Żuki i muchy
Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)
- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.
- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?
Widzę nową oprawę graficzną. Bardzo ładna i bardziej przejrzysta od poprzedniej.
OdpowiedzUsuńNa temat shota co prawda już się wypowiadałam, ale powtórzę - jeden z najlepszych jakie czytałam ;))