czwartek, 30 października 2014

"Not Only P.T.J." ~ OneShot

Szybciej.

Czyli wyścig z czasem i sofa w morku.
Zespół: B.T.S
Paringi: V-Kook
Typ: SMUT, LEMON, OS
Narracja: Trzecioosobowa

- Chodź, szybciej!
Niedelikatnie szarpie go za rękę, mkną jak małe chochliki.
- Chyba ktoś tu szedł...
- No to szybko!
Zatrzymują się na moment, dotarli do rozwidlenia. Taehyung wychyla się niepostrzeżenie, zerka w prawo, potem w lewo, nikogo - rusza pędem, wlokąc za sobą Jeongguka.
- Hyung, szybciej, chyba kogoś słyszałem!
Obracają się w biegu, rozglądają, pędzą bez opamiętania. Nikogo, na szczęście. Wbiegają za kulisy, jeden chaotycznymi ruchami odgarnia pudła i ciuchy z sofy, drugi drżącymi dłońmi przekręca klucz w zamku zatrzaśniętych pośpiesznie drzwi. Koniec końców, przerwa w nagrywaniu nie trwa długo.
Pstryk.
Teraz jest tylko ciemność i oni. Intuicynie czują swoją obecność, Jung Kook stojący przy drzwiach odwraca się i szybkim, pewnym krokiem podchodzi do siedzącego na częściowo odgraconej sofie. Siada okrakiem na jego kolanach, podciąga koszulkę do góry, starszy pospieszającym ruchem zszarpuje ją chłopcu z ramion. Uwolniwszy ręce, Kookie zarzuca je na szyję V, mierzwiąc bezcelowo jego włosy i delikatnie kręcąc ósemki biodrami.
- Hyung szybko...
- Nie wytrzymam długo.
Uspokaja go blondyn, wpijając się zachłannie w jego usta, bez zastanowenia, czy chwili zwłoki wsuwa między wargi chłopca język, dłońmi już błądzi po jego nagim ciele. Wkrótce i on zostaje pozbawiony górnej części garderoby, młodszy zsuwa się zgrabnie, lądując na kolanach pomiędzy udami Tae. Niecierpliwie całuje jego brzuch, oblizuje linię spodni, rozpina je i zsuwa razem z bokserkami. Nie ma czasu na gry wstępne. V ze zmrużonymi oczami znosi to, w jaki sposób maknae sprawia, że blondyn wije biodrami, mimowolnie gwałcąc z pełnią przyjemności jego usta. Łapie się makeriału okrywającego sofę, spina wszystkie mięśnie. Kookie z wprawą molestując męskość hyunga, pozbywa się niepostrzeżenie spodni, zaraz potem bielizny. Sięga dłonią do krocza, zaciska palce w akcie desperacji. W końcu starszy łapie krucze włosy chłopca i podciąga go do góry, brutalnie atakując jego wargi, własnymi. Chłopiec bez zaproszenia wpycha się na kolana Tae, przytrzymując jego przyrodzenie przy swoim wejściu i bez jakichkolwiek przygotowań nadziewając się szybko, i boleśnie. Pocałunek tłumi głośny jęk, Jeongguk niemalże sekundę później rozpoczyna spragnione ruchy biodrami, V dotyka dłońmi jego talię, brzuch, sutki.
- TaeTae...
Kookie nieprzerwanie się porusza, otacza szyję hyunga i zaczyna szybko unosić i opuszczać biodra, nierytmicznie, z zagryzionymi wargami, ponętnie, bez pamięci. Zmęczone mięśnie odmawiają posłuszeństwa, starszy przejmuje inicjatywę, czując przy tym przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Łapie spontanicznie biodra JungKooka, sam rozpoczynając frykcyjny pościg, prędko na zmianę wypychając i cofając własne biodra. Zaciska powieki, leciutko wbija paznokcie w pośladki maknae.
- Kookie, już, już zaraz...
Tłumione stękanie obu chłopców przerodziło się już w zrywne, niekontrolowane jęki.
- Aissh!
Jeongguk szybko zsuwa się z kolan Tae, trafia idealnie w moment - wyczekany, szaleńczo pożądany. V pręży się spazmatycznie, w towarzystwie długiego stęknięcia szczytuje w buzi młodszego. Maknae nie marnuąc ani chwili przełyka aktualną zawartość policzków, wstaje, siada obok kochanka, łapie jego twarzyczkę, wpija się namiętnie w rozchylone w ekstazie usta Tae. Pocałunek się dłuży, jest spełniony i nieco uspokajający. Gdy chłopcy nieznacznie odsuwają się od siebie, między ich ustami wraz z powstałym obłoczkiem gorącego powietrza, rozciąga się strużka białawej mazi. Zaraz V łapie ją w wargi, przy okazji oblizując usta Kookiego. Dużo delikatnych, przyjemnych dreszczy. Dwójka ocierających się o siebie, wiecznie spragnionych ciał.
- A T-ty...?
Głos V drży, załamuje się lekko, jest zachrypnięty. Kookie bez odpowiedzi siada wygodniej, rozchylając powoli uda. Tae już zsunął się z sofy, usadowił między nogami JungKooka, otwiera usta, zachłannie łapie w nie naprężoną męskość maknae. Młodszy chłopiec odchyla odruchowo głowę. Chwila ta nie trwa długo, natłok emocji, pośpiech, jednak przede wszystkim tak ciepły, delikatny język Taehyunga muskający jego przyrodzenie, sprawiły, że u absolutnego szczytu przyjemności Kookie znalazł się w zaledwie kilkanaście sekund. Moment oddechu, chłopcy usiedli tuż przy sobie.
Niby to nic. Zwykłe fizyczne pragnienie, na forum zespołu nic ich przecież nie łączy. Młodszy kątem oka lustruje partnera.
Nic ich przecież nie łączy...
A jednak bezszelestnie, jakby z dużą ostrożnością unosi dłoń, powoli i wręcz niedostrzegalnie. Ciągle jeszcze nieco drży, nie umie tego do końca opanować. Niepewnie układa uniesioną łapkę na spoczywającej luźno na sofie dłoni V. Starszy nie odwraa wzroku. Jakby w ogóle nie reagował. Zaraz jednak Kookie czuje na swoich palcach leciutki, przezorny uścisk. Koniuszkami Tae gładzi mleczną skórę Jeongguka, uspokajającym, stonowanym gestem. Nagle bez ostrzeżenia wstaje, zapala światło. Kookie czuje, jakby wraz z pstryknięciem włącznika, ktoś wstrzyknął mu podwójną dawkę wstydu. Zakrył się jak tylko umiał rękami, podkulając nogi pod samą brodę. Taehyung po drodze do sofy zbiera rozrzucone ciuchy chłopca, podchodzi do niego i wyważonym gestem odsłania jego własne palce, zasłaniające większość twarzy. Dotyka go spokojnym wzrokiem.
- Ubierz się, bo zmarzniesz kochanie.
V uśmiecha się w ten swój spontanicznie niewinny sposób. Kookie unosi prawy kącik ust, chwyta ciuchy, rozkłada je. W tym momencie TaeTae wykorzystuje jego nieuwagę i delikatnie się pochylając otula jego wargi ustami.
Obaj jakby nieco zdezorientowani. Ale zastygają teraz na moment, mrużąc powieki, mrucząc cichutko.
- Chyba coś nas jednak łączy...
- No chyba tak.
A reszta świata czeka spokojnie.
Da end. ~

niedziela, 19 października 2014

"Bloody Blue" ~ One Shot

Żuki i muchy

Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)

- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.

- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?

"Osa zła" - One Shot

Przykre spuchnięcie

Czyli uniki techniczne i horror winda.
Zespół: BTS
Parungi: KookMin
Typ: (średnio śmieszna) Komedia, Fluff, STRASZNE GORE (opisy użądlenia, fuj, straszne, obleśne, 2/10 nie polecam)

- Uważaj ciotko! - Jimin zamachnął się i wytrącił z ręki JungKooka kawałek ciastka, na którym nie wiadomo skąd znalazła się pokaźnych rozmiarów osa.
- Ya! - młody odskoczył, ciasto poleciało na Jina, który zapiszczał cieniutkim głosem, strącając słodycz z kolan.
- Weźcie to zabijcie!! - jęknął najstarszy, pokazując swoim krzywym paluchem owada, który zdążył już zatoczyć wokół okruszków kilka złych kółek.
- Czekajcie, ja go obezwładnię! - Hoseok przymierzył się do walki z lotnikiem, lecz gdy tylko rozjuszony osobnik się do nieco zbliżył, zastosował profesjonalny unik o nazwie Rap Monster. Lider pomachał kilka razy rękami, celem odgonienia intruza, jednak poskutkowało to jedynie jeszcze większą zaciętością osy. Złe kółka zataczała coraz szybciej, jej lot przerodził się w zrywny pęd.
- Zaraz kogoś upierdzieli, hyung, zabij to!! - pisnął Kookie, wypychając przed siebie Sugę, który stał się w momencie nowym celem osy. Skierowała się pędem na niego, pomimo co zwinny raper uniknął ciosu żądła, które ostatecznie utknęło w dłoni Jimina. Chłopak z zamiarem ochrony twarzy zasłonił się łapką, do której przez Yoongiego osa dostała doskonały dostęp. Zaległa cisza, osłabiony owad upadł na ziemię, po chwili zostając zgnieciony butem Taehyunga.
- Jimin? - Kookie złapał zaczerwieniona, puchnącą w oczach dłoń hyunga.
- Żyjesz?
- Heh... no jasne. To nic. - starszy wzruszył ramionami i szybkim ruchem schował dłoń do kieszeni bluzy.
- Może lepiej coś z tym zrobić... - ton J-hope'a zabrzmiał na zaniepokojony.
- Na serio, wszystko ok. Bez stresu chłopaki. - pokrzywdzony odwrócił się i odmaszerował w kierunku swojego pokoju. Cisza zalała salonik.
- No to chyba oznacza koniec przerwy, wracamy do ćwiczeń. - rozbrzmiał głos Namjoona, na który wszyscy równo podnieśli się i ruszyli na salę taneczną. Po drodze lider zatrzymał maknae, szeptem wydając mu polecenie, by przyprowadził Jimina i przy okazji wybadał czy na pewno nic mu nie jest. Na piętro, na którym mieszkali chłopcy prowadziły niekończące się schody, Kookie bał się skorzystać z windy - ostatnio zacięła się między piętrami i od tego czasu uchodziła za nawiedzoną. Odrobina biegu schodami więc, a Jung dyszał jak po całodziennej próbie. Zawinął pod drzwi pokoju wokala.
- Hyung?? - zapukał donośnie, wyczekując zezwolenia na wejście. Nie doczekał się, więc wszedł pomijając odpowiedź Jimina. Otworzywszy, zastał starszego na łóżku, z zaciśniętymi powiekami trzymającego się za uszkodzoną rękę. Nie wyglądało to dobrze. Golden maknae dwoma susami znalazł się tuż przy cierpiącym hyungu.
- Yaa, Jimin-ssi, czemu nie mówiłeś, że jest tak źle?! - głos młodszego załamał się pod wpływem emocji. Jego rozmówca tylko wykrzywił usta w bolesny uśmiech.
- Bo nie jest, poboli i przestanie...
- Hyung nie żartuj, widzę chyba jak jest. - stanowczy JungKook był stanowczy. Poszkodowany rozchylił powieki i spojrzał na dongsaenga zaszklonymi oczkami. -
Pokaż mi to hyung. - nie czekając chłopiec odsłonił użądlone miejsce. Wziął świszczący, niezadowolony oddech, na widok jaki się przed nim wymalował - opuchnięta, czerwona łapka, na grzbiecie czarny punkcik otoczony sinym rumieniem.
- To nie jest normalne, hyung, z tym trzeba jechać do szpitala, możesz mieć uczulenie, to jest niebezpieczne i w ogóle, hyung noo. - zatroskany głosik Jeongguka drżał z sekundy na sekundę coraz bardziej.
- Nie mam uczulenia, spokojnie... - Jimin walcząc z bólem wstał z łóżka, stanął przed młodszym i nieco się pochylił. - Ale to kochane, że się tak o mnie martwisz. - zaszczebiotał ciszej. 
Na te słowa Kookie wstał, natychmiast przewyższając hyunga. Spojrzał na niego z góry, starając się być bardziej pewny siebie niż zazwyczaj.
 - Chodzi o Twoje bezpieczeństwo, hyung. Póki opuchlizna nie zejdzie nie będziesz mógł tańczyć, a musimy ćwiczyć codziennie, przecież niedługo comeback. Chcesz w takim stanie występować? - niski głos chłopaka zabrzmiał zdecydowanie i władczo, tak, że Jimin otworzył oczy nieco szerzej.
 - Ale dongsaengie... nie denerwuj się tak. - zdrową ręką, starszy objął szyję Kookiego, który bądź co bądź stał w zaskakująco niewielkiej odległości od swojego hyunga. 
- Po prostu się martwię. Nie chcę, żeby stało Ci się coś poważnego.. - maknae westchnął, mimowolnie opierając głowę o czoło rozmówcy. Jimin uniósł kącik ust w sugestywnym uśmieszku. W momencie zmienił wyraz twarzy na smutniejszy. 
- Poważne to nie będzie... tylko boli jak cholera. - mruknął, opuszczając wzrok na krótką chwilę. 
- Ji-jimin-ssi... - maknae zająknął się, osadzając na hyungu zatroskane spojrzenie - Ja wolałbym to czuć, gdybyś miał w zamian przestać cierpieć. Rozległo się ciche westchnięcie. Niższy przysunął się tym bliżej JungKooka. 
- A co ze znieczuleniem?
 - Hm? O czym Ty mówisz hyung? Jimin uśmiechnął się pod nosem.
 - Gdybyś mógł mnie znieczulić, zrobiłbyś to? Kookie na moment zapatrzył się w starszego, zaraz jednak odparł chaotycznie, łapiąc go za biodra.
- Oczywiście, zabrałbym ten Twój ból jak najdalej! Jimin oparł czoło o tors młodszego i zmrużył na moment powieki. Po chwili spędzonej w ten sposób zadarł brodę do góry i przyciągnął Jeonga bliżej siebie. Zdezorientowana mina chłopca, zaraz przystroiła się dodatkowo karmazynowym rumieńcem. 
- To zabierz. - szepnął starszy, w tym momencie zaglądając prosto w ciemne tęczówki chłopca. Stanął na palcach i nie zastanawiając się długo po prostu zamknął leciutko rozchylone usta Kookiego w kojącym pocałunku. Gdy się odsunął, młodszy był tym bardziej zarumieniony.
 - Hyung, tak nie wolno... - zająknął się drżącym, niepewnym głosem. Przy okazji opuścił wzrok i odetchnął głośno przez nos. Jimin bez słowa ułożył zdrową dłoń na policzku chłopca i skierował jego spojrzenie na siebie. W ułamku sekundy zlustrował wargi Kookiego, by zaraz ponownie ich posmakować. Tym razem i maknae zmrużył powieki.
 - Ja nie robię nic złego, tylko zażywam terapii przeciwbólowej. Jesteś dla mnie skuteczniejszy niż jakiekolwiek tabletki. - mruknął starszy mimowolnie lekko się rumieniąc, po czym wtulił się spontanicznie w Kookiego. Ten natomiast stał z rozchylonymi ustami, próbując zrozumieć co się właściwe stało. Objął hyunga i przycisnął do siebie w czułym geście. Zamknął oczy.
 - I musiałem na to czekać, aż użądli Cię osa... 

- C-co..? 



The end C:

niedziela, 5 października 2014

"Covered by night" pt.1

Kawa.

Czyli nie traćmy wontku, downy z sauny specjalnie dla Rynienki i feelsy po koncercie ;;;;;;;"
Zespół: VIXX (;WW;)
Paringi: Wontaek (Leo x Ravi)
Typ: Fulff, 'Komedia'
Narracja: Dzikość ._. (Trzecioosobowa)

Hyuk (H): I wtedy Hakyeon na to...
N: HYUK! MORDA, POWIEDZIAŁEM COŚ!!
Ken (K): Możecie przestać się tak żreć...
H: "No jasne, że chcę, Ravi, hi hi hi..."!
N: CHODŹ TU MAŁE GUNWO!
H: AAAA WŚCIEKŁY LIDER MNIE GONI!!!
Leo (L): ...
Ravi (R): *chrapie*
Menago (M): Ej! N, Hyuk - siadać, na swoje miejsca, zaraz lądujemy!
N: Grr... jeszcze Cię dorwę smarkulo...
H: Ha! Nie dogonisz mnie dziadku!
N: DAJCIE MI GO WYKASTROWAĆ!!
Hongbin (HB): Możemy ich zostawić na lotnisku...?

Więc tak, przylecieli na lotnisko do Warszawy. Wysiedli i dostrzegli niczym nie różniących się strażników, i masę ludzi, i fanów, i flesze. Przywitał ich staff z Polski, zapakował do wynajętego busa i odwiózł do hotelu. Podział pokoi prezentował się następująco - Ravi z Hyukiem, N z Kenem oraz Leo z Hongbinem. Chłopcy zakwaterowali się i dostali czas dla siebie na odpoczynek.
Hongbin wyszedł ze swojego pokoju do Hakyeona, co kiedy zaszło, zmotywowało Raviego do opuszczenia pustego pokoju i dołączenia do Leo.
R: Hej Taekwoonie!
Uśmiechnął się szeroko, na co Leo wstał z łóżka odkładając telefon wcześniej z zaangażowaniem używany i podszedł do Wonsika, obejmując go w pasie, i wtulając się w niego leciutko.
L: Jak się czujesz po locie?
R: Tylko trochę zmęczony, poza tym dobrze.
Ravi także objął Taekwoona, tylko wyżej, ręce oparł na jego ramionach, a dłońmi przytulił do siebie jego głowę.
R: Wyjdziemy gdzieś w nocy?
L: Będzie trzeba obczaić wszystkie wyjścia, cały hotel i plan działania..
R: Damy radę!
L: Jeśli tak mówisz...
Odlepili się od siebie, po już chwilę trwającym kołysaniu się w uścisku.
L: Tylko, żeby nikt inny też na to nie wpadł.
R: Coś Ty, tylko my mamy takiego downa, oni są zbyt zmęczeni.
L: Mów za siebie, pabo.
Uśmiechnęli się lekko do siebie, po czym Ravi opadł bezwładnie na łóżko, twarzą do materaca.
R: Masuj mnie, oppa.

Taekwoon prychnął, kiwając z politowaniem głową. Wsunął się na łóżko, siadając okrakiem na podudziach Raviego. Nachylił się nad plecami rapera i przesunął po koszuli chudymi palcami. Wonsik zmrużył oczy i głęboko odetchnął przez nos. Leo nie odzywając się słowem podwinął materiał i leciutko przejechał paznokciami wzdłuż linii kręgosłupa. Ravi naprężył mięśnie.
R: Potem Ci sie odwdzięczę. Zobaczysz.
L: Mhm, kupisz mi latte, zobaczysz.
Raper zachichotał, jednak otwieranie ust nie był teraz rozsądne, bo przy kolejnym uciśnięciu przez Leo spiętego mięśnia, wyrwało mu się z nich przesączone rozkoszą jęknięcie.
L: Bez takich, bo do masażu dołączy się trzecia ręka.
Ravi mocno zarumieniony schował twarz w poduszkę. Taekwoon kontynuował swoje praktyki. Rozluźnił łopatki Wonsika, barki, całą resztę. Ravi co moment niekontrolowanie wyginał się w łuk.
L: Koniec, łapki mnie już bolą.
R: Nnnn... prooszę, Taekwooniee...
Leo nachylił się głębiej i delikatnie osadził wargi na skórze Wonsika.
R: Leo...
Powtórzył ten gest, lokując drobne pocałunki coraz niżej. W końcu, dobrnąwszy do końca, podniósł się i usiadł obok Raviego.

L: Koniec, to koniec. Chcę latte. ~
Wonsik z subtelnym uśmiechem podniósł się, siadając tuż obok na piętach. Przysunął się do towarzysza, obejmując go i przyklejając usta do jego szyi.
R: Zaraz będę.
Raper wstał i udał się w kierunku drzwi.
L: Bez kawy nie wracaj!

Adresat słów uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z pokoju.

T.B.C.

"Trzy i pół tysiąca, dwiescie" ~ non k-pop ~

- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Powtarza w kółko, jakby bał się zapomnieć. Siedzę obok, smutna, z kotem na kolanach i papierosem w ustach.
- Skończ, to męczące.
- Trzy i pół tysiąca...
Głowa mi pęka od tego jazgotu. Nie mówię tylko o nim, bombardowanie także wyjątkowo sprzyja migrenie. Coś uderza w sąsiednią dzielnicę.
Nasza posadzka trzęsie się jak gałązka na wietrze. Wybija go to z rytmu.
- Trzy i...!
Łapiemy się czego się da, kot z sykiem spada mi z kolan na podłogę. Moment ciszy, jakby anioł przyłożył mi dłonie do uszu. I nagle bum! I znowu trzęsie jak diabli.

Wieczorem, ja jem suchą grachamkę, a on dalej męczy jedną liczbę w koło Macieju.
- Przestaniesz!? Nawet nie mogę spokojnie zjeść kolacji!!
- Przestanę jak w końcu trafią w nas, narazie cieszę się, że mogę jeszcze mówić.
- Ale po co ciągle to samo? Możemy porozmawiać normalnie...
Zapada cisza. Wiadomo, że nie możemy. Bo o czym? Ulubionym filmie?
Kładziemy się spać, ale ja czuwam całą noc, bezustannie mam otwarte oczy. Długo się modlę, ale co można wymodlić jak się półnagim pali papierosy. Może mnie Bóg zrozumie.

- Boże, Ojcze Wszechmogący...

Słychać strzały. Ktoś sromotnie upada z całym sprzętem na ulicę. Krótkie, tłumione okrzyki zwycięstwa; "Jurek! Juruś, dobra nasza, lecim dalej!"

- Panie, Synu Jednorodzony...

On kręci się w swoim łóżku, pewnie śnią mu się koszmary. Ja się nie boję złych snów. Gorzej mam jak nie śpię. Mamrocze coś niewyraźnie. Kolejny raz.
- Trszy... tyy... tysiąnce..
Niech go jasna cholera.
- Jezu Chryste...
Pukanie do drzwi. Zrywam się z łóżka jak poparzona. Patrzę na zegar - no trzecia rano, jak była tak jest. Serce mi bije seriami jak karabin. Pochodzę do drzwi. Znowu głośne pukanie.
- No otwieraj!! Otwierajże!
O Boże, to nasi. Przekręcam klucz szybciutko i wpuszczam ich do środka. Jest dwóch, wysokich i brudnych.
- Wody, mamusia da, wody.
- Cobyśmy się chociaż przemyli.
- A i napić się trzeba.
- Bo idziemy na tych strażników i im karabiny zabieramy.
- Mamusia da tej wody?
Biegnę już, biegnę.
- Macie, chłopaki, pijcie na zdrowie. A i siadźcie na chwilę, to was przemyję.
I opowiadają mi o wszystkim, a ja im twarze mokrymi ściereczkami wycieram. Jednemu trzeba było ranę opatrzeć, więc się trochę zasiedzieli.
- To my biegniemy mamusiu, dzięki za wszystko!
- Dziękujemy, dziękujemy!
I wychodzą, a ja zakluczam drzwi i wracam na łóżko. Na czym się skończyło...? A tak...

- Który gładzisz grzechy świata...

Aż mnie skurcz łapie, od nagłego hałasu. Jęki bólu i dobijajace strzały. Całkiem bliziutko. Kroki.
Tup, tup, tup.
Ktoś szybko się zbliża. Tętno mi się szarpie, nogi rwą do ucieczki do nikąd, myśli się zatrzymują. Czekam. ... Nic. Cisza.

PUK. PUK. PUK.

- Öfnen Sie bitte!!
...
- Jetzt! Öfnen!!
Zamieram. Nic nie jest prawdą. Papieros spada na ziemię i uderza tak głośno, że pękaja mi bębenki. Siedzę nieruchomo i kieruję wzrok na niego.
- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Pada jeszcze kilka ostrzeżeń.
W końcu trzask rozłamywanego drewna. Wchodzi i bez pytania otwiera ogień w kierunku śpiącego. Z pościeli zaczyna kapać. Zwraca lufę do mnie. Coś krzyczy.
Ja już nic nie słyszę. Patrzę w jego niebieskie oczy, w ziejącą śmiercią pustkę karabinu. Krzyczy coraz paniczniej. Przez otwarte drzwi widać na ziemii dłoń, nadgarstek i przedramię jednego z chłopców.
Juruś? Synku?
Patrzę znów na oficera. Ciągle we mnie mierzy, wrzeszczy z jakąś rozpaczą wymalowaną na twarzy. Pociąga za spust. Uderzenie o podłogę mimo wszystko wywołuje ból. Wzrok bezwiednie zawieszam na upuszczonym papierosie tuż przed moją twarzą.

Na czym skończyłam? Aa...

- Zmiłuj się nad nami.

"StarLIGHT" pt. 1

Wchłonąć blask i zasnąć.

Czyli jak to jest, kiedy nie umiesz świecić, król Hongbin i trójkąt downów... Wut ;;"
Zespół: VIXX
Paringi: LeoBin, HakYukSik (dunno)
Typ: Fluff, Filozoficzny, lekko Angst
Narracja: Trzecioosobowa

To nie jest opowieść o miłości. To jest któtka, nie zbyt zróżnicowana pod względem rozwinięcia, wielowątkowości i fabuły historia.
Dwóch głównych bohaterów to członkowie jednego zespołu, fantastycznie rokującego wśród młodzieży, utalentowanego zespołu młodych, energetycznych ludzi o wysokich ambicjach. Są oni doskonale świadomi swojej, przydzielonej z góry, roli. Mają pozycję i sławę, mają fanów i ich zazdrość, mają podróże, kontrakty, znjomości. I mają siebie.
Jung Taekwoon i wszystkie jego problemy podniosły się z średnio przydatnej, czerwonej sofy. Okrążyli kilka razy salon, różnymi trajektoriami, po czym zatrzymali się tuż przy oknie, z nosem przytkniętym do zimnej szyby. Rysował się tam deszczowy, przyduszony wieczór pędzących ku neonom, pochlapanych człowieczków.
Fluorescencyjne pary, jaskrawi przyjaciele, świetlana przyszłość, całe to miasto i każdy jego aspekt emanował pewnego rodzaju blaskiem. Jak robaczki świętojańskie, wszyscy urzędnicy, robotnicy, wszystkie małolaty żywe nie swoimi życiami. Czasem trudno było rozróżnić jedno światełko od drugiego, ich kolory i natężenia, i kierunek ich promieni. Każdy mimo to lśnił z własnego, konkretnego powodu, szczęściem, nadzieją, miłością, albo z drugiej strony ostryą, burgundową nienawiścią, czy śliwkowym gniewem. W końcu każdy ma swoje emocje, każdy roztacza wokół ich światło.
I tylko Taekwoon z przyklejonym do szyby nosem, nie wysyłał żadnej kolorowej jasności ku innym. Był jak próżnia, on przyciągał i wsysał inne światła, ale nic z tego nie zyskiwał, bezustannie trwał w zepsutej żarówce swojego życia, ciekaw, czy kiedykolwiek uda mu się ją naprawić.
Ciekaw to dobre słowo, bo nie miał szczególnej potrzeby zapalenia swojej egzystencji. Tak jak teraz było mu wcale nieźle, nie musiał udawać ledowego światełka. Imitowanie czegokolwiek było ostatnim z jego zamysłów.
Minuta spędzona przed ekranem okna wysyciła jego brak planu na tyle, że postanowił nie skupiać więcej uwagi na czyichś lśnieniach.
Godzina siódma, minut dwanaście, nie zagłębiając się w sekundy, które zdążyły już drastycznie przybrać na liczebności. Masa miesięcy, jeszcze więcej tygodni, nie mówiąc o pojedynczych dniach - tyle aktualnie znaczyło życie Leo. Nieco zroszone pasją, przepasane zwycięstwami, nasączone bezświetlnoscią i traceniem nerwów na błahostki. W ogóle każde uczucie, które dzielił z kimkolwiek innym niż on sam, sprawiało wrażenie przykrywki dla nicości. Bardziej, lub mniej urodziwego pudełeczka. Gdyby je podsumować, to jedyne co w nim lśniło, to lightsticki fanów, kochających go za byle co.
Opatulił się kocem, pierwej artystycznie rozrzuconym na sofie, teraz zagrabionym przez bezświetlnego księcia. Jego pokój, pogrążony w półmroku, przywodził na myśl ciemnię, w której niedobitki wspomnień dokonywały przywileju ostatniej woli. Z szeroko otwartymi oczyma, osobiście dopatrywał agonii kolejnego przeżycia. Wtedy drzwi się otworzyły i ktoś, kto przez nie przeszedł roziskrzył w pokoju złoty blask.
- Hej Leoś, co porabiasz? - nowo przybyły rozsiadł się tuż przy boku Taekwoona, otaczając go ramieniem.
- Dobijam. - mruknął ten w odpowiedzi, mrużąc powieki, celem ochrony oczu przed niespodziewanym światłem drugiego człowieka.
- Hm?
- Nic takiego.
- To może zejdź do nas? Mamy ciastka i alkohol, jest karaoke, Ken płacze, że nie ma z kim piać, Hyuk śpi na Ravim, tak samo, jak z resztą N. Jeśli nie zejdzieszi,to to samo stanie się ze mną i będziemy mieć koszmary.
Taekwoon posłał podejrzliwe spojrzenie Hongbinowi, który, bądź co bądź, argumentacją nie poskąpił. Więc dźwignęli się, już razem i podreptali w kierunku skupiska świateł.
Takim świetlistym wieczorom wybłaganym przez Hongbina, Leo zawdzięczał swój spokojny sen. Nie udzielał się zbytnio, na odczepne pił dwa drinki i siedział cicho przez resztę dnia. Ale oni jakimś dziwnym sposobem bardzo cieszyli się z jego obecności, zupełnie jakby wnosił w ich posiadówkę coś wyjątkowego. W sumie to nigdy nie zastanawiał się jak to jest, kiedy ktoś - tak jak on - wsysa roztaczany przez Ciebie blask. Być może to wyjątkowo przyjemne uczucie i chłopcy łaknęli go właśnie przez to. W każdym razie, jemu to nie przeszkadzało, a wręcz dawało zabezpieczenie przed koszmarami. Samo w sobie nie było niczym szczególnym.
Obudził się jak zawsze w swojej chłodnej pościeli, z czystym umysłem i mało zadowalającym posmakiem w ustach. Odgarnął miękką, granatową kołdrę, usiadł na kraju łóżka i przeciągnął się, cicho pojękując. Zasłony broniły go od porannego blasku słońca, ale mimo wszystko w pokoju panowała osobliwa poświata. Taekwoon nie rozważał, czy to jego pręciki płatają figle czy to rzeczywiste zjawisko, ale wszystko w jego czterech ścianach niepewnie pobłyskiwało złotą aurą. Przetarł klejące się powieki i wziął głęboki, złoty oddech. Słońce znów wstało, przynosząc jemu i reszcie ludzkości nowy dzień. I pomyśleć, że świat opiera swe istnienie na świetle jednej planety.
Taekwoon stanął przed lustrem w swojej własnej łazience, przeczesał zmierzwione, jasne włosy i nałożył pasty na szczoteczkę. Patrząc w swoje odbicie zawsze nachodził go smutny nastrój. Zamiast oczu widział puste, ciemne przestrzenie, zamiast ust czarną dziurę, a całe jego ciało, jakby niewidzialny twór, ledwo dostrzegalny w odbiciu lustra. Tylko wtedy nachodziła go pewnego rodzaju nostalgia, tęsknota za światłem. Czasami zdarzyło się, że z pustki wypływały łzy, zupełnie jakby jego oczy wypluwały z siebie małe, przezroczyste kryształki. Oczywiście one tylko odbijały światło, nie emanowały niczym prócz chwilowej zadumy. Tym razem Leo również przetarł niewidzialne policzki.
- Smutno mi, bo nie świecę. - powiedział na głos, zachrypniętym od snu głosem.
- Smutno mi, bo nie świecę.
Odszedł od lustra, minął obojętnie i zostawił w nieładzie swoje łóżko, i wyszedł z pokoju, nie zamykając drzwi.
Pozostawiając na krótką chwilę bezświstlnego księcia samemu sobie, historia zbacza kurs na lśniącego złotem człowieka. Pogrążony we śnie, zdawał się być swego rodzaju rzeźbą, idealnym pomnikiem człowieka, pięknego w każdym calu. Odpoczywając, jego umysł nadal zużywał imponujące pokłady złotego blasku, tak, że jego pokój cały szlachetnie lśnił królewską aurą. Panowało w nim nie natrętne, przyjemne ciepło. Ten mały, spokojnie wyszywający leniwe sny świat, wkrótce otworzył się potulnie dla smutnego czynnika zewnętrznego.
Taekwoon przekroczył próg pokoju Hongbina drżącym krokiem, cicho zamknął za sobą drzwi. Podchodząc do łóżka, czuł ogromne ilości wchłanianego blasku. Odgarnął pościel, białą w beżowe wzory, usiadł i przekręcając się, położył. Nakrywając się kołdrą, czuł wszechogarniające go ciepło, bijące od śpiącego. Podkulił kolana i zamknął oczy, twarzą zwrócony do oblicza Hongbina. Ten czując niespodziewany powiew chłodu przebudził się, rozklejając niechętnie zaspane powieki.
- Leo...?
- Mh.
- Co się stało? - cichym, nierozbudzonym głosem zagarnął przybysza w ramiona, przylegając całą powierzchnią ciepłego ciała do jego chłodnej egzystencji.
- Smutno mi, bo nie świecę. - mruknął w odpowiedzi, wtulając się w źródło złotego blasku.
Zapanowała cisza. Hongbin bez słowa wplótł pace w kosmyki blond włosów Taekwoona.
- Świecisz.
- Nie, jestem czarną dziurą.
- Supernową.
- Po załamaniu emocjonalnym.
Kasztanowłosy westchnął cicho, mrużąc powieki i wtulając twarz w policzek Taekwoona.
- Dla mnie świecisz. Nie jakoś mocno, ale masz swój delikatny, wyjątkowy blask.
- Nieprawda, ja tylko odbijam to światło.
- Jak my wszyscy. To sprawia, że sami je wytwarzamy. - skwitował właściciel pokoju i poprawił uścisk, w którym zamknął pustkę.
Leo przez chwilę trawił te słowa, po czym powolnym ruchem wsunął dłoń na odsłonięty fragment szyi złotego człowieka, tym samym tworząc niezwykle wzruszający obraz; ciemny, granatowy mężczyzna, ufnie wtulony w drugiego, emanującego ciełpym, godnym zaufania blaskiem. Leo czuł to ciepło, karmił się światłem, posilał obecnością Hongbina. Ściśle wpasowani w swoje objęcia pogrążyli się w podobnym, spokojnym śnie, o ciemności zroszonej złotym blaskiem.

C.D.N.