewnie uniósł delikatne ręce, zaplatając je wokół talii hyunga. Usłyszał przeciągły pomruk, wycelowany prosto we własne usta. Nigdy nie przypuszczał, że będzie świadkiem, a co dopiero sprawcą, takiego zachowania u Księcia Lodu.
Po upływie kilku sekund, Leo uchwycił młodszego w pasie, podnosząc go bez problemu i sadzając na swoich biodrach. Sam, oparty na łokciach, wyczekiwał pieszczot. Młodszy jak w transie, pozwolił instynktowi kierował swym ciałem. Właśnie dzięki temu, wiercił teraz biodrami, powodując stopniowe twardnienie przyjaciela Taekwona. Dłonie same wpłynęły pod koszulkę jego hyunga, na co Leo zareagował jedynie przymrużeniem oczu. Maknae dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dalej ma na sobie ten... krępujący strój, już i tak uszczuplony o białą tasiemkę. Na moment zaprzestając pieszczenia torsu hyunga, postarał się ściągnąć ciuch, jednak poczuł silne dłonie, łapiace go bez chwili zwłoki za nadgarstki. Rzucił Taekwonowi pytające spojrzenie.
Ten uniósł się, kładąc maknae spowrotem pod sobą i sycząc nad nim, niemal dotykając wargami jego szyi:
- Zostaw, do twarzy Ci. - po czym język starszego naznaczył mokrym śladem płatek ucha Hyuka. Na ten gest, młodszy pozwolił sobie na ciche, jednak długie jęknięcie, a następnie podciągnął ku górze koszulkę Leo.
- Ale Ty bez ubrań będziesz wyglądał lepiej, hyung. - szepnął chłopiec, na co usta Taekwona na ułamek sekundy wyplotły cień uśmiechu.
Sanhyuk nie musiał mocować się z ciuchami niedoszłego kochanka - on sam szybko się ich pozbył, pozostawiającna sobie wyłącznie luźne bokserki. Postura hyunga, nieco onieśmieliła maknae, jednak postanowił jedynie ją podziwiać, peszenie się zostawiając na kiedy indziej.
Ciepłe wargi Taekwona, wkrótce po odrzuceniu na bok zbędnych części garderoby, wylądowały na chłodnej, mlecznej skórze maknae. Bez pośpiechu, naznaczał wybrane miejsca czerwonymi, mokrymi śladami. Owocowało to rozkosznymi dla uszu wokalisty jękami, które umykały z ust Hyuka. Pieścił obojczyki i szyję blondyna, a gdy ten niecierpilwym szarpaniem biodrami upominał się o więcej, podciągnął w górę jego sukienkę, zębami zsuwając bieliznę chłopca. Ten stęknął z rozanielonym wyrazem twarzy, czując jak usta Leo bez chwili namysłu oplotły jego, powoli twardniejące, przyrodzenie.

Taekwon wyprawiał z Hyukiem co mu się żywnie podobało - poza rytmicznym poruszaniem głową w przód i tył, oblizywał jego przyjaciela, wodził wargami po całej jego długości, momentami przygryzał delikatną skórę. O dziwo, na to ostatnie blondyn reagował najintensywniej, zamykał oczy i syczał z uśmiechem. Oczywiście tylko, gdy hyung nie patrzł, nigdy nie odważyłby się być takim śmiałym, mając na sobie jego wzrok.
Wkrótce dłoń maknae powędrowała po mięśniach brzucha Leo, lądując w końcu na wypukłym miejscu na jego bokserkach. Rozległ się kolejny pomruk, ze strony starszego. Gdy znudził się masturbowaniem Hyuka, po prostu podniósł się, ciągnąc go ku sobie za włosy. Dongsaeng oplótł ramionami szyję wokalisty, przyciskając się do jego klatki piersiowej i zachęcająco kręcąc biodrami. Wymienili kilka krótkich, pobudzonych pocałunków. Leo uraczył szyję Sanhyuka namiętnym pocałunkiem, którego skutkiem był kolejny, czerwony ślad. Powiódł językiem wzdłuż linii szczęki chłopca, zaznaczył nim jego wargi.
- H-hyung, pozwól mi... - szepnął maknae, zachrypniętym już z podniecenia głosem, spoglądając wymownie na znienawidzone ubranie na sobie. Ten skinął głową, po czym Hyuk z ulgą pozbył się z siebie różowej sukienki.
Chude ciało chłopca prezentowało się teraz w całej krasie. Leo zsunął z bioder bokserki, także pozostając kompletnie.nagim.
- Słodki Siwonie..! - wyrwało się Hyukowi, zaraz jednak zasłonił dłonią usta, a na policzki powrócił utrapiony rumieniec.
Taekwon nie powstrzymał krótkiego parsknięcia śmiechu.

...

Taekwon się zaśmiał.

...

O żesz kurwa.

" Ten potwór ma we się we mnie zmieścić?!" wrzeszczał maknae w myślach, zaraz jednak za sprawą Leo, kładąc się przed nim na brzuchu, bez możliwości odwrotu. Starszy splunął ordynarnie w dłoń, lekko nawilżając nią sztywnego przjaciela, po czym nie najdelikatniejszym ruchem wsunął się między pośladki Hyuka.
Chłopiec zdarł sobie głos, zachrypniętym jęknięciem. Zacisnął zęby na pościeli i spiął wszystkie mięśnie. Leo nie pytał o zgodę. W wybranym momencie zaczął poruszać się w chłopcu, który wił się pod nim i szarpał.
Bolało, jak cholera. Od nadmiaru tarcia między członkiem Taekwona a skórą blondyna, ze środka dongsaenga wypłynęła stróżka krwi. Niczym nie zrażony hyung, tylko przyspieszył pchnięcia, ciecz nadała poślizgu, przez co Hyuk czuł nieco więcej przyjemności. Dłonie starszego osiadły na pośladkach chłopca, ściskając je i masując wedle uznania. Gdy ten zaczął intensywniej się wiercić, był to dla Leo sygnał; oplótł rękami talię kochanka i pociągnął go do góry. Jednym sprawnym ruchem obrócił go przodem do siebie. Hyuk nic nie myśląc wpił się w usta hyunga, otoczył go ramionami. Z jego inicjatywy nastąpiła kontynuacja stosunku, zaczął mianowicie poruszać biodrami w przód i w tył, dalej będąc głęboko nadzianym na Taekwona. Kilkanaście sekund później, blondyn szarpał rozpaczliwie biodrami, co moment to przylegając ściśle do ciała Tae, to odrzucając głowę w tył i prężąc się mocno. Leo, z tytułu potrzeby panowania nad sytuacją złapał biodra dongsaenga, pomagając mu w zachowaniu spójnego rytmu.
- H-HYUNG, NIE TAM! - wyjęczał w końcu Sanhyuk, czując przyrodzenie Leo uderzające w jego prostatę. Wokalista zrozumiał doskonale, ponowił ruch i już po kilku takich pchnięciach, Hyuk bez stymulowania rękami rozlał się między ich ciałami.
Taekwon na moment uspokoił ruchy i zatrzymał się, dając młodszemu moment na oddech. Moment, bo na więcej nie pozwalało mu pożądanie.
Przez tą chwilę Hyuk opadł na ramię swojego hyunga, sapiąc głośno i walcząc z wypiekami zdobiącymi jego policzek. Leo silnymi ramionami otoczył talię chłopca i po chwili wznowił pchnięcia. Tym razem poczuł coś niezwykle interesującego. Młodszy, już przy pierwszym ruchu starszego w sobie, zagryzł skórę na jego szyi, wbijając równocześnie paznokcie w skórę na jego łopatkach.
Taekwon, z przyjemności, wygiął się w łuk. Do tej formy zaspokojenia dodał szybkie pchnięcia wgłąb Hyuka. Przez fakt, że chłopiec dawał mu dużo więcej, sunąc paznokciami wzdłuż jego kręgosługa i zaznaczając tym samym czerwone ślady na jego skórze, wbijając je w pośladki hyunga oraz drobnymi ugryzieniami znacząc trasę od jego obojczyka, aż po ucho Taekwona, ten nie wytrzymał długo. W kilka minut osiągnął szczyt, napełniając Hyuka nasieniem. Ten syknął, czując jak piecze go całe wnętrze, a jednak ten ból był tak rozkoszny, że zaraz stwardniał po raz kolejny.
Spełniony Leo, wynotował ten przypływ przyjemności u maknae, szybko pomógł mu, osadzając wargi na jego członku. Zagryzł go, na co Hyuk stęknął niekontrolowanie, już po chwili wystrzeliwszy wewnątrz ust Taekwona.
Dwa razy... aż za dużo jak na jeden dzień.
Mięśnie maknae dopier teraz puściły, prawie nieprzytomny rozłożył się wygodnie pod hyungiem. Ten nachylił się nad nim jeszcze na moment, przygryzł jego dolną wargę w krótkim pocałunku.
Hyuk nie zareagował, jedynie westchnął cicho przez nos.
Hyung wstał, nagi podszedł do okna, otworzył je. Z szafki obok wyciągnął paczkę zielonych LD.
Nikt w zespole nie wiedział, że Leo pali, nie było tego słychać w jego głosie, nie było go nigdy czuć. Hyuk, który dopiero po chwili ocknął się z chwilowego odpływu, uniósł się do siadu. Spomiędzy jego pośladków wypłynęła sperma, zmieszana ze śladowymi ilościami krwi. Zadrżał z przyjemności.
Wstał, jednak na nogach jak z waty, czuł się jakby wypił ze trzy piwa, mięśnie w ogóle nie chciały go słuchać. Powolnym krokiem podszedł do swojego hyunga. Ten nim odwrócił się do kochanka, wypuścił przez otwarte okno dym, wypełniający jego policzki i płuca.
- Leo-hyung... - wymruczał zachrypnięty Sanhyuk, opierając się o ramię wokalisty.
- Podobało Ci się? - szepnął Leo, otaczając chłopca ramieniem i zaciągając się dymem papierosowym.
- Mhmmm... bardzo. - w powietrzu zapachniało szlugiem, a maknae łapczywie wciągnął dym nosem.
Taekwon stuknął kilka razy palcem w papierosa, podał go blondynowi z pytającym pomrukiem. Chłopiec bez wahania złapał truciznę w usta, wciągnął dym do płuc.
Zaskoczeniem było dla starszego, gdy stanął na palcach, złapał jego głowę w dłonie i wypuścił szarą chmurę w usta hyunga. Leo uwolnił ten podarunek przez okno, już po chwili znów łapczywie się zaciągając.
Skończywszy zamknął okno, wcześniej wyrzucając przezeń niedopałek na ulicę. Zadowolony zlustrował Hyuka z góry na dół. Jego wzrok przykuła jasna ciesz, spływająca wnętrzem ud maknae.

Uśmiechnął się.

Chwilę potem, umyci wyszli z łazienki. Leo podbił do łóżka, chwytając i unosząc w kierunku Hyuka jego piękną sukienkę.
- Chcesz to spowrotem założyć? - prychnął, jednak widząc wyraz twarzy blondyna, zwinął ciuch w kulkę i wrzucił pod łóżko.
Następnie z szafy obok wyciągnął jeden ze swoich ulubionych podkoszulków, rzucił go chłopcu.
- Trzymaj, jest tak duża, że spodni nie potrzebujesz. - mruknął w kierunku dongsaenga, ten spiorunował go spojrzeniem, jednak nie skomentował i posłusznie nałożył na siebie koszulkę Leo.
Ubrali się kompletnie, pomijając spodnie u Sanhyuka i oboje, prawie równocześnie głośno westchnęli. Taekwon usiadł na łóżku, które przeszło zapachem nasienia i krwi. "Przyjemnie mi się dzisiaj zaśnie" przemknęło mu przez myśl, po czym rzucił spojrzenie na blondyna oglądająceo się w lustrze.
- Te, Hyuk. - mruknął, a gdy maknae odwrócił się do niego, poklepał wymownie swoje kolana.
Młodszy bez namysłu doskoczył do Leo i usiadł okrakiem na jego udach. Ze strony obu dało się słyszeć cichy, spokojny pomruk.
Ręce wokalisty otoczyły talię Sanhyuka, przyciagnęły go bliżej. Maknae bez jednego protestu wtulił się w kochanka. Usta starszego spoczęły kilka razy na rozgrzanej jeszcze szyi Hyuka.
Świat, dla obu, jakby nieco zwolnił. Wczesniej, w łóżku, zdawało im się, jakby nie minęło nawet kilka sekund, teraz jedna wlokła się za drugą przyjemnie powoli...

Rozległ się odgłos przekręcanego klucza, klamka się poruszyła i do pokoju wbił zadowolony lider VIXX.
- Leosiuu... chodź na kolacj... - nie dokończył, spostrzegłszy dwójkę siedzącą na łóżku. - Oja, Hyuk, skarbie, to Ty jeszcze żyjesz? - wyglądał na rzeczywiście zaskoczonego, jednak zaraz zachichotał zupełnie jak niewyżyta nastolatka.
Podszedł do maknae na kolanach Taekwona i pogładził go po blond czuprynie.
- Czemu mnie nie zaprosiliście, kiedy zrobiło się tak miło? - Hakyeon wyraźnie zawiedziony wysunął dolną wargę.
Leo zsunął z kolan swego kochanka, po czym jedną ręką stale go obejmując, pochylił się nad liderem.
- To tylko Twoja wina. Kto zamknął drzwi? - wymruczał prosto do jego ucha, na co N zarumienił się obficie, wręcz nie poznając zachowania swojego main vocala.
Już bez słowa, Taekwon z Hyukiem opuścili pokój, zostawiając w nim skołowanego i mocno speszonego Hakyeona.
- Lidaaa... idziesz, czy zawołać Ci Raviego i zamknąć pokój? - maknae zaśmiał się, na widok lidera, który oblany rumieńcem wybiegł z pokoju.
Leo również lekko się na to uśmiechnął.

...

Ale kurwa, Leo i uśmiech?

Tego Sanhyuk ile by się nie starał, nie pojmie.



THE END
Sai

Ta dam, Saiacz pokazuje, że potrafi napisać sado-maso smuta. I no, jestem teraz bardziej seme, o ~! X3 (lol nope) Re-reading'u nie zrobiłam, więc nie biorę odpowiedzialności za przypadkowe literówki. Dzięki za uwagę i spodziewać się wersji beta za jakieś dwa dni. ~