czwartek, 30 października 2014

"Not Only P.T.J." ~ OneShot

Szybciej.

Czyli wyścig z czasem i sofa w morku.
Zespół: B.T.S
Paringi: V-Kook
Typ: SMUT, LEMON, OS
Narracja: Trzecioosobowa

- Chodź, szybciej!
Niedelikatnie szarpie go za rękę, mkną jak małe chochliki.
- Chyba ktoś tu szedł...
- No to szybko!
Zatrzymują się na moment, dotarli do rozwidlenia. Taehyung wychyla się niepostrzeżenie, zerka w prawo, potem w lewo, nikogo - rusza pędem, wlokąc za sobą Jeongguka.
- Hyung, szybciej, chyba kogoś słyszałem!
Obracają się w biegu, rozglądają, pędzą bez opamiętania. Nikogo, na szczęście. Wbiegają za kulisy, jeden chaotycznymi ruchami odgarnia pudła i ciuchy z sofy, drugi drżącymi dłońmi przekręca klucz w zamku zatrzaśniętych pośpiesznie drzwi. Koniec końców, przerwa w nagrywaniu nie trwa długo.
Pstryk.
Teraz jest tylko ciemność i oni. Intuicynie czują swoją obecność, Jung Kook stojący przy drzwiach odwraca się i szybkim, pewnym krokiem podchodzi do siedzącego na częściowo odgraconej sofie. Siada okrakiem na jego kolanach, podciąga koszulkę do góry, starszy pospieszającym ruchem zszarpuje ją chłopcu z ramion. Uwolniwszy ręce, Kookie zarzuca je na szyję V, mierzwiąc bezcelowo jego włosy i delikatnie kręcąc ósemki biodrami.
- Hyung szybko...
- Nie wytrzymam długo.
Uspokaja go blondyn, wpijając się zachłannie w jego usta, bez zastanowenia, czy chwili zwłoki wsuwa między wargi chłopca język, dłońmi już błądzi po jego nagim ciele. Wkrótce i on zostaje pozbawiony górnej części garderoby, młodszy zsuwa się zgrabnie, lądując na kolanach pomiędzy udami Tae. Niecierpliwie całuje jego brzuch, oblizuje linię spodni, rozpina je i zsuwa razem z bokserkami. Nie ma czasu na gry wstępne. V ze zmrużonymi oczami znosi to, w jaki sposób maknae sprawia, że blondyn wije biodrami, mimowolnie gwałcąc z pełnią przyjemności jego usta. Łapie się makeriału okrywającego sofę, spina wszystkie mięśnie. Kookie z wprawą molestując męskość hyunga, pozbywa się niepostrzeżenie spodni, zaraz potem bielizny. Sięga dłonią do krocza, zaciska palce w akcie desperacji. W końcu starszy łapie krucze włosy chłopca i podciąga go do góry, brutalnie atakując jego wargi, własnymi. Chłopiec bez zaproszenia wpycha się na kolana Tae, przytrzymując jego przyrodzenie przy swoim wejściu i bez jakichkolwiek przygotowań nadziewając się szybko, i boleśnie. Pocałunek tłumi głośny jęk, Jeongguk niemalże sekundę później rozpoczyna spragnione ruchy biodrami, V dotyka dłońmi jego talię, brzuch, sutki.
- TaeTae...
Kookie nieprzerwanie się porusza, otacza szyję hyunga i zaczyna szybko unosić i opuszczać biodra, nierytmicznie, z zagryzionymi wargami, ponętnie, bez pamięci. Zmęczone mięśnie odmawiają posłuszeństwa, starszy przejmuje inicjatywę, czując przy tym przyjemne mrowienie w podbrzuszu. Łapie spontanicznie biodra JungKooka, sam rozpoczynając frykcyjny pościg, prędko na zmianę wypychając i cofając własne biodra. Zaciska powieki, leciutko wbija paznokcie w pośladki maknae.
- Kookie, już, już zaraz...
Tłumione stękanie obu chłopców przerodziło się już w zrywne, niekontrolowane jęki.
- Aissh!
Jeongguk szybko zsuwa się z kolan Tae, trafia idealnie w moment - wyczekany, szaleńczo pożądany. V pręży się spazmatycznie, w towarzystwie długiego stęknięcia szczytuje w buzi młodszego. Maknae nie marnuąc ani chwili przełyka aktualną zawartość policzków, wstaje, siada obok kochanka, łapie jego twarzyczkę, wpija się namiętnie w rozchylone w ekstazie usta Tae. Pocałunek się dłuży, jest spełniony i nieco uspokajający. Gdy chłopcy nieznacznie odsuwają się od siebie, między ich ustami wraz z powstałym obłoczkiem gorącego powietrza, rozciąga się strużka białawej mazi. Zaraz V łapie ją w wargi, przy okazji oblizując usta Kookiego. Dużo delikatnych, przyjemnych dreszczy. Dwójka ocierających się o siebie, wiecznie spragnionych ciał.
- A T-ty...?
Głos V drży, załamuje się lekko, jest zachrypnięty. Kookie bez odpowiedzi siada wygodniej, rozchylając powoli uda. Tae już zsunął się z sofy, usadowił między nogami JungKooka, otwiera usta, zachłannie łapie w nie naprężoną męskość maknae. Młodszy chłopiec odchyla odruchowo głowę. Chwila ta nie trwa długo, natłok emocji, pośpiech, jednak przede wszystkim tak ciepły, delikatny język Taehyunga muskający jego przyrodzenie, sprawiły, że u absolutnego szczytu przyjemności Kookie znalazł się w zaledwie kilkanaście sekund. Moment oddechu, chłopcy usiedli tuż przy sobie.
Niby to nic. Zwykłe fizyczne pragnienie, na forum zespołu nic ich przecież nie łączy. Młodszy kątem oka lustruje partnera.
Nic ich przecież nie łączy...
A jednak bezszelestnie, jakby z dużą ostrożnością unosi dłoń, powoli i wręcz niedostrzegalnie. Ciągle jeszcze nieco drży, nie umie tego do końca opanować. Niepewnie układa uniesioną łapkę na spoczywającej luźno na sofie dłoni V. Starszy nie odwraa wzroku. Jakby w ogóle nie reagował. Zaraz jednak Kookie czuje na swoich palcach leciutki, przezorny uścisk. Koniuszkami Tae gładzi mleczną skórę Jeongguka, uspokajającym, stonowanym gestem. Nagle bez ostrzeżenia wstaje, zapala światło. Kookie czuje, jakby wraz z pstryknięciem włącznika, ktoś wstrzyknął mu podwójną dawkę wstydu. Zakrył się jak tylko umiał rękami, podkulając nogi pod samą brodę. Taehyung po drodze do sofy zbiera rozrzucone ciuchy chłopca, podchodzi do niego i wyważonym gestem odsłania jego własne palce, zasłaniające większość twarzy. Dotyka go spokojnym wzrokiem.
- Ubierz się, bo zmarzniesz kochanie.
V uśmiecha się w ten swój spontanicznie niewinny sposób. Kookie unosi prawy kącik ust, chwyta ciuchy, rozkłada je. W tym momencie TaeTae wykorzystuje jego nieuwagę i delikatnie się pochylając otula jego wargi ustami.
Obaj jakby nieco zdezorientowani. Ale zastygają teraz na moment, mrużąc powieki, mrucząc cichutko.
- Chyba coś nas jednak łączy...
- No chyba tak.
A reszta świata czeka spokojnie.
Da end. ~

niedziela, 19 października 2014

"Bloody Blue" ~ One Shot

Żuki i muchy

Czyli ćpuńska rozkmina na dobry początek.
Zespół: B.A.P
Paringi: BangDae
Typ: Bardzo fluff, Drag, OS, odrobinkę Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Daehyun)

- Chodź z nami!!
- Raz zaszalejesz, nie zaszkodzi!
- Będzie fajnie, zobaczysz!!
- Nie bądź frajer, zabaw się!
Idę. Wszystko dzieje się zbyt szybko, żeby mógł powiedzieć "nie".
Wchodzimy do klubu we trójkę, już mnie wszyscy widzą, już obmacują spojrzeniami, już rozbierają w myślach, już oblizują usta. Podchodzimy do lady, zamawiamy drinki w kolorze marzeń. Po jednym tracę równowagę i osuwam się na blat. Za szybko. Za głośno.
Cały świat jakby na karuzeli, ja w środku, oglądam ten chaos w szambie, śmieję się z rozciągniętych twarzy znajomych. Youngjae łapie mnie pod ramię.
- Idziemy tańczyć!!!
Darcie do ucha, chyba krwawią mi bębenki. Ktoś podaje mi kieliszek z czerwienią. No jestem teraz wampirkiem. Kilka łyków, przełyk piecze, kiwam się ktoś mnie dalej trzyma, ktoś nie, ktoś jest, kogoś nie ma, wszystko tańczy. Ja też tańczę. Skaczę bez kontroli, bez rytmy, bez zahamowań. Umieram i zmartwychwstaję, przewracam i podnoszę. Dłonie, tak dużo dłoni, dotykają mnie, szarpią, unoszą. Matko, wszystko jest białe, nagle twarze zmieniają się z ludzkich, na żuki i tańczą, pot spływa po mnie kaskadami, żuki zaczynają krwawić różowo zieloną mazią z oczu, co się dzieje, wraca czerń i błyskające lasery, mam mdłości. Surfuję. Surfuję po dłoniach, wynieśli mnie nad głowy, widzę jak Dj na mnie patrzy, skacząc po scenie w fluorescencyjnych rękawiczkach. Na policzkach ma wojenne paski, namalowane różową farbą świecącą w ciemności. Patrzę na niego, ledwo dostrzegam jak wygląda, mdleję, spadam na ziemię. Budzi mnie Junhong; siedzimy przy stoliku, noc koszmarów trwa.
- Dae, żyjesz? Nieźle przyrżnąłeś w podłogę.
- Nie czuję prawej dłoni.
- Krwawisz, Chryste!
- Jestem Jezusem...?
- Chodź natychmiast do łazienki!!
Ciągnie mnie do łazienki. Idę, bo co mam zrobić. Wchodzimy w biel i na ułamek sekundy wszyscy w środku stają się błyszczącymi złotem i srebrem muchami. Boże obroń... czuję wodę. Zimna. Zamarzam. Boję się. Czuję jakby oczy okuwał lód, widzę jak przez mgłę, rzeczywistość wraca żółwim tempem.
- Junhong umarłem...
- Co Ty pleciesz, umyj tą dłoń!
Myję. Spoglądam na nią rozbieganym wzrokiem, muszę się mocno skupić, żeby dostrzec jej kształt. Jest cała czerwona, nie ma czucia. Nie wiem czy się tym martwić. To dziwne. Nie boję się niczego poza żukami i muchami, nie mam trzeźwego spojrzenia na zagrożenie mojego zdrowia. Junhong panikuje, krzyczy coś, że zgubił Jae, ja nie rozumiem, nie wiem, nie pamiętam.
- Słyszysz mnie?!
- MUCHA, UWAŻAJ!!!
Wracamy szukać Youngjae, wchodzimy w straszny, transowy huk. Dj skacze po scenie coraz mniej rozgarnięcie, bez koszulki, z rozrzuconymi na wszystkie strony włosami. Upadam, bo się potknąłem. Muzyka cichnie, gasną światła, czyjeś ręce mnie łapią, nicość. Budzę się w pokoju, jakby z oddali dobiega wcześniejsza muzyka. Mam mokre włosy.
- Żyjesz? Mało co Cię nie stratowali... coś masz z ręką...
Podnoszę dłoń przed oczy, czerwono mi... wszystko płynie, broczę tak mocno jak jeszcze nigdy. Mdleję.
Budzę się w łóżku, atłasowa zielona pościel gwałci moje półnagie ciało. W pokoju półmrok, niedobrze mi. Wymiotuję na podłogę. Podnoszę wzrok i jedyne co widzę to iskrzące się cztery różowe paski. Tracę przytomność.
Budzę się w tym samym łóżku, wymiociny zniknęły, ktoś siedzi obok mnie.
- Jesteś?
- Jestem...
- Na imię Ci?
- Daehyun.
Cichy chichot, dłoń, która wpełza, niczym pająk, na moje włosy i mierzwi je niedbale.
- Pamiętasz co piłeś? Jaki miało kolor?
- Niebieski, słodki... czerwony... piekący...
- Leż, zaczekaj moment.
Odszedł. Zostawił mnie na pastwę koszmarów. Głosie wróć.
Wrócił, usiadł obok i otworzył metalowy kejs, który zalśnił nikłą, granatową poświatą. W środku leżały równiutko ułożone fiolki z różnymi napisami i symbolami. Bez namysłu wyjął dwie z nich, wkropił po trochę do szklanki, zalał wodą i podał mi do wypicia.
- Odtrutki, spokojnie. Zaufaj mi, mam w tym wprawę.
Gdy skończyłem pić, poczułem jak ciepło przenika każdy mój mięsień, opadłem na poduszki jak niewładny i omdlałem.
Budzę się w tym samym miejscu. Muzyka już nie łupie w uszy, łapię chłodne powietrze w usta, czuję przeszywający ból w prawej dłoni. Unoszę ją; bandaż. Nic nie pamiętam, nic poza muzyką i Junhongiem, szukającym Youngjae. Obracam się na bok. Przy mnie śpi jakiś mężczyzna. Panuje ciemność, nie widzę jego twarzy. Boję się najgorszego. Czuję jak stres pali mi trzewia. Facet mruczy coś i rozbudza się. Podnosi się do półsiadu i łapie mnie za ramię.
- Hej... jak się czujesz?
- Kim pan jest?
- Yongguk. Bang Yongguk. Wszystko ok?
- My się znamy? Coś tu zaszło?
- Nie, nie... uratowałem Ci tylko dupę, bo gdybyś tam został, prawdopodobnie obudziłbyś się tylko raz, rano, na ulicy, zgwałcony i bez dłoni. Prawie zmiażdżyli Ci śródręcze. Poza tym byłeś konkretnie zaćpany, ponoć tylko dwa drinki, ale musiałem Cię rozebrać, żeby sprawdzić, czy nie masz nigdzie śladów po igle. Spokojnie, na nic sobie nie pozwalałem, to tylko dla Twojego bezpieczeństwa..
Kładzie dłoń na mojej. Czuję. Wreszcie czuję. Szamoczące się z nerwów tętno zwalnia, jego dotyk mnie koi.
- Jak się czujesz?
- Bywało lepiej, ale przynamniej nie tak strasznie jak wcześniej.
- Pamiętasz cokolwiek?
- Niejasne urywki... eh. Nigdy więcej.
Jego chichot mnie rozluźnia. Oddycham powoli, pot na moim czole przysycha, gorączka stopniowo spada.
Cisza. On tylko trzyma moją dłoń. Trwamy tak chwilę.
- Widziałem Cię, kiedy tłum Cię nosił.
Opuścił wzrok, zaczął bawić się palcami mojej dłoni.
- To Ty jesteś Dj'em?
Skinął głową.
- Nie jesteś zmęczony? Może idź spać...
- Nie, po prawdzie to strasznie mnie suszy.
- Przyniosę Ci wody.
Wstał do pokojowej kuchenki i nalał pełną szklankę kranówy. Podał mi, przyssałem się tak, że po sekundzie szklanka świeciła pustkami. Wstał, nalał mi jeszcze i podał. Wypiłem tak drugą szklankę, trzecią, czwartą odstawił na wszelki wypadek na szafkę obok mojego łóżka. W sumie to jego łóżko, a nie moje. - Ty pewnie padasz po nocy.
- Juz trochę pospałem...
- Która godzina?
- Trzecia dwadzieścia sześć.
- Strasznie boli..
Uniosłem zabandażowaną dłoń.
- Wyobrażam sobie...
Zacmokał.
- Chcesz coś przeciwbólowego? Spokojnie, nie ućpam Cię, możesz być pewien.
- Nie mam wyjścia... inaczej chyba rozsadzi mnie z bólu.
Wstał i przyniósł mi tabletkę. Łyknąłem ją, pełen zaufania i popiłem wodą odstawioną na szafkę.
Zaraz poczułem, jak głaszcze mnie po policzku. Miał chłodną, kojącą dłoń. Zamknąłem oczy.
- Teraz się prześpij, chwilę zajmie, zanim lek zacznie działać.
- Nie chce mi się spać.
- Jesteś jeszcze w szoku ponarkotykowym. Mimo to powinieneś spać, żeby dać organizmowi się zregenerować...
- Blablabla... mądrala.
Uśmiechnąłem się, ale pewnie nie dostrzegł tego przez ciemność zalewającą pokój.
- Czemu nie zapalisz lampki...?
- Masz teraz potężny światłowstręt, nie ryzykowałbym.
- Yongguk...
- Hm?
- Dziękuję Ci strasznie...
- Pfh. Na moim miejscu zrobiłbyś to samo.
- Nie, ale serio... zawdzięczam Ci życie w sumie.
- Sprzątać Twoje rzygi, to była czysta przyjemność.
Zawstydziłem się okropnie. Miał rację.
- Jeju... ale Ci narobiłem problemu... wybacz... przepraszam.
- Dziękujesz, przepraszasz... poprosisz jeszcze o coś?
- Żebyś tu został. Nie zostawiaj mnie samego... proszę.
- Jak coś zaczynam, to kończę. Zadbam o Ciebie, aż będziesz w pełni sprawny, spokojnie.
Do oczu napływają mi łzy. On słyszy, że płaczę. Kładzie dłoń na moim policzku, przekonuje się, o łzach.
- Dae? Ej... nie płacz...nie Ty pierwszy...
- Przyszedłem tu z dwójką przyjaciół. Pewnie nawet nie zastanawiają się gdzie jestem. Natomiast Ty, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałem tak o mnie zadbałeś, zaopiekowałeś się, żebym wrócił do żywych...
Szloch zawiązał mi supeł na gardle, nie mogłem nic więcej z siebie wydusić, rozpłakałem się na dobre. On objął mnie i wtulił w siebie. Rozpacz zajęła mi jeszcze kilka chwil. Zdrową dłonią przyczepiłem się do jego pleców. Dalej był bez koszulki. Ciepła skóra pod moimi palcami, to, że mogłem wytropić dotykiem każdy jego mięsień... uspokoiłem się, wyciszyłem szarpiące mną potoki łez. Rozedrgany oddech osadziłem przy jego szyi... zsunął objęcia na mój bok.
- Gdybym miał sprawne obie ręce zrekompensowałbym się porządnym masażem...
- Mhm...
Ten pomruk przyprawił mnie o dreszcz. Nie zwracał uwagi na moje słowa, tak skupił się na sposobie w jaki go dotykałem. Zamilkłem więc i kilka razy intensywnie ugniotłem bolesne miejsca w okolicach łopatek.
- Chryste... tak się spiąłem nerwami o Ciebie, widzisz?
- Widzę. Muszę to naprawić. Rozluźnij się.
Mimo tylko połowy wydajności, jakoś dałem radę wymasować mu calutkie plecy, na co on odpowiedział mi lawiną aprobujących pomruków.
- To ja nie wiem co się dzieje, jak masz do dyspozycji dwie ręce.
Zachichotał, oparty o moje ramie tak, że sięgałem celu masażu zza jego barku. On natomiast mruczał co mu ślina na język przyniosła, hedonistycznie seksownym głosem, prosto w moje ucho.
- Nie chcesz spać? Ja Cię tu wykorzystuję, a Ty miałeś odpoczywa...
- Jakoś muszę się wypłacić.
- Odwdzięczysz się, jak już będziesz w pełni sił.
- Yongguk ja już się dobrze czuję...
- Mhm...
Przybliżył się, opierając głowę o moje czoło. Emanował ciepłem, poczułem zapach borówek.
- Serio, już dobrze.
- Tak mówisz...?
- No...
- No to jak tak mówisz...
- Mhm...
Zmrużyłem oczy. Powiódł wargami po moim policzku. Zadrżałem.
- To chyba tak jest...
- No chyba mi wierzysz, nie...?
- Mhm...
Zamknął mi usta pocałunkiem. Powieki same mi opadły, zdrową dłoń wsunąłem na jego bark, przez tors i obojczyk. On jedną ręką objął mnie w pasie, drugą ułożył na policzku, delikatnie głaszcząc go kciukiem. Czując jego miękkie wargi, musiałem radzić sobie z zimnymi dreszczami, atakującymi moje racjonalne myślenie. W momencie, w którym rozchylił usta, bez namysłu naśladując jego poczynania zamknąłem jego górną wargę w pocałunku, delikatnie muskając ją językiem. Szybko złapaliśmy jeden rytm, na przemian narkotyzując się rozkoszą. Zsunąłem dłoń na jego tors, palce same wyznaczyły kurs po jego wyraźnie zarysowanych mięśniach, powietrze zgęstniało, czułem coraz więcej wszechogarniającego ciepła. Odsunąłem się na chwilę, pozostając blisko jego ciała. Moje nagie ramiona, oparte o jego klatkę piersiową, jego dłoń, kreśląca trasy po mojej talii, moja dłoń na jego nagim brzuchu, jego ciepło, przenikające mnie spokojem.
- Wszystko w porządku, Dae?
- Tak, czuję się lepiej niż kiedykolwiek.
Zachichotał, musnął czubkiem nosa moje ucho, przy okazji czule całując mój policzek. Roztaczał aurę opieki nawet z przyspieszonym po pocałunku oddechem.
- Idź spać, widzimy się rano. Odpoczywaj.
Potulnie osunąłem się na poduszkę.
- Ale nie idziesz, obiecałeś.
- Nic nie obiecywałem...
- Yonguuk!
- Wiem, wiem. Spokojnie. Śpię tuż obok, budź gdybyś czegoś potrzebował.
Wpełznął pod kołdrę, przylegając do mnie swoim nagim korpusem. Oplotłem go nogami, zamykając oczy i kładąc dłoń na jego obojczyku.
- Dobranoc i dziękuję jeszcze raz.
- Do rana. Śpij spokojnie.
Ucałował moje czoło i delikatnie musnął ciepłym pocałunkiem usta. Wtuliłem głowę w jego mostek, ułożyłem wygodnie zranioną dłoń i zasnąłem jak kamień.

- Muszę wam podziękować.
Zaszedłem Junhonga i Youngjae od tyłu, dostrzegłszy ich rozmawiających na środku chodnika.
Obrócili się zaraz i rzucili mi się na szyję.
- Matko, żyjesz!
Nie jestem Twoją matką.
- Jak się cieszę!!
Widać.
- Co się stało, opowiadaj!
Nie sądzę, żeby Cię to obchodziło.
- Wybacz, że się tak zgubiłeś.
Zostawiliście mnie.
- Stało się coś poważnego?
Uniosłem dłoń w szynie.
- Złamali mi dwa palce w trzech miejscach, poza tym nic strasznego. Dj mnie odratował, bo dali mi narkotyzowanego drinka.
- O rany, jak mogło do tego dojść...
- Co za masakra...
- W każdym razie gdyby nie wy, nie poznałbym Bang Yongguka. Więc dzięki, raz warto było zaszaleć.
Czyżbym zamknął wasze bezmyślne jadaczki?

"Osa zła" - One Shot

Przykre spuchnięcie

Czyli uniki techniczne i horror winda.
Zespół: BTS
Parungi: KookMin
Typ: (średnio śmieszna) Komedia, Fluff, STRASZNE GORE (opisy użądlenia, fuj, straszne, obleśne, 2/10 nie polecam)

- Uważaj ciotko! - Jimin zamachnął się i wytrącił z ręki JungKooka kawałek ciastka, na którym nie wiadomo skąd znalazła się pokaźnych rozmiarów osa.
- Ya! - młody odskoczył, ciasto poleciało na Jina, który zapiszczał cieniutkim głosem, strącając słodycz z kolan.
- Weźcie to zabijcie!! - jęknął najstarszy, pokazując swoim krzywym paluchem owada, który zdążył już zatoczyć wokół okruszków kilka złych kółek.
- Czekajcie, ja go obezwładnię! - Hoseok przymierzył się do walki z lotnikiem, lecz gdy tylko rozjuszony osobnik się do nieco zbliżył, zastosował profesjonalny unik o nazwie Rap Monster. Lider pomachał kilka razy rękami, celem odgonienia intruza, jednak poskutkowało to jedynie jeszcze większą zaciętością osy. Złe kółka zataczała coraz szybciej, jej lot przerodził się w zrywny pęd.
- Zaraz kogoś upierdzieli, hyung, zabij to!! - pisnął Kookie, wypychając przed siebie Sugę, który stał się w momencie nowym celem osy. Skierowała się pędem na niego, pomimo co zwinny raper uniknął ciosu żądła, które ostatecznie utknęło w dłoni Jimina. Chłopak z zamiarem ochrony twarzy zasłonił się łapką, do której przez Yoongiego osa dostała doskonały dostęp. Zaległa cisza, osłabiony owad upadł na ziemię, po chwili zostając zgnieciony butem Taehyunga.
- Jimin? - Kookie złapał zaczerwieniona, puchnącą w oczach dłoń hyunga.
- Żyjesz?
- Heh... no jasne. To nic. - starszy wzruszył ramionami i szybkim ruchem schował dłoń do kieszeni bluzy.
- Może lepiej coś z tym zrobić... - ton J-hope'a zabrzmiał na zaniepokojony.
- Na serio, wszystko ok. Bez stresu chłopaki. - pokrzywdzony odwrócił się i odmaszerował w kierunku swojego pokoju. Cisza zalała salonik.
- No to chyba oznacza koniec przerwy, wracamy do ćwiczeń. - rozbrzmiał głos Namjoona, na który wszyscy równo podnieśli się i ruszyli na salę taneczną. Po drodze lider zatrzymał maknae, szeptem wydając mu polecenie, by przyprowadził Jimina i przy okazji wybadał czy na pewno nic mu nie jest. Na piętro, na którym mieszkali chłopcy prowadziły niekończące się schody, Kookie bał się skorzystać z windy - ostatnio zacięła się między piętrami i od tego czasu uchodziła za nawiedzoną. Odrobina biegu schodami więc, a Jung dyszał jak po całodziennej próbie. Zawinął pod drzwi pokoju wokala.
- Hyung?? - zapukał donośnie, wyczekując zezwolenia na wejście. Nie doczekał się, więc wszedł pomijając odpowiedź Jimina. Otworzywszy, zastał starszego na łóżku, z zaciśniętymi powiekami trzymającego się za uszkodzoną rękę. Nie wyglądało to dobrze. Golden maknae dwoma susami znalazł się tuż przy cierpiącym hyungu.
- Yaa, Jimin-ssi, czemu nie mówiłeś, że jest tak źle?! - głos młodszego załamał się pod wpływem emocji. Jego rozmówca tylko wykrzywił usta w bolesny uśmiech.
- Bo nie jest, poboli i przestanie...
- Hyung nie żartuj, widzę chyba jak jest. - stanowczy JungKook był stanowczy. Poszkodowany rozchylił powieki i spojrzał na dongsaenga zaszklonymi oczkami. -
Pokaż mi to hyung. - nie czekając chłopiec odsłonił użądlone miejsce. Wziął świszczący, niezadowolony oddech, na widok jaki się przed nim wymalował - opuchnięta, czerwona łapka, na grzbiecie czarny punkcik otoczony sinym rumieniem.
- To nie jest normalne, hyung, z tym trzeba jechać do szpitala, możesz mieć uczulenie, to jest niebezpieczne i w ogóle, hyung noo. - zatroskany głosik Jeongguka drżał z sekundy na sekundę coraz bardziej.
- Nie mam uczulenia, spokojnie... - Jimin walcząc z bólem wstał z łóżka, stanął przed młodszym i nieco się pochylił. - Ale to kochane, że się tak o mnie martwisz. - zaszczebiotał ciszej. 
Na te słowa Kookie wstał, natychmiast przewyższając hyunga. Spojrzał na niego z góry, starając się być bardziej pewny siebie niż zazwyczaj.
 - Chodzi o Twoje bezpieczeństwo, hyung. Póki opuchlizna nie zejdzie nie będziesz mógł tańczyć, a musimy ćwiczyć codziennie, przecież niedługo comeback. Chcesz w takim stanie występować? - niski głos chłopaka zabrzmiał zdecydowanie i władczo, tak, że Jimin otworzył oczy nieco szerzej.
 - Ale dongsaengie... nie denerwuj się tak. - zdrową ręką, starszy objął szyję Kookiego, który bądź co bądź stał w zaskakująco niewielkiej odległości od swojego hyunga. 
- Po prostu się martwię. Nie chcę, żeby stało Ci się coś poważnego.. - maknae westchnął, mimowolnie opierając głowę o czoło rozmówcy. Jimin uniósł kącik ust w sugestywnym uśmieszku. W momencie zmienił wyraz twarzy na smutniejszy. 
- Poważne to nie będzie... tylko boli jak cholera. - mruknął, opuszczając wzrok na krótką chwilę. 
- Ji-jimin-ssi... - maknae zająknął się, osadzając na hyungu zatroskane spojrzenie - Ja wolałbym to czuć, gdybyś miał w zamian przestać cierpieć. Rozległo się ciche westchnięcie. Niższy przysunął się tym bliżej JungKooka. 
- A co ze znieczuleniem?
 - Hm? O czym Ty mówisz hyung? Jimin uśmiechnął się pod nosem.
 - Gdybyś mógł mnie znieczulić, zrobiłbyś to? Kookie na moment zapatrzył się w starszego, zaraz jednak odparł chaotycznie, łapiąc go za biodra.
- Oczywiście, zabrałbym ten Twój ból jak najdalej! Jimin oparł czoło o tors młodszego i zmrużył na moment powieki. Po chwili spędzonej w ten sposób zadarł brodę do góry i przyciągnął Jeonga bliżej siebie. Zdezorientowana mina chłopca, zaraz przystroiła się dodatkowo karmazynowym rumieńcem. 
- To zabierz. - szepnął starszy, w tym momencie zaglądając prosto w ciemne tęczówki chłopca. Stanął na palcach i nie zastanawiając się długo po prostu zamknął leciutko rozchylone usta Kookiego w kojącym pocałunku. Gdy się odsunął, młodszy był tym bardziej zarumieniony.
 - Hyung, tak nie wolno... - zająknął się drżącym, niepewnym głosem. Przy okazji opuścił wzrok i odetchnął głośno przez nos. Jimin bez słowa ułożył zdrową dłoń na policzku chłopca i skierował jego spojrzenie na siebie. W ułamku sekundy zlustrował wargi Kookiego, by zaraz ponownie ich posmakować. Tym razem i maknae zmrużył powieki.
 - Ja nie robię nic złego, tylko zażywam terapii przeciwbólowej. Jesteś dla mnie skuteczniejszy niż jakiekolwiek tabletki. - mruknął starszy mimowolnie lekko się rumieniąc, po czym wtulił się spontanicznie w Kookiego. Ten natomiast stał z rozchylonymi ustami, próbując zrozumieć co się właściwe stało. Objął hyunga i przycisnął do siebie w czułym geście. Zamknął oczy.
 - I musiałem na to czekać, aż użądli Cię osa... 

- C-co..? 



The end C:

niedziela, 5 października 2014

"Covered by night" pt.1

Kawa.

Czyli nie traćmy wontku, downy z sauny specjalnie dla Rynienki i feelsy po koncercie ;;;;;;;"
Zespół: VIXX (;WW;)
Paringi: Wontaek (Leo x Ravi)
Typ: Fulff, 'Komedia'
Narracja: Dzikość ._. (Trzecioosobowa)

Hyuk (H): I wtedy Hakyeon na to...
N: HYUK! MORDA, POWIEDZIAŁEM COŚ!!
Ken (K): Możecie przestać się tak żreć...
H: "No jasne, że chcę, Ravi, hi hi hi..."!
N: CHODŹ TU MAŁE GUNWO!
H: AAAA WŚCIEKŁY LIDER MNIE GONI!!!
Leo (L): ...
Ravi (R): *chrapie*
Menago (M): Ej! N, Hyuk - siadać, na swoje miejsca, zaraz lądujemy!
N: Grr... jeszcze Cię dorwę smarkulo...
H: Ha! Nie dogonisz mnie dziadku!
N: DAJCIE MI GO WYKASTROWAĆ!!
Hongbin (HB): Możemy ich zostawić na lotnisku...?

Więc tak, przylecieli na lotnisko do Warszawy. Wysiedli i dostrzegli niczym nie różniących się strażników, i masę ludzi, i fanów, i flesze. Przywitał ich staff z Polski, zapakował do wynajętego busa i odwiózł do hotelu. Podział pokoi prezentował się następująco - Ravi z Hyukiem, N z Kenem oraz Leo z Hongbinem. Chłopcy zakwaterowali się i dostali czas dla siebie na odpoczynek.
Hongbin wyszedł ze swojego pokoju do Hakyeona, co kiedy zaszło, zmotywowało Raviego do opuszczenia pustego pokoju i dołączenia do Leo.
R: Hej Taekwoonie!
Uśmiechnął się szeroko, na co Leo wstał z łóżka odkładając telefon wcześniej z zaangażowaniem używany i podszedł do Wonsika, obejmując go w pasie, i wtulając się w niego leciutko.
L: Jak się czujesz po locie?
R: Tylko trochę zmęczony, poza tym dobrze.
Ravi także objął Taekwoona, tylko wyżej, ręce oparł na jego ramionach, a dłońmi przytulił do siebie jego głowę.
R: Wyjdziemy gdzieś w nocy?
L: Będzie trzeba obczaić wszystkie wyjścia, cały hotel i plan działania..
R: Damy radę!
L: Jeśli tak mówisz...
Odlepili się od siebie, po już chwilę trwającym kołysaniu się w uścisku.
L: Tylko, żeby nikt inny też na to nie wpadł.
R: Coś Ty, tylko my mamy takiego downa, oni są zbyt zmęczeni.
L: Mów za siebie, pabo.
Uśmiechnęli się lekko do siebie, po czym Ravi opadł bezwładnie na łóżko, twarzą do materaca.
R: Masuj mnie, oppa.

Taekwoon prychnął, kiwając z politowaniem głową. Wsunął się na łóżko, siadając okrakiem na podudziach Raviego. Nachylił się nad plecami rapera i przesunął po koszuli chudymi palcami. Wonsik zmrużył oczy i głęboko odetchnął przez nos. Leo nie odzywając się słowem podwinął materiał i leciutko przejechał paznokciami wzdłuż linii kręgosłupa. Ravi naprężył mięśnie.
R: Potem Ci sie odwdzięczę. Zobaczysz.
L: Mhm, kupisz mi latte, zobaczysz.
Raper zachichotał, jednak otwieranie ust nie był teraz rozsądne, bo przy kolejnym uciśnięciu przez Leo spiętego mięśnia, wyrwało mu się z nich przesączone rozkoszą jęknięcie.
L: Bez takich, bo do masażu dołączy się trzecia ręka.
Ravi mocno zarumieniony schował twarz w poduszkę. Taekwoon kontynuował swoje praktyki. Rozluźnił łopatki Wonsika, barki, całą resztę. Ravi co moment niekontrolowanie wyginał się w łuk.
L: Koniec, łapki mnie już bolą.
R: Nnnn... prooszę, Taekwooniee...
Leo nachylił się głębiej i delikatnie osadził wargi na skórze Wonsika.
R: Leo...
Powtórzył ten gest, lokując drobne pocałunki coraz niżej. W końcu, dobrnąwszy do końca, podniósł się i usiadł obok Raviego.

L: Koniec, to koniec. Chcę latte. ~
Wonsik z subtelnym uśmiechem podniósł się, siadając tuż obok na piętach. Przysunął się do towarzysza, obejmując go i przyklejając usta do jego szyi.
R: Zaraz będę.
Raper wstał i udał się w kierunku drzwi.
L: Bez kawy nie wracaj!

Adresat słów uśmiechnął się pod nosem i wyszedł z pokoju.

T.B.C.

"Trzy i pół tysiąca, dwiescie" ~ non k-pop ~

- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Powtarza w kółko, jakby bał się zapomnieć. Siedzę obok, smutna, z kotem na kolanach i papierosem w ustach.
- Skończ, to męczące.
- Trzy i pół tysiąca...
Głowa mi pęka od tego jazgotu. Nie mówię tylko o nim, bombardowanie także wyjątkowo sprzyja migrenie. Coś uderza w sąsiednią dzielnicę.
Nasza posadzka trzęsie się jak gałązka na wietrze. Wybija go to z rytmu.
- Trzy i...!
Łapiemy się czego się da, kot z sykiem spada mi z kolan na podłogę. Moment ciszy, jakby anioł przyłożył mi dłonie do uszu. I nagle bum! I znowu trzęsie jak diabli.

Wieczorem, ja jem suchą grachamkę, a on dalej męczy jedną liczbę w koło Macieju.
- Przestaniesz!? Nawet nie mogę spokojnie zjeść kolacji!!
- Przestanę jak w końcu trafią w nas, narazie cieszę się, że mogę jeszcze mówić.
- Ale po co ciągle to samo? Możemy porozmawiać normalnie...
Zapada cisza. Wiadomo, że nie możemy. Bo o czym? Ulubionym filmie?
Kładziemy się spać, ale ja czuwam całą noc, bezustannie mam otwarte oczy. Długo się modlę, ale co można wymodlić jak się półnagim pali papierosy. Może mnie Bóg zrozumie.

- Boże, Ojcze Wszechmogący...

Słychać strzały. Ktoś sromotnie upada z całym sprzętem na ulicę. Krótkie, tłumione okrzyki zwycięstwa; "Jurek! Juruś, dobra nasza, lecim dalej!"

- Panie, Synu Jednorodzony...

On kręci się w swoim łóżku, pewnie śnią mu się koszmary. Ja się nie boję złych snów. Gorzej mam jak nie śpię. Mamrocze coś niewyraźnie. Kolejny raz.
- Trszy... tyy... tysiąnce..
Niech go jasna cholera.
- Jezu Chryste...
Pukanie do drzwi. Zrywam się z łóżka jak poparzona. Patrzę na zegar - no trzecia rano, jak była tak jest. Serce mi bije seriami jak karabin. Pochodzę do drzwi. Znowu głośne pukanie.
- No otwieraj!! Otwierajże!
O Boże, to nasi. Przekręcam klucz szybciutko i wpuszczam ich do środka. Jest dwóch, wysokich i brudnych.
- Wody, mamusia da, wody.
- Cobyśmy się chociaż przemyli.
- A i napić się trzeba.
- Bo idziemy na tych strażników i im karabiny zabieramy.
- Mamusia da tej wody?
Biegnę już, biegnę.
- Macie, chłopaki, pijcie na zdrowie. A i siadźcie na chwilę, to was przemyję.
I opowiadają mi o wszystkim, a ja im twarze mokrymi ściereczkami wycieram. Jednemu trzeba było ranę opatrzeć, więc się trochę zasiedzieli.
- To my biegniemy mamusiu, dzięki za wszystko!
- Dziękujemy, dziękujemy!
I wychodzą, a ja zakluczam drzwi i wracam na łóżko. Na czym się skończyło...? A tak...

- Który gładzisz grzechy świata...

Aż mnie skurcz łapie, od nagłego hałasu. Jęki bólu i dobijajace strzały. Całkiem bliziutko. Kroki.
Tup, tup, tup.
Ktoś szybko się zbliża. Tętno mi się szarpie, nogi rwą do ucieczki do nikąd, myśli się zatrzymują. Czekam. ... Nic. Cisza.

PUK. PUK. PUK.

- Öfnen Sie bitte!!
...
- Jetzt! Öfnen!!
Zamieram. Nic nie jest prawdą. Papieros spada na ziemię i uderza tak głośno, że pękaja mi bębenki. Siedzę nieruchomo i kieruję wzrok na niego.
- Trzy i pół tysiąca, dwieście...
Pada jeszcze kilka ostrzeżeń.
W końcu trzask rozłamywanego drewna. Wchodzi i bez pytania otwiera ogień w kierunku śpiącego. Z pościeli zaczyna kapać. Zwraca lufę do mnie. Coś krzyczy.
Ja już nic nie słyszę. Patrzę w jego niebieskie oczy, w ziejącą śmiercią pustkę karabinu. Krzyczy coraz paniczniej. Przez otwarte drzwi widać na ziemii dłoń, nadgarstek i przedramię jednego z chłopców.
Juruś? Synku?
Patrzę znów na oficera. Ciągle we mnie mierzy, wrzeszczy z jakąś rozpaczą wymalowaną na twarzy. Pociąga za spust. Uderzenie o podłogę mimo wszystko wywołuje ból. Wzrok bezwiednie zawieszam na upuszczonym papierosie tuż przed moją twarzą.

Na czym skończyłam? Aa...

- Zmiłuj się nad nami.

"StarLIGHT" pt. 1

Wchłonąć blask i zasnąć.

Czyli jak to jest, kiedy nie umiesz świecić, król Hongbin i trójkąt downów... Wut ;;"
Zespół: VIXX
Paringi: LeoBin, HakYukSik (dunno)
Typ: Fluff, Filozoficzny, lekko Angst
Narracja: Trzecioosobowa

To nie jest opowieść o miłości. To jest któtka, nie zbyt zróżnicowana pod względem rozwinięcia, wielowątkowości i fabuły historia.
Dwóch głównych bohaterów to członkowie jednego zespołu, fantastycznie rokującego wśród młodzieży, utalentowanego zespołu młodych, energetycznych ludzi o wysokich ambicjach. Są oni doskonale świadomi swojej, przydzielonej z góry, roli. Mają pozycję i sławę, mają fanów i ich zazdrość, mają podróże, kontrakty, znjomości. I mają siebie.
Jung Taekwoon i wszystkie jego problemy podniosły się z średnio przydatnej, czerwonej sofy. Okrążyli kilka razy salon, różnymi trajektoriami, po czym zatrzymali się tuż przy oknie, z nosem przytkniętym do zimnej szyby. Rysował się tam deszczowy, przyduszony wieczór pędzących ku neonom, pochlapanych człowieczków.
Fluorescencyjne pary, jaskrawi przyjaciele, świetlana przyszłość, całe to miasto i każdy jego aspekt emanował pewnego rodzaju blaskiem. Jak robaczki świętojańskie, wszyscy urzędnicy, robotnicy, wszystkie małolaty żywe nie swoimi życiami. Czasem trudno było rozróżnić jedno światełko od drugiego, ich kolory i natężenia, i kierunek ich promieni. Każdy mimo to lśnił z własnego, konkretnego powodu, szczęściem, nadzieją, miłością, albo z drugiej strony ostryą, burgundową nienawiścią, czy śliwkowym gniewem. W końcu każdy ma swoje emocje, każdy roztacza wokół ich światło.
I tylko Taekwoon z przyklejonym do szyby nosem, nie wysyłał żadnej kolorowej jasności ku innym. Był jak próżnia, on przyciągał i wsysał inne światła, ale nic z tego nie zyskiwał, bezustannie trwał w zepsutej żarówce swojego życia, ciekaw, czy kiedykolwiek uda mu się ją naprawić.
Ciekaw to dobre słowo, bo nie miał szczególnej potrzeby zapalenia swojej egzystencji. Tak jak teraz było mu wcale nieźle, nie musiał udawać ledowego światełka. Imitowanie czegokolwiek było ostatnim z jego zamysłów.
Minuta spędzona przed ekranem okna wysyciła jego brak planu na tyle, że postanowił nie skupiać więcej uwagi na czyichś lśnieniach.
Godzina siódma, minut dwanaście, nie zagłębiając się w sekundy, które zdążyły już drastycznie przybrać na liczebności. Masa miesięcy, jeszcze więcej tygodni, nie mówiąc o pojedynczych dniach - tyle aktualnie znaczyło życie Leo. Nieco zroszone pasją, przepasane zwycięstwami, nasączone bezświetlnoscią i traceniem nerwów na błahostki. W ogóle każde uczucie, które dzielił z kimkolwiek innym niż on sam, sprawiało wrażenie przykrywki dla nicości. Bardziej, lub mniej urodziwego pudełeczka. Gdyby je podsumować, to jedyne co w nim lśniło, to lightsticki fanów, kochających go za byle co.
Opatulił się kocem, pierwej artystycznie rozrzuconym na sofie, teraz zagrabionym przez bezświetlnego księcia. Jego pokój, pogrążony w półmroku, przywodził na myśl ciemnię, w której niedobitki wspomnień dokonywały przywileju ostatniej woli. Z szeroko otwartymi oczyma, osobiście dopatrywał agonii kolejnego przeżycia. Wtedy drzwi się otworzyły i ktoś, kto przez nie przeszedł roziskrzył w pokoju złoty blask.
- Hej Leoś, co porabiasz? - nowo przybyły rozsiadł się tuż przy boku Taekwoona, otaczając go ramieniem.
- Dobijam. - mruknął ten w odpowiedzi, mrużąc powieki, celem ochrony oczu przed niespodziewanym światłem drugiego człowieka.
- Hm?
- Nic takiego.
- To może zejdź do nas? Mamy ciastka i alkohol, jest karaoke, Ken płacze, że nie ma z kim piać, Hyuk śpi na Ravim, tak samo, jak z resztą N. Jeśli nie zejdzieszi,to to samo stanie się ze mną i będziemy mieć koszmary.
Taekwoon posłał podejrzliwe spojrzenie Hongbinowi, który, bądź co bądź, argumentacją nie poskąpił. Więc dźwignęli się, już razem i podreptali w kierunku skupiska świateł.
Takim świetlistym wieczorom wybłaganym przez Hongbina, Leo zawdzięczał swój spokojny sen. Nie udzielał się zbytnio, na odczepne pił dwa drinki i siedział cicho przez resztę dnia. Ale oni jakimś dziwnym sposobem bardzo cieszyli się z jego obecności, zupełnie jakby wnosił w ich posiadówkę coś wyjątkowego. W sumie to nigdy nie zastanawiał się jak to jest, kiedy ktoś - tak jak on - wsysa roztaczany przez Ciebie blask. Być może to wyjątkowo przyjemne uczucie i chłopcy łaknęli go właśnie przez to. W każdym razie, jemu to nie przeszkadzało, a wręcz dawało zabezpieczenie przed koszmarami. Samo w sobie nie było niczym szczególnym.
Obudził się jak zawsze w swojej chłodnej pościeli, z czystym umysłem i mało zadowalającym posmakiem w ustach. Odgarnął miękką, granatową kołdrę, usiadł na kraju łóżka i przeciągnął się, cicho pojękując. Zasłony broniły go od porannego blasku słońca, ale mimo wszystko w pokoju panowała osobliwa poświata. Taekwoon nie rozważał, czy to jego pręciki płatają figle czy to rzeczywiste zjawisko, ale wszystko w jego czterech ścianach niepewnie pobłyskiwało złotą aurą. Przetarł klejące się powieki i wziął głęboki, złoty oddech. Słońce znów wstało, przynosząc jemu i reszcie ludzkości nowy dzień. I pomyśleć, że świat opiera swe istnienie na świetle jednej planety.
Taekwoon stanął przed lustrem w swojej własnej łazience, przeczesał zmierzwione, jasne włosy i nałożył pasty na szczoteczkę. Patrząc w swoje odbicie zawsze nachodził go smutny nastrój. Zamiast oczu widział puste, ciemne przestrzenie, zamiast ust czarną dziurę, a całe jego ciało, jakby niewidzialny twór, ledwo dostrzegalny w odbiciu lustra. Tylko wtedy nachodziła go pewnego rodzaju nostalgia, tęsknota za światłem. Czasami zdarzyło się, że z pustki wypływały łzy, zupełnie jakby jego oczy wypluwały z siebie małe, przezroczyste kryształki. Oczywiście one tylko odbijały światło, nie emanowały niczym prócz chwilowej zadumy. Tym razem Leo również przetarł niewidzialne policzki.
- Smutno mi, bo nie świecę. - powiedział na głos, zachrypniętym od snu głosem.
- Smutno mi, bo nie świecę.
Odszedł od lustra, minął obojętnie i zostawił w nieładzie swoje łóżko, i wyszedł z pokoju, nie zamykając drzwi.
Pozostawiając na krótką chwilę bezświstlnego księcia samemu sobie, historia zbacza kurs na lśniącego złotem człowieka. Pogrążony we śnie, zdawał się być swego rodzaju rzeźbą, idealnym pomnikiem człowieka, pięknego w każdym calu. Odpoczywając, jego umysł nadal zużywał imponujące pokłady złotego blasku, tak, że jego pokój cały szlachetnie lśnił królewską aurą. Panowało w nim nie natrętne, przyjemne ciepło. Ten mały, spokojnie wyszywający leniwe sny świat, wkrótce otworzył się potulnie dla smutnego czynnika zewnętrznego.
Taekwoon przekroczył próg pokoju Hongbina drżącym krokiem, cicho zamknął za sobą drzwi. Podchodząc do łóżka, czuł ogromne ilości wchłanianego blasku. Odgarnął pościel, białą w beżowe wzory, usiadł i przekręcając się, położył. Nakrywając się kołdrą, czuł wszechogarniające go ciepło, bijące od śpiącego. Podkulił kolana i zamknął oczy, twarzą zwrócony do oblicza Hongbina. Ten czując niespodziewany powiew chłodu przebudził się, rozklejając niechętnie zaspane powieki.
- Leo...?
- Mh.
- Co się stało? - cichym, nierozbudzonym głosem zagarnął przybysza w ramiona, przylegając całą powierzchnią ciepłego ciała do jego chłodnej egzystencji.
- Smutno mi, bo nie świecę. - mruknął w odpowiedzi, wtulając się w źródło złotego blasku.
Zapanowała cisza. Hongbin bez słowa wplótł pace w kosmyki blond włosów Taekwoona.
- Świecisz.
- Nie, jestem czarną dziurą.
- Supernową.
- Po załamaniu emocjonalnym.
Kasztanowłosy westchnął cicho, mrużąc powieki i wtulając twarz w policzek Taekwoona.
- Dla mnie świecisz. Nie jakoś mocno, ale masz swój delikatny, wyjątkowy blask.
- Nieprawda, ja tylko odbijam to światło.
- Jak my wszyscy. To sprawia, że sami je wytwarzamy. - skwitował właściciel pokoju i poprawił uścisk, w którym zamknął pustkę.
Leo przez chwilę trawił te słowa, po czym powolnym ruchem wsunął dłoń na odsłonięty fragment szyi złotego człowieka, tym samym tworząc niezwykle wzruszający obraz; ciemny, granatowy mężczyzna, ufnie wtulony w drugiego, emanującego ciełpym, godnym zaufania blaskiem. Leo czuł to ciepło, karmił się światłem, posilał obecnością Hongbina. Ściśle wpasowani w swoje objęcia pogrążyli się w podobnym, spokojnym śnie, o ciemności zroszonej złotym blaskiem.

C.D.N.

sobota, 29 marca 2014

Quiet comeback~

Witam po dłuugiej przerwie wszystkich ludzi, którzy zaglądają tu choćby od czasu do czasu.
Przy okazji przepraszam za takie zaniedbanie, dam z siebie wszystko, by się poprawić.
Rzecz w tym, że myślałam już, czy nie zamknąć bloga i dać sobie z tym wszystkim spokój.
Wtedy popatrzyłam ile notatek zdążyłam wypisać pod nieobecność tutaj - nie doszłam do innego wniosku, jak to, że pisanie jest na tle istotną częścią mojego życia, że trzeba pchać to dalej.
Obiecuję więc nowy post już w środę, do tego czasu potrzebuję odpowiedzi na cholernie nurtujące mnie pytanie.
Ekhm.
Pytanie brzmi:
- Czy twórczość wykluczająca k-pop, j-rock, czy w ogóle formę fanfiction jest do przyjęcia?

Często zdarza mi się pisać wiersze pod wpływem chwili, spisywać myśli, brudzić papier sercem zamkniętym w klatce liter. Dlatego pytam, czy rzeczy, które będą po prostu mną... będą przyjęte? ~

piątek, 3 stycznia 2014

-brak tytułu-

Speszyl 4 RinYoo

Czyli wymyślmy coś dziwnego na poczekaniu, bo dongsaeng nie ma głowy do paringów.
Zespół: VIXX; Super Junior
Paring: RaWon (Siwon x Ravi)
Typ: Lemon, OS
Narracja: Trzecioosobowa

- Gdzie to cholerstwo kurwa jest? - wywrzeszczał brunet, zakładając na szerokie ramiona ciemny, granatowy płaszcz.
- No ja go raczej nie brałem, sorki, mam swój.- prychnął w odpowiedzi młodszy, również zbierając się do wyjścia, przy okazji ze stołu porywając niewielkich rozmiarów, pomarańczowy notes z nabaźgranym na okładce napisem "HEECHUL".
- Niech to szlag.. - warknął towarzysz blondyna, przeszukując kolejne sterty dokumentów i gazet.
- Jak nie ma, to wykreślisz później. - jego rozmówca beznamiętnie wzruszył ramionami, wiążąc wysokie, militarne buty.
- Łatwo Ci mówić. - prychnął głośno brunet, przeczesując palcami krótkie włosy.
Po chwili obaj wyszli z niewielkiej plomby w typowo angielskim stylu, bez słowa rozchodząc się w dwóch kierunkach.
Brunet udał się w stronę centrum miasta, skręcając w pierwszą uliczkę w prawo za salonem fryzjerskim, a jego współlokator skierował się do parku.
Chmury przesłaniały listopadowe niebo, podczas gdy dwójka skośnookich mieszkańców tego niewielkiego miasteczka przemykała przezeń niepostrzeżenie.

***

Tego samego, mglistego ranka w zupełnie innej części tego miasta, na czwartym piętrze bloku przy jednej z głównych ulic, obudził się młody chłopak. Przetarł zalepione powieki i przeciągnął się długo.
- Hakyeon... - mruknął nad uchem chłopaka, który spał tuż obok niego.
Srebrnowłosy jęknął niezadowolony i nakrył się kołdrą po sam czubek głowy.
Siedzący obok niego uśmiechnął się szeroko otaczając go ramionami i wtulając głowę w pościel otulającą jego chłopaka.
- Hakyeon wstawaj leniu, kot Ci umrze jak nie wrócisz do domu i go nie nakarmisz. - zaśmiał się chłopak, targając dłonią swe włosy koloru świeżej marchewki.
Ten argument skłonił towarzysza, do rozbudzenia się. Podniósł się ociężale i westchnął podczas przeciągania.
- Wonsik... - warknął, chcąc zapewne sprawić wrażenie poirytowanego, jednak uśmiehnął się tylko i opuścił bezsilnie ramiona. - Chodź tu.
Chudziutkie ręce srebrnowłosego otoczyły chłopaka siedzącego obok, ten wtulił się zadowolony. Za oknem zaczynał kropić deszcz.

- Do wieczora, Hakyeonnie! - rudzielec pomachał za znikającą w słocie postacią w beżowym płaszczu.
- Ya, Wonsik, do wieczora. - rzucił ten przez ramię, unosząc na chwilę dłoń, po czym wpychając ją szybko spowrotem w kieszeń płaszcza.
Stojący w progu chłopak oparł się o framugę z rozmarzonym wyrazem twarzy wpatrując się w osobę skąpaną w deszczu.

Po południu sam wyszedł na miasto, korzystając z chwilowej przerwy w deszczu, który planował najprawdopodobniej przeobrazić się w nocy w potężną ulewę.
Narzucił na siebie skórzaną kurtkę i opuścił blok, porywając jeszcze na wszelki wypadek małą, skłdaną parasolkę.
Przeszedł wzdłuż wschodniej ściany centrum miasta, przy której lokowało się jego miejsce zamieszkania i dalej, wkraczając na ścianę północną. Skierował się do swojej ulubionej piekarni, którą odwiedzał przy każdej nadarzającej się okazji.

- Dzień dobry! - rudzielec wkroczył do wnętrza sklepu, co z resztą obwieścił przyjemny dźwięk dzwoneczka przy drzwiach.
- Dzień dobry, Wonsik! - zadowolony sprzedawca podszedł do lady, racząc swojego klienta ciepłym uśmiechem. - Co podać?

Chłopak wyszedł z piekarni, ściskając w rękach czekoladowy przysmak, prosto z pieca, wciąż parujący.
Po zaczęciu jedzenia, przeszedł w jedną z węższych uliczek, która kierowała do starej siedziby miejscowego banku. Budynek był teraz wystawiony na sprzedaż.
Okolica przyciągała urokiem; przez połacie zawilgłej ziemi ciągnęły się alejki usiane kasztanami i bukami, które tego dnia sprawiały wrażenie jakby wyrastały prosto z mgły.
Chłopak dziarsko brnął przez stosy brązowych, mokrych liści spowijających dróżki przecinające las za starym budynkiem banku. Wypiek, który dzierżył w swych drobnych dłoniach, nie tracił ciepła, a tylko objętość, natomiast  czekolada, wypływająca z pomiędzy ciasta, zdobiła coraz gęściej kąciki ust i brodę rudzielca.

Brunet w granatowym płaszczu, zatrzymał się przed piekarnią. Z uśmiechem wyminął ją, kierując się do starego budynku tutejszego banku.

Wonsik niespiesznie stawiał kroki, kierując się w okolice zakładu fryzjerskiego, spod którego miał tylko kawałek z powrotem do swego bloku.
Skończył konsumowanie przepysznej bułeczki w jednej z wąskich uliczek, doprowadzających do ulic równoległych do ścian centrum.

Brunet szybkim, pewnym krokiem dobył rudego chłopca.
- Wonsik? - zapytał niskim głosem, który zdawał się zagęszczać otaczającą te dwie postaci mgłę.
- Ya, znamy się? - widać było na pierwszy rzut oka, że chłopiec o marchewkowych włosach, był sporo młodszy od swojego rozmówcy.
- Jeszcze nie. Chodź. - brunet złapał dłoń chłopaka, dużo mniejszą od własnej.

Dwie postaci przemierzały coraz mniejsze uliczki, nurkując w głębię miasteczka. Deszcz znów zaczynał padać.
- Może się gdzieś lepiej schować? - rzucił rudzielec, do mężczyzny ciągnącego go za sobą.
- Po co, to tylko deszcz. - w odpowiedzi jego nowy znajomy tylko wzruszył ramionami.
Wonsik nie miał jak jedną ręką rozłożyć parasola, więc mimowolnie pozwalał coraz liczniejszym kropelkom otulać swoją twarz.

***

Przyparty do ściany chłopak, starał się w jakiś bystry sposób wymknąć się napastnikowi, jednak siłą nie dorównywał mu nawet w marzeniach.

Szerokie ramiona otaczały rudzielca, usta bruneta atakowały jego szyję, palce wędrowały pod jego czarną koszulą.

Granatowy płaszcz i skórzana kurtka spokojnie spoczęły na mokrym asfalcie.

Pomarańczowe kosmyki przylegały do twarzy Wonsika, strużki chłodnawej wody wyznaczały trasy na ciepłej skórze chłopca.

Opierał się teraz o mur tylko plecami, brunet uniósł go, wymuszając na Wonsiku to, by oplótł chudymi nóżkami jego biodra. Chłopal chcąc, nie chcąc, musiał wykonywać jego polecenia, zdając sobie sprawę, że w przeciwnym wypadku może zostać potraktowany dużo gorzej.

Mężczyzna oblizywał zachłannie prawie każdą kroplę, która przyzdabiała nagie obojczyki rudzielca. Przyciskał go do ściany, napierając równocześnie na wrażliwe podbrzusze chłopaka, przez co ten wydawał z siebie przeróżne westchnienia.

- Krzycz... - wysapał do ucha chłopca o marchewkowych włosach, opartego łokciami o obdartą ścianę, z dłońmi przyduszonymi do otwartych ust.
Wkrótce też, rozległy się głośne okrzyki chłopaka, zgodnie z rozkazem jego napastnika.

- Hakyeon!! - wrzasnął w końcu rudzielec, wijąc się na wszystkie strony, czując kumulujące się w jego wnętrzu podniecenie.
- Nie, jak już się drzesz, to "Siwon". - mężczyzna poruszał się w nim lubieżnie, w coraz zawrotniejszym tempie.
- S-Siwon... - wydusił z siebie chłopak, racząc spragnionego gwałciciela głośnym jęknięciem.

Pot mężczyzny mieszał się z chłodnym deszczem, który rozpadał się na dobre. Ciężkie oddechy dwóch osób, w nie uczęszczanej przez nikogo uliczce, milkły w szumie spadających kropel.

Dwa parujące ciała przylegające do siebie ściśle. Jedno w drugim. Brutalne, zrywne ruchy mężczyzny. Szarpiący się pod nim, rudy chłopiec, stopniowo wydający z siebie coraz to bliższe ekstazy dźwięki.

Motyle w brzuchu, długo wyczekiwany moment, jeszcze nieco przezroczysta, biaława, lepka ciecz,  znacząca partiami mur. Rzęsisty deszcz, który w mgnieniu oka spłukuje ją ze ściany.

- Połknij.
Rudzielec trzymany z tyłu głowy za włosy, wykonał polecenie bez wyraźnych sprzeciwów.
Brunet puścił go, by zaraz znów podnieść i rozkazać.
Seria mokrych pocałunków otulających szyję mężczyzny.

Język głęboko w buzi rudzielca, palce pieszczące jego twarde z zimna sutki, dwa oddechy, łączące się w jeden.

Mgła, która spowiła mokrą od deszczu ziemię.

***

Brunet otworzył drzwi mieszkania, w którym już przebywał właściciel notatnika podpisanego imieniem Heechul.
- Znalazłem. - rzucił zadowolony blond włosy współlokator, machając przed sobą błękitnym notatnikiem, na którym wielkimi literami zapisane było "SIWON".
- Mała szmato, miałeś go cały czas. - warknął brunet z mściwym uśmiechem na ciągle rozpalonych ustach.
- Wcale nie, był w łazience pod stertą brudnych ciuchów. - Heechul wywrócił oczami, podając nowo przybyłemu jego własność.

"Wonsik..." - myślał Siwon, wykreślając jedno z wielu imion na swej liście. - "Wykreślony."

Heechul otworzył własny notatnik, oglądając listę. Wziął w dłoń czarny długopis.

"Hakyeon..." - pomyślał w duchu. - "Wykreślony."

THE END
Sai

poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Bestia" rozdz. 3

Ul. Strzelna 18.

 Czyli co spowodowało, że Zelo nie pojawił się następnego dnia w szkole.

 Zespół: B.A.P.
Paringi: -brak-
Typ: Backstory, Gen
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Junhong) 



"Umarł" kołatało mi się w głowie na zmianę z... "Ktoś go zamordował".


Czemu tak strasznie się bałem? Bo co dzień chodzę do tej szkoły, wracam późno... A gdyby zamiast profesora, to był Youngjae? Albo ja?

Youngjae...
Jak ja go dziś okropnie traktowałem.
Tak nie postępują przyjaciele, ani trochę.

Zarzuciłem torbę na ramię i puściłem się pędem w kierunku wyjścia ze szkoły. Po drodze jednak, ktoś złapał mnie za koszulę, tak, że o mało nie straciłem zupełnie równowagi.

To ten nowy historyk.
- W statusie szkoły mówią coś chyba, o zakazie biegania po korytarzach? - mruknął, a ja wraz z jego oddechem, poczułem zapach dymu papierosowego. Nie taki zły, jak mama mówiła.
- Chyba mówią, psorze, ale śpieszę się przeprosić przyjaciela. - wystękałem rozpaczliwie, modląc się w głębi, żeby Young jeszcze nie wyszedł.
Nowy zasępił się.
- Dobrego przyjaciela? - spytał, mierząc mnie podejrzliwym wzrokiem.
Skinąłem tylko szybko głową, nie dając mu odetchnąć od wyczekującego spojrzenia...
- Biegnij, byle szybko. Ale jak już przeprosisz, masz się do mnie zgłosić, jasne? - z surowym wyrazem twarzy wypuścił skrawek mojej koszuli.
- Się rozumie! - wrzasnąłem, ułamek sekundy później, kontynuując swój sprint.
Mógłbym przysiądz, że się za mną gapił. No ale teraz to nie ważne.

- Youngjae!! - wrzasnąłem z całej siły.

Nie obrócił się.
Ponowiłem krzyk i tym razem poskutkowało.
Gdy tylko dobiegłem do mojego kochanego przyjaciela, jakoś tak... łzy same wcisnęły mi się do oczu. Nie mogłem na jego widok powstrzymać emocji, które aż wydzierały się ze mnie przy choćby oddechu.
- Young... - nie dokończyłem, kiedy dzieliły nas już może dwa kroki. Po prostu rzuciłem się na niego, wtuliłem jak syn w tatę, kiedy bardzo się boi.
- Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.- wyrecytowałem na jednym wydechu, starając się wytłumaczyć wszystkie moje uczucia. Oczywiście było to niewykonalne, ale zawsze warto próbować, czemu nie...
- Nie szkodzi.
Te słowa dotarły do mnie jakby wcześniej niż ich sens. "Nie szkodzi"? Tak po prostu "wybaczam"? Mimo, że traktowałem go gorzej niż śmieć, serio?

Oh Youngjae... nie mogłem sobie wymarzyć lepszego przyjaciela. Potrzebowałem go przytulić. A po jego policzkach właśnie w tym momencie potoczyły się łzy.

Czemu płaczesz, przyjacielu?
C-co... co się stało?
On... on jest taki wrażliwy.

Sięgnąłem dłonią jego okrągłej buzi i przetarłem małe kropelki, które się po niej sączyły. Przykro mi było, gdy musiałem patrzeć na płacz kogoś bliskiego. Kogoś jak Youngjae. Mojego najlepszego przyjaciela.

- Muszę lecieć, przepraszam, ale wezwał mnie ten nowy z historii. Do zobaczenia jutro, Young! - krzyknąłem machając mu, a on uśmiechnął się, odmachał mi i wyszedł.
Kamień spadł mi z serca.


Podchodząc do drzwi gabinetu tego nowego, muszę przyznać, trochę się bałem. Nie żeby mógł mi coś zrobić, ale... miał w sobie coś niepokojącego.

Na szczęście nie przypominał seryjnego mordercy.
Ledwo nacisnąwszy klamkę, z głębi pokoju rozległ się jego głos.
- Śmiało. - ponaglił mnie, a ja już bez namysłu popchnąłem drzwi i przekroczyłem próg gabinetu historyka. Nieco zdziwił mnie widok w środku, zatrzymałem się i nieskładnie burknąłem "dzień dobry".
Blond facet, nasz nowy nauczyciel, siedział na biurku z rękoma opartymi o kolana, w bluzie i narzuconym niestarannie na głowę kapturze. Profesor Kyunghae na pewno nie przyjmował tak uczniów, chociaż tego nie wiem. Nigdy nie byłem wzywany osobiście do niczyjego gabinetu.
Nowy widząc mnie uśmiechnął się.
- Siadaj, gdzie chcesz. - mruknął, ale ten pomruk brzmiał bardziej jak warczenie. Mimo wszystko permanentnie się uśmiechał i chyba tylko dlatego ciągle byłem spokojny.
Zająłem miejsce na małe sofie po jego lewej i złączyłem kolana. Zawsze to robię, kiedy jetem trochę poddenerwowany.
Milczeliśmy.
Ja nie miałem odwagi się odezwać, on wyglądał jakby nad czymś się grubo zastanawiał.
Wizualnie był... niezły. Żeby nie powiedzieć, że był po prostu przystojny. Blond grzywka spływała wzdłuż jego skroni i kończyła się gdzieś przy linii szczęki. Obserwowałem go sobie tak bezkarnie, aż w końcu chrząknął znacząco, tak, że ja niemal podskoczyłem. Zapiekły mnie policzki. "Widział...?" przemknęło mi przez myśl.
- Nad tym będziesz jeszcze musiał popracować. - profesor sapnął zerwanym śmiechem i zsunął się z biurka, stając nade mną.
- Mianowicie? - burknąłem sam nie mając pojęcia o czym ten człowiek mówi.
- Mianowicie, nad sztuką niedostrzegalnej obserwacji. - pochylił się niżej i.. ku memu wielkiemu zaskoczeniu po prostu, bez jakichkolwiek ograniczeń pstryknął mnie w nos. Jak kolega.
Z wyrazem twarzy niedorozwiniętej fretki odprowadziłem go wzrokiem, gdy przeszedł w kierunku niewielkiej gablotki, ulokowanej poniżej wentylatora. Wlepił w niego wzrok, ale  tylko tak, jakby chciał po prostu bezcelowo się w coś pogapić. Zwłaszcza, że w gablotce były tylko stare słowniki i encyklopedie historyczne Kyunghae.
A ten facet przede mną, na pewno nie był historykiem.
- Co wiesz o Wojnach Napoleońskich? - zaatakował mnie w końcu, odwracając się z impetem.
Zamarłem. Mimo wiedzy, jaka wypełniała moją głowę, nie byłem w stanie nic powiedzieć.
- Yym... no too... - bełkotałem, ale nic istotnego nie wyszło z moich ust.
- Mhm, panowanie nad stresem też u Ciebie leży. - wydawało mi się, że lepiej byłoby, żebym zapadł się w tą sofę po czubek głowy.
O co mu chodziło? Kim ten facet był? I dlaczego mówił do mnie tak, jakbym był jego... no nie wiem, młodszym bratem?
- Kim pan jest? - mruknąłem w końcu, ale zaskoczyło mnie jak bardzo nie potrafiłem przy nim zapanować nad głosem.
Nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko.
- Jutro, w ramach kary za brak wiedzy historycznej... - tutaj nachylił się nad moim uchem i wyszeptał szczegółowe polecenie.
Bardzo dziwne polecenie. Zupełnie nie mogłem zrozumieć po co.
- Zrozumiałeś? - jego wzrok przeszył mnie na prawdę przenikliwie, a głos wydawał mi się nawet zbyt poważny jak do sytuacji.
- No tak, ale... mogę wiedzieć, cze...? - nie zdążyłem skończyć, uniemożliwił mi to, układając palec wskazujący na w pół otwartych ustach. Posłałem mu najbardziej pytający wzrok na jaki było mnie stać.
- Nie, nie możesz. Ale dowiesz się. Przyjdzie na to czas. - tęczówki tego blondyna błyszczały dziko. Na prawdę niezwykle. Tak, że nie mogłem skupić się na żadnym innym czynniku.
- N-no dobrze... - poddałem się.
Był zadowolony.
Widać to było w sposobie w jaki na mnie patrzył.
Było w nim coś, co wykraczało ponad zasady. Sam mężczyzna wydawał się schludny i porządny, ale jeśli spojrzeć w jego iskrzące się ślepia, traci się poczucie bezpieczeństwa. Magnetyzm działa na prawdę mocno, ale równocześnie zasiewa w sercu niepokój. Jeden z tych, gdy zbliża się burza z piorunami. Tak właśnie się czułem, kiedy wlepiał we mnie wzrok. Jakby niebo w moim umyśle zaczynały powoli, ale nieuchronnie zalewać ciemne, purpurowe chmury.
- Ale to będzie znaczyło... - wyrwałem się jeszcze, pragnąc jakichkolwiek wytłumaczeń. - Że nie przyjdzie pan do szkoły?
- Mhm, wolno mi. - roześmiał się. Jak on się niespotykanie śmiał.
- Ale jak to? - jego zachowanie nie dawało mi spokoju.
To jasne, że z historią ten człowiek nie miał nic wspólnego, ale w takim razie kim był? Dlaczego mnie akurat wybrał? Przecież ja... ja się zupełnie nie wyróżniam spośród tłumu. Poza wzrostem. Bo od tego blondyna byłem wyższy. Jednak mimo zdawania sobie sprawy z tego faktu, nie potrafiłem wyciągnąć z tego ani krzty pewności siebie. Pławił wszelkie zalążki rodzącej się we mnie dociekliwości, tylko jednym spojrzeniem.
No dobrze, był po prostu niezwykły.
Zupełnie niespotykany człowiek.
-  A tak to... mnie wolno wszystko. - najwyraźniej bardzo rozbawiony własnym stwierdzeniem roześmiał się zrywnie i nierytmicznie, po czym wygonił mnie gestem dłoni. - No ale teraz już spadaj mały, no, sio! Chcę mieć chwilę dla siebie.

Nie odpowiedziałem.


Jedyne, co byłem w stanie zrobić to wstać i grzecznie wykonać jego polecenie. Nie byłem pewien czy to co się dzieje, jest prawdziwe. A może to jeden z tych realistycznych snów, gdzie jesteś w stanie półświadomości?


Zatrzymałem się w drzwiach. Nie mogłem wyjść.

Po prostu, złapałem coś na kształt blokady.

You shall not pass.


Odwrócił się w moją stronę, wyłapałem to po charakterystycznym świśnięciu powietrza.

Jedyny odgłos, jaki rozlegał się przez moment w pokoju, to jego oddech. Własnego w ogól nie słyszałem, w sumie, to nawet nie byłem pewien czy oddycham. Jego ciche sapanie, w końcu zatrzymało się. Nabrał powietrza i ze świstem skierował do mnie kilka słów:
- A więc nie możesz wytrzymać? - zjechał głosem w dół, wcale nie intonując pytania, a jednak czułem, że wymaga odpowiedzi.
- Mhm. - pokiwałem głową. - Nie wiem nawet, kogo będę miał jutro szukać. Nawet nie mam informacji, o kogo pytać w razie czegoś tam... - tak na prawdę to jedynie ciekawość, zżerała mnie od środka.
Wcale nie przywiązywałem wagi do tego jak poradzę sobie z jego osobliwym poleceniem. Chciałem po prostu wiedzieć jak ma na imię. I "dowiesz się wszystkiego w swoim czasie" zaczynało mnie lekko irytować.
- Cała ta sytuacja jest typowa wyłącznie dla mnie, więc po pierwszych słowach jakie im powiesz, skierują Cię do mnie. Nie masz się czego obawiać. - odparł bezuczuciowo, nawet nie spoglądając w moją stronę.

Chwila.

Jeśli zachowuje się jak mój kolega i tak mnie też traktuje, to nie widzę powodu, dla którego ja nie mógłbym zachowywać się tak samo.
Podszedłem do niego najpewniej jak potrafiłem, lekko chwyciłem go za materiał bluzy i przyciągnąłem do siebie. Wzrostem górowałem, niewiele ale jednak znacząco. Na tyle, by każdy normalny czuł się wyższy. A ja dalej nie potrafiłem spojrzeć na niego z góry.
- Kim Ty jesteś? - spytałem i choć miałem zamiar zabrzmieć stanowczo, wyszła z tego jakaś żałośnie rozpaczliwa prośba.

Blondyn patrzył.

Nic więcej.
No i to mu wystarczało.
To pewne siebie, zaciekłe spojrzenie zwalało z nóg. Im dłużej przebywałem z nim w jednym pokoju, tym dziwniejsze emocje we mnie wywoływał.
- Bardzo chcesz wiedzieć? - rozległo się w końcu, a wibracje jego głosu napełniły pokój, jak ciepła smoła, beznadziejną zieloną beczkę.
Wydawało się, jakby sposób w jaki go trzymałem go zadowalał. Sprawiał wrażenie dumnego.
- Jeśli powiem "siadaj", co zrobisz? - rzucił głośno, tak, że pewnie w pokoju obok słyszeli go wyraźnie.

Nie odpowiedziałem.

Nie mogłem odpowiedzieć.
I ja, i on wiedzieliśmy jaka jest odpowiedź.

- Co zrobisz? - naciskał.

- Usiądę. - sam byłem zaskoczony tonem swojego głosu. Brzmiałem... groźnie?
- Powinieneś mi przyjebać. - puściłem go i pytając o milion rzeczy naraz swym spojrzeniem, odsunąłem się o krok.
- C-co...?
- Nigdy... nie. NIGDY..! - wrzasnął, a mnie ponownie zapiekły policzki. - nie dawaj sobie rozkazywać. Kiedy się tego nauczysz, będziemy rozmawiać.
Jego wzrok osiadł na mnie, ale tym razem poczułem w nim jakąś pogardę.
- A teraz zejdź mi z oczu. - machnął bez zainteresowania. - Nie chcę Cię już widzieć...
Zamurowało mnie. Poczułem się źle. Jak ktoś zupełnie bezsensowny. Jak...
- Śmieć. - mruknął blondyn, rzucając mi krótkie spojrzenie.

Wzdrygnąłem się.

Bo chociaż tego nie powiedział, wiedziałem to doskonale.
Moje życie nieodwracalnie się zmienia.
I to zupełnie bez mojej woli.


To nie była rzeczywistość, w której żyłem. Wszystko to co zobaczyłem, usłyszałem i poczułem w tym pokoju, nie należało do mojego świata. To było mi tak bardzo obce...
A już jutro moje zadanie od historyka, miało to zmienić.
Najbardziej męczyło mnie jednak tylko to jedno pytanie.
"Ciekawe kim on tak na prawdę jest...?"


Biedy Kyunghae.

Wróciłem do domy późno. Za późno. Od progu zaatakowało mnie gniewne spojrzenie ojca.
- Gdzie byłeś tak długo?
- Zatrzymał mnie.. - nie byłem pewien, czy powinienem mu mówić cokolwiek. - Profesor od chemii.
- Od chemii? - mina ojca wyrażała dokładnie to jak bardzo był tym zaskoczony.
- Noo... chciał, żebym pomógł Youngowi w ostatnich tematach. Zupełnie sobie nie radzi. - skrzywiłem się z politowaniem i wyminąłem skołowanego rodziciela, pędząc po schodach do swojego pokoju.
Znalazłszy się już w moim małym azylu, zatrzasnąłem drzwi i odetchnąłem ciężko. Nigdy nie kłamałem ojcu prosto w oczy. Zupełnie nie wiedziałem co się ze mną działo.
Rozłożyłem na biurku pierwszą-lepszą książkę porwaną z plecaka, a sam otworzyłem laptop, siadając z nim na kolanach na podłodze.
- Liceum... nr. 6... - mruczałem, szukając strony oficjalnej naszej szkoły. Może tam będzie cokolwiek na temat tego nowego...
Gówno. Jak wszystko na tej stronie.
Oczywiście nikomu nie chciało się zaktualizować danych, przez co w spisie nauczycieli rubryczka "historia" nadal świeciła nazwiskiem zamordowanego Kyunghae.
- Niech to szlag! - uderzyłem pięścią w podłogę, a na schodach dało się słyszeć ciche tupanie.
"Szlaaag!" powtórzyłem w myślach podrywając się momentalnie z podłogi, zamykając laptop i niedbale rzucając go na łóżko. Sekundę później siedziałem już przy biurko i "czytając" losowy podręcznik. Drzwi do pokoju skrzypiąc, otworzyły się.
- Junhong... coś się stało?
- Nie n-niee nie. Nic tato. - machnąłem ręką, nawet nie odwracając wzroku od książki.
- Jeśli tak, to ucz się dalej, dziecko. - mruknął przyjaznym głosem i opuścił pokój.

Opadłem na podręcznik i głośno wypuściłem z siebie powietrze. Serce waliło mi jak szalone, wszystkie żyły wybijały zwariowane tętno. 


Jutro.


Jutro wszystko będzie inne.


Wyciągnąłem z szuflady kartkę z notatnika i długopis, i zapisałem na niej adres podany mi przez historyka, tak na wszelki wypadek, gdybym zapomniał.


"Ul. Strzelna 18"


Nie wiedziałem kogo tam znajdę, ale tylko jak bardzo wszystko się wtedy zmieni.

Ale nie miałem wyjścia.
Poza tym... nie bałem się.
Czułem tylko dziwny rodzaj czegoś na kształt stresu. Jak trema przed występem

Gdy w nocy leżałem w łóżku, nie mogłem nawet zmrużyć oka. Cały czas miałem w głowie wizję tamtej rozmowy z nowym. 


"- Co zrobisz?

- Usiądę.
- A powinieneś..."
Rozpraszałem te urywki wspomnień i starałem się zasnąć. Zaraz jednak wracały, uparcie jak ćmy do światła.
W końcu odpłynąłem, nawet nie pamiętam, w którym momencie. Po prostu nagle obudził mnie alarm z komórki i głos matki, wołającej mnie na śniadanie.

- Ja pierdole... - podniosłem się do siadu i przeczesałem włosy.


To już za chwilę.



T.B.C.
Sai

No proszę was serdecznie, teraz tylko zasada COK* i jazda do przodu ~! ^-^


_______________________________
*COK - Czytam Oceniam Komentuję












\

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Droubble series pt. 2

Po drugie: Ucz się (całe życie)
Czyli chemia jest wśród nas. Pomysł żywcem zaczerpnięty z życia szkolnego, zapraszam.
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Fluff, Droubble
Narracja: Trzecioosobowa

- Wiesz co!? Wiesz co!? Wiesz co!? - Minzy z zacieszonym ryjkiem doskoczyła do łóżka swej kochanki o 7:00 rano, wskakując na nią i siadając na jej biodrach okrakiem.
- Czy Ty nie masz dla mnie ani trochę litości... - wysyczała półprzytomna raperka, rozklejając powieki.
- Ale wymyśliłam coś fajnego...
- No co takiego...?
- Wiesz, że CL to chlor, prawda?
- Nie, jestem blondynką do sześcianu, wiesz?
- No dobra dobra... no i wiesz, jak nazywają się związki innych pierwiastków z chlorem?
- Chlorki?
- Brawo, jednak myślisz nad ranem! - Minzy nie tracąc zapału zaklaskała w ręce. - To teraz popatrz na moje imię. Można je skrócić do Mn, co nie?
- Mm...
- Mn to symbol manganu.
- Nnnggg....
- CL czy Ty śpisz...?
- Nie niee...
- Wiesz do czego zmierzam?
- Właśnie... - wymruczała raperka - Ani trochę....
Minji z zawiedzioną miną westchnęła znacząco w kierunku liderki. W końcu darując sobie rozbudowaną grę w zgadywanki, położyła się na ukochanej, głowę układając wygodnie na jej piersiach.
- Jesteśmy chlorkiem manganu... - rzuciła tylko, mrużąc powieki.
Szybko jednak uśmiech wpłynął na jej usta, gdy wyczuła smukłą dłoń sunącą wzdłuż jej kręgosłupa.
- Mhm... ale to zdecydowanie związek mało reaktywny... - sprostowała blondynka, oplatając Minzy głębiej.
Chcąc udowodnić, że przecież wcale tak nie jest, fioletowowłosa własnoręcznie przymusiła rozespaną liderkę do zwiększenia swej porannej aktywności
T.B.C
Sai
Ja bym może dodała wreszcie coś poważnego, a nie się bawię w formy krótkie -_-" ehh... no ale enjoy. ~

poniedziałek, 9 grudnia 2013

"Boży pożar" OS. ~

"Niechaj prawa Twa ręka nie wie, co czyni lewa"

Czyli Sai nieogarnia, wypluwa swoją złość i obrzydzenie wszystkim dookoła, przy okazji wyrażając swój chołd dla Taekwona.
Zespół: VIXX
Paring: LeoBin
Typ: One Shot, Gore
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Hongbina)

Takich rzeczy gazety nie opisują.
Żadna stacja telewizyjna tego nie relacjonuje.
Takie rzeczy są zakazane.
Boją się tego służby porządkowe.
Uciekają przed tym dzieci.
To chore.

Straż pożarna wyła żałośnie, zajeżdżając pod topiący się w płomieniach budynek. Kilku mężczyzn wysiadło z wozu i puściło się pędem w kierunku wejścia, reszta rozkładała wąż hydrauliczny. Ale są gorsze rzeczy niż pożar.
Wkrótce zjechały się media i kamery, sierowane na jedyne okno, nie zalane jeszcze falą ognia. Tam stałem.

Skok?

To nic trudnego.
Ale wtedy bym uciekł. A to już poważny problem.

Ogniste języki, zaczynały już łechtać niemoralnie moje plecy, nogi. Włosy zapewne pozwijały się od gorąca. Dym przedzierał się przez moją tchawicę i napełniał płuca zupełnie wbrew woli, jak brutalny kochanek szuka wyłącznie spełnienia.

Ciepły, zimny, ciepły... zimny, zimny... zimny.

Głowa sygnalizowała, że ma zamiar wybuchnąć. Ręce pokryły się sadzą, spodnie nieprzyjemnie tliły.

Odwróciłem się.

Jego oczy błyszczały wśrod dymu, pożółkłe zęby stroiły się w niewinną krew. Prześliczne, duże oczy... i ten miły uśmiech.

Ktoś wrzeszczał. Infantylne słowa  rzucane na wiatr pobrzmiewały głosami  rozpaczy i strachu.
To co dzieje się w pokoju, to rzeźnia. On patrzy tymi pięknymi ślepiami. A w tym samym momencie wciska dłoń pomiędzy jelita, już po raz któryś z kolei.

- Zabiłeś mi dom.
Sam już nie kontroluję swojego spalonego głosu.

On nadal z uśmiechem wyciąga ze swego brzucha, fragmenty zmiażdżonych żeber.

- Teraz mnie też zabijesz.
Ciała współlokatorów bezradnie rozrzucone wokół niego, zalewały podłogę szkarłatną taflą.

- I Ty też zginiesz.

Wstał.
Wnętrzności wypłynęły z rozprutego brzucha, zawisły bezwładnie w powietrzu. Zastanawiałem się jakim cudem on jeszcze chodzi.
Jego nadpalona skóra czerniała z sekundy na sekundę. Zbliżał się powoli, ostrożnie stawiając kroki. Osmolona podłoga trzeszczała niebezpiecznie, krew sączyła się po jego nagich, przypalonych udach. Gdy znalazł się tuż przy oknie, zszedłem z parapetu.
Wrzaski ludzi z frontu, gdy zniknąłem z ich pola widzenia, wyrażał niejednoznaczną radość i niepokój. Strażacy tupali głośno, błądząc w zwęglonych szczątkach przeszłości.

Przylgnął do mnie całym sobą, jego śliskie wnętrzności lepko ocierały się o mój brzuch.
Zakrwawionymi wargami delikatnie jak promienie wiosennego słońca mnie pocałował. Wokół dym mieszał się z odorem płonących wnętrzności i gorącej krwi.
Oplotłem jego szyję, delikatnie gładząc  kruche, rozpadające się włosy, zwęglone ramiona, oplecione strużkami parującej, karmazynowej cieczy.

Płakał.
A w sumie, to nie, jego oczy same wypuszczały z siebie potoki znikających po ułamku sekundy łez. Nie było sensu  ich zcałowywać.
Powiodłem wierzchem palców po jego osmolonych żebrach, wątrobie, nerkach. Wsunąłem pomiędzy nie opuszki, już po chwili całą dłoń, aż po nadgarstek.
- Umrzesz.

Uniosłem wzrok spowrotem na jego twarz. Uśmiech jak skurcz go nie opuszczał, jednak oczy ukazywały już wyłącznie białka. Źrenice wraz z tęczówkami zniknęły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki, a płomienie już po chwili pożarły go w całości, rozjątrzając rany na moich przedramionach. Osunął się na podłogę, w połowie spalony. Zmieszał się z resztą, proch z jego ciała utopił się w krwi ofiar. Sięgnąłem jego głowy i powoli rozdrapałem zwęgloną skórę, połamałem czaszkę odłamkiem szkła z rozbitego okna, w którym wcześniej stałem.
Ostrożnie wsunąłem dłonie przez wyrwę, wyjąłem ociekający krwią mózg.

Po chwili strażacy, reporterzy oraz gapie, mogli znów zobaczyć mnie w oknie.
Uniosłem narząd nad głowę, rozdrobniłem go i pozwoliłem mu opaść na ziemię oraz przerażony, panikujący motłoch.

- Bierzcie... i jedzcie. Oto jest ciało waszego boga. ~

THE END
Sai

Jest rozkmina .-. Twory przedsenne. Do zobaczenia i komentujcie tą pulsującą kontrowersję. .-.

środa, 4 grudnia 2013

Dadadaam ~!

Po pierwsze: Nie zdradzaj.

Czyli pierwsze yuri na tym blogu oooo! Specjalnie dla Wujka Filipka.~
Zespół: 2ne1
Paring: ChaeZy
Typ: Droubble, Fluff/Komedia
Narracja: Trzecioosobowa

- Miin... - raperka wymruczała nad uchem dziewczyny, obejmując ją w pasie i wtulając się w jej plecy.
- Hm? Na co znów wpadłaś? - odparła ta, nawet nie odrywając wzroku od telefonu.
- Na nic, aaa... Z kim tak piszesz...?
- Uhmm... Z nikim ważnym.
- Z menago? - liderka wydała z siebie krótki brecht.
Młodsza posłała jej wymowne spojżenie, wywróciłam oczami z miną "Siwonie, ratuj" i powróciła do stukania w ekran telefonu.
Po chwilk milczenia znów rozległ się dźwięk głosu CL.
- Mizny, zdradzasz mnie?
- ...
- Min, pytam serio!
- Jasne, z trzema naraz...
- WIEDZIAŁAM! - zakrzyknęła blondynka, jednym szybkim ruchem wgryzając się w ucho młodszej.
- KURWA CL! Jesteś nienormalna! - wrzasnęła zaatakowana, w momencie odpychając dziewczynę od siebie.
- Nauczysz się, może czegoś...
- O Jezu, przecież żartowałam... nigdy Cię nie zdradziłam, nawet z Amber. - Minzy wróciła do wcześniejszego miejsca, w którym siedziała.
- Na pewno?
- Tak, na pewno...
- Tak na 100%?
- Nawet na 200%.
- Aha! Ale na 1000 to już niee? - warknęła starsza.
- Boże, CL... na 1000 i więcej, nigdy przenigdy nie widziałam innej nagiej kobiety. - Minzy teatralnie przyłożyła dłoń do serca, w geście przysięgi.
- ... Wiesz... - blondynka pokręciła pobłażliwie głową.
- No co znowu?!
- Nie sądziłam, że wolisz ze zgaszonym światłem...
- CE-ELL!!!

Od tej pory Minzy gasiła światło, dopóki liderka jej nie przeprosiła.

T.B.C.
Sai

Będzie mini seria tego typu opowiadań z tym dokładnie OTP, wszystkie droubble (po 200 słów), żałosne i mało ambitne. Enjoy! ^-^