środa, 27 listopada 2013

"Bestia" rozdz. 2

Najpierw przestrzel mu nogę...

Czyli trochę inna wersja tej samej historii.
Zespół: B.A.P.
Paring: BangHim
Typ: sama nie wiem jak to nazwać.. niedorżnięty Smut? To chyba Lime ~

Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Himchana)


Deszcz siekł brutalnie, tego krwawego poranka.

Nie.
Ten dzień dopiero miał stać się krwawy.

Wszystko było zaplanowane, prawda? To takie oczywiste. Nagła śmierć Bogu ducha winnego nauczyciela historii, od razu kandydat na wakat. To takie podejrzane, prawda?
Głupota ludzi, którzy przyjęli nowego nauczyciela bez chwili zastanowienia, jest bezcenna.
Ten dzień spłynie krwią niewinnego.
I nikogo to nic nie obchodzi.
Mnie tym bardziej.
Śmiać mi się chce, gdy pomyślę, że z mojej inicjatywy zginie kolejny życiowy nieudacznik.
Ale nie ja pobrudzę sobie ręce.
Jestem tylko złem, które zatruje rzeczywistość na krótką chwilę.
Mam jak najbardziej szlachetne pobudki. Robię wszystko dla przyjaciela, to przecież prawe i dobre.
A poza tym, jeszcze żeby to co robię, poruszyło mnie choćby na krótką chwilę.
Nie, nie to nie dla mnie.
Tak wygląda moja rzeczywistość, to ja jestem tym, który się podszywa i knuje, szpieg i kunktator. Tak jest od zawsze, pasuje mi to.

On jest moim przyjacielem od kiedy pamiętam. Zrobiłbym dla niego wszystko. Tak jak on dla mnie.
Na co dzień żyjemy w dwóch osobnych światach. Ja pokazuję w świetle fałsz. On jest w cieniu.
Przeciętny człowiek nie jest w stanie go dostrzec; przemyka tam, gdzie inni nie zaglądają, tam gdzie się nie mieszczą, nie sięgają. Szybciej, wyżej, bardziej.
Ponad motłoch.
Czasem nie można wyłapać jego obecności. A dodatkowo, nigdy nie jest sam.
Grupa, którą dowodzi ma jeszcze pięciu członków - ludzie wiedzący o ich istnieniu nazywają ich B-BAP.
Brutal Boys with Agressive Passion.
To ich oddaje, muszę przyznać.
Sześć pająków przemierzających czarne uliczki, kanały, podziemia. Sześć węży -  śliskich, trujących, wyzutych z poczucia winy. Sześć sów, polujących w nocy.
Na szczury.

Są bystrzy, zwinni i nie mają żadnych problemów z wykonywaniem moich planów. A moje plany są zawiłe i brutalne. I jak dotąd, nikt lepiej nie wcielał ich w życie, niż B-Bapy. Mogę śmiało nazwać ich przyjaciółmi, nie każdego z osobna, ale razem tworzą jeden organizm, na którym mogę polegać z zamkniętymi oczami. A  najbardziej właśnie na nim - na ich przywódcy, bestii.
Przyjaźń to w ogóle ciekawa sprawa. A zwłaszcza czarna przyjaźń - między potencjalnymi "przestępcami". Jest zawsze na jasnych zasadach, ufna jak żadna inna, potężna i mściwa. Oko za oko.
Nie jestem w stanie, wyobrazić sobie jego furii, gdyby ktokolwiek mnie tknął. Dokładnie na takiej samej zasadzie, nie wiem jak potępieńcza wizja zgładzenia ścierwa, które skrzywdziłoby go, zrodziłaby się w mojej głowie.
Jest kimś, komu mogę wierzyć. Tego jestem pewien. Gdyby mnie zawiódł, najpewniej nie przetrzymałbym takiego ciosu.
Ale to po prostu niemożliwe.
Jesteśmy jak bracia i kochankowie naraz.

Tego dnia, deszcz siekł brutalnie. Wieczorem powietrze ściął mróz i przestało padać.
Wszystko było dopracowane do perfekcji.
Siedziałem na dachu, z lornetką. Nogi zwisały mi w dół, machałem nimi jak pięciolatek czekający na cukierki. Moje "cukierki" były jednak mniej niewinne, niż oczekiwania dziecka.

~ (<-- retrospekcja)
- Wszystko jasne? - blondyn rzucił, kończąc objaśniać plan swemu wspólnikowi.
- Tak, to mało skomplikowany plan jak na Ciebie. - prychnęła bestia, z płonącymi oczami naciągając mięśnie rąk. - Jedyne, czego nie rozumiem, to cel tych działań. - zaśmiał się, a niski głos rozniósł się po całym pomieszczeniu.
- Nie musisz wszystkiego wiedzieć, po prostu mi zaufaj. - uśmiechnął się rozmówca.
- Tylko na tym, jak dotąd, dobrze wychodzę. - podskoczył kilka razy w miejscu z szerokim uśmiechem.
~

Czekałem cierpliwie, obserwując jak powietrze, które wypuszczam ustami, na mrozie staje się chmurką ciepłej pary. W końcu otaczającą mnie ciszę, rozerwały stłumione wrzaski.
"Idzie." pomyślałem i spojrzałem w dół przez lornetkę.

~
- Weź ich ze sobą. - naciskał blondyn, gdy jego wspólnik stanął już w otwartych drzwiach.
- Na jednego średnio-przeciętnego frajera? Sam dam doskonale radę... - prychnęła bestia, nie mogąc doczekać się łowów.
- A jak policja się zleci? - za argumentował twórca planu.
- I tak wygram, jak zawsze. - kły błysnęły, po czym myśliwy wybiegł za drzwi, przeskoczył za siatkę odgradzającą ich azyl od świata. Za nim spadło na ziemię kilka kropel krwi; zdarł ręce o drut kolczasty. Blondyn uśmiechnął się szeroko, jak zawsze na obraz tak wielkiej siły.
~

W końcu się pojawił - on nie biegł, on leciał. Przeskakiwał z budynku na budynek, jak assasin. Bawił się z tym frajerem, gdyby chciał dawno by go dopadł.
Uwielbiałem patrzeć, jak pracuje każdy jego mięsień, jak trywialne wydają się być w jego wykonaniu skoki, salta i biegi długodystansowe. Nie zazdrościłem mu tego w żaden sposób, on był prawie jak moje ręce i nogi. Wykonywał to, czego ja nie potrafiłem. Może czułem wobec niego coś na kształt podziwu. I satysfakcji, że zawsze stoi za mną murem ktoś tak niezwykły.
Istna bestia, to fakt. Król wśród miejskich pająków, węży i sów.
Nauczyciel wyraźnie nie miał zbyt dobrej kondycji. Sapał głośno i krzyczał o pomoc.
- Drzyj się głośniej... - mruknąłem pod nosem, przytknięty do lornetki i mocno zniesmaczony tym, jak nieprofesjonalnie przyszła ofiara się zachowywała.
Przewracał za sobą śmietniki. Co za nieudacznik... łowca przeskakiwał je z dziecinną łatwością, nic nie robiąc sobie ze starań "trupa".
Widziałem wyraźnie, że już się nudził.

~
- W nogę, a potem zasztyletować? - mruknęła bestia, obracając rewolwer w szponach.
- Mhm, w tej kolejności. Nawet jak wcześniej się przewróci, przestrzel mu nogę. - skinął blondyn, podając rozmówcy pochwę z nożykiem w środku.
- Rozumiem. - zapiął broń na pasku od spodni, po czym do sznurował buty.
- Tylko go nie zgub, to mój ulubiony nożyk. - zachichotał zleceniodawca, energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
~

Rozległ się dźwięk wystrzału. Równocześnie dało się słyszeć wrzask postrzelonej ofiary.
Przez lornetkę widziałem jak historyk upada na ziemię.
Zabawny widok.
W końcu go dorwał. Stanął nad nim i spojrzał mu w oczy. Jakby pytał się, czy czuje strach. Może jestem chory psychicznie, ale chciałbym zobaczyć kiedyś ten wzrok. Doświadczyć ile przerażenia musi gościć w sercu kogoś, kogo on przygwoździ do ziemi. Los nauczyciela od momentu, w którym w mojej głowie powstał zarodek tego planu, był przesądzony.
Przed nim nie można się skryć.
Przed nim nie można uciec.
Jest ucieleśnieniem wszelkich moich wizji. W tym duecie, jedyne dlaczego on jest górą to fakt, że ja go potrzebuję. Nie on mnie.

~
- Jak chciałeś umrzeć? - głos bestii wydrążył dziurę w sercu ofiary.
Drżący pod nim, niewinny mężczyzna jęczał z przerażenia.
- W-ww... www-ww... ss-spoo-ooko... spoko-oju-u-u... - wydukał w końcu, zamykając oczy ze strachu.
- To teraz się uspokój. - niski ton wydobywający się z wnętrza łowcy był jak ziszczenie najgorszych koszmarów.
- N-NIEE! BŁAG-G-GAM! - wrzask nauczyciela rozniósł się echem po uliczce.
- Powiedziałem coś. Wycisz się, a ja nie zabiję jak psychopata, tylko powoli i spokojnie. - stanowczo rozkazał niedoszły morderca.
- N-n-niee-ee... - jęk ofiary był przepełniony rozpaczą, jednak coś się zmieniło. Jakby już pogodził się z tym, co ma nadejść.
~

Gdy skończył, wstałem i poczekałem, aż do mnie przyjdzie. Przypomniał sobie, co mówiłem o kuli, łebski chłopak. Już chwilę później mogłem podziwiać jego silne ręce, gdy wdrapywał się w moim kierunku. Byłem zadowolony z tego jak sobie poradził, zawsze czuję dumę, gdy w stuprocentowej dokładności wypełnia moje plany. 
Jego dłonie w końcu pojawiły się przy moich butach, na krawędzi wieżowca, na którym stałem.
Spojrzał na mnie bezuczuciowo.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu.
Wyciągnąłem rękę, by pomóc mu wdrapać się na szczyt.
Prychnął kpiącym śmiechem, po czym dwie sekundy później stał wyprostowany tuż przede mną.
- Ładnie, brawo. - zaklaskałem w dłonie, po czym odebrałem zakrwawiony sztylet wepchnięty w pochwę z jego szponów.
- Twoja zasługa. To tyle? Bo jestem głodny, spadam do domu. - wymruczał, nie patrząc już na mnie i wycierając ręce mokre od krwi w czarne spodnie.
Zanim odpowiedziałem odwrócił się i powoli postawił kilka kroków naprzód.
- Głodny, głodny... i tak w domu nie masz się czym najeść. - wywróciłem oczami i złapałem go za rękę, ciągnąc w tył z całej siły. Jedynie się zachwiał i zatrzymał.
Obróciłem go do siebie i oplotłem wątłymi, w porównaniu do niego, rękami w ramionach. Patrzył na mnie znudzonym, przygnębionym wzrokiem.
- Zostańmy tu jeszcze chwilę, księżyc świeci, jesteśmy na dachu... zobacz, jak romantycznie. - zaśmiałem się, chcąc mu chociaż trochę poprawić humor. Zawsze był zły po tym, jak zabijał kogokolwiek.
Oplotłem jedną nogą jego biodra, co zmusiło go do interakcji. Złapał mnie, zapewne odruchowo, w okolicach podudzia.
- Himchan... mam świeżą krew na rękach. - mruknął z pobłażliwym wyrazem twarzy.
Nie. Teraz nie chciało mi się z nim rozmawiać.
Otarłem się biodrami o jego podbrzusze, po czym złapałem w wargi płatek jego ucha. Zamruczał swoim niskim, dźwięcznym głosem.
- Himchan, jestem głodny... - spróbował jeszcze, ale czułem wyraźnie, że głód jedzenia powoli ustępuje innemu głodowi.
Nie, nie będę z Tobą rozmawiał.
Musnąłem językiem jego szyję, wokół tego miejsca na jego skórze unosiła się para. Każdy oddech jaki wydychał on czy ja, stawał się białym obłoczkiem.
Szczegół, że jego skóra była cieplejsza od mojej, mimo, że ja drżałem z zimna w kurtce, a jego okrywała wyłącznie czarna koszulka bez rękawów.
Po kilku sekundach tego, co mu oferowałem, dłoń na moim udzie zaczęła się lekko ruszać.
Może wreszcie załapał, że ja serio nie mam ochoty na konwersację, a on serio nie ma ochoty na jedzenie.
- Himchan... - usłyszałem po chwili przy swoim uchu, a ton tego głosu sprawił, że wszystkie moje mięśnie puściły i o mało nie upadłem.
Odsunąłem głowę do tyłu, spoglądając na bestię najbardziej ponętnie jak byłem w stanie.
Nie ja tu dominuję, no śmiało, wiesz co robić.
Bez dłuższego namysłu wpił się w moje wargi, spragniony jakby ten moment miał zaspokoić go na co najmniej tydzień. Temu właśnie chciałem zapobiec, a jedna póki co... póki co był mój.
Cały.
Dłońmi błądziłem po jego karku i łopatkach, on wplótł brudną od krwi dłoń w moje blond włosy.
Że niby powinienem się tym obrzydzić?

Niee... on często pachniał krwią.

W momencie zrobiło mi się na prawdę ciepło, rozpiąłem zamek błyskawiczny kurtki, którą miałem na sobie.
Kontynuowałem pieszczoty w samej bluzie. Chwilę po tym, jak pozbyłem się wierzchniego ubrania, wymusił to, bym oplótł go obiema nogami, podniósł mnie i molestując mi pośladki, nie przestawał namiętnie łączyć naszych ust, języków...

Tak, definitywnie nie chciało mi się dziś z nim rozmawiać.
- Dobra robota, Yongguk... - było ostatnim, co powiedziałem do niego tej nocy, cichym i opanowanym głosem.


C.D.N.
Sai

Spotykamy się w następnym rozdziale, w którym chyba co nieco rozjaśnię. ~

wtorek, 26 listopada 2013

"Po ciemku najlepiej" pt. 4

Chłód

Czyli czy mogę zamówić herbatę z porcją strachu?
Zespół: EXO-M
Paring: TaoHan
Typ: Fluff
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia LuHana)


Sam już nie wiem co robić.
No bo tak - z jednej strony, tak strasznie boję się, że on znów przyjdzie. Że tym razem już na poważnie, nie będzie miły i grzeczny, i postara się zadać mi porządną dawkę bólu.
Natomiast pojebany Han tylko na to czeka - no wręcz nie mogę usiedzieć w miejscu, czekając na wieczór, a znaleźć moment, w którym nie myślę o Tao, to wyczyn.
Nawet biorąc pod uwagę sam fakt, że może zadać mi cierpienie w ogóle mnie jego przybycie nie odstrasza. A wręcz tym bardziej nakręca, serio, że mną coś kurwa jest.
Generalnie sęk w tym, że z dnia na dzień, a może raczej z nocy na noc, pragnę obecności Tao coraz mocniej. Coraz...
... goręcej?

Po całym dniu nie robienia zupełnie niczego oraz rozmyślania o demonach, wreszcie nadszedł tak wyczekiwany przeze mnie moment, w którym wskoczyłem pod kołdrę i mogłem już w spokoju czekać na Tao.
Tylko chwila...

Czy ja chcę na niego czekać?
A co jak przyjdzie, nagle mu coś dopierdoli i zacznie mnie przypalać?

Nie, nie.

Mimo to, chcę, żeby przyszedł. Będzie zabawnie.

A jednak coś poszło nie tak.
Nie to, żeby znów zaczął mnie gwałcić spojrzeniem po przyjściu, czy ranić, czy podpalać... nie. Tym razem wina leżała po mojej stronie. Mianowicie nim demon się pojawił...
... zasnąłem.

Jak? Nie mam pojęcia, to, że w ogóle z własnej woli zasnąłem było zachwianiem jakiejś kosmicznej równowagi, ale to, że przed pojawieniem się Tao, wykraczało już poza ludzkie pojmowanie. Ja i sen? Ja i DOBROWOLNY sen? Czy komuś się tu pokurwiło co nieco?
Rozbudził mnie chłód. Przenikliwy, taki drążący niematerialne dziury w moim ciele. Nie równoznaczne jest to z mrozem, nie... to raczej coś na kształt chłodu, którego można się bać.
Ale przecież zamykałem okno przed zaśnięciem, prawda...?

Kiedy tylko dotarło do mnie, że to nie ja otworzyłem okno, po raz kolejny poczułem się jak sparaliżowany. Nie mogłem ruszyć żadną częścią ciała. A to wszystko za sprawą Tao. Zdawałem sobie sprawę, byłem definitywnie świadom, że za tym wszystkim stoi właśnie ten, a nie inny demon.

I że on tu jest.

W momencie, gdy ta myśl przeszłą przez moją głowę, silny podmuch wiatru ugodził mnie w ramię. Nie mogąc nic zrobić, zamknąłem oczy. "Błagam..." - myślałem - "... błagam, Tao, jeśli to Ty, nie strasz mnie więcej, proszę..."

- Ale czemu nie, Lulu...? - ten szept, jak żaden inny dźwięk przeszył całe moje ciało niczym lodowe ostrze. A powinien je spalić, czyż nie?
- Bo nie lubię się bać. - sam nie wiem jak zebrałem siły, bo odpowiedzieć demonowi, który grał ze mną w kotka i myszkę.

Nigdy nie lubiłem myszek.

- Ale ja za to lubię straszyć... - Tao nie kontemplował długo nad odpowiedzią, jakby znał wszystkie moje myśli.
Po prawdzie, to zakładałem, że tak właśnie było, nawet by mnie to nie zdziwiło.
A jednak...
Serio wszystkie?

Poczułem kilka ostrych jak brzytwa szponów, okalających na ułamek sekundy moje ramię. Boże, ile strachu można zgromadzić w sercu przez ułamek sekundy! Już po chwili kolejny podmuch, od strony okna owionął moje skronie. Bałem się jak podczas naszego pierwszego spotkania.
Ten strach nie uciekł, od tamtego momentu.
Ja starałem się go jedynie przyćmić, wygłuszyć.
A Tao jak na złość, jedynie go podjudzał.

- Przestań! - powiedziałem nagle, trochę zbyt głośno jak na tą porę. Zdecydowanie za głośno, aczkolwiek nie potrafiłem racjonalnie zapanować nad głosem. Tao, kurwa, co Ty mi robisz...
- Nie ruszaj się! - odparł demon. Wrzask jaki przy tym z siebie wydał, był nieludzki. Czułem dokładnie, szaleńczą prędkość tętna wybijanego przez moje serce. Zdawało mi się, że krew pulsuje teraz dokładniej, że mogę poczuć każdy ułamek mojego ciała. A przy okazji miałem wrażenie, jakbym nagle cały został skuty lodem. Tak przeokropnie się bałem.
Oczywiście nie drgnąłem nawet, ba, nie jestem pewien czy oddychałem. Oczy miałem zamknięte przez cały czas, więc moje powieki pozostały jak wykute z kamienia.
Nie byłem zdolny nawet by cokolwiek pomyśleć.
Jakbym nagle, jak na zawołanie, stał się trupem.
Przeczyło temu jedynie moje serce, jebiące się po klatce piersiowej jak kuny w agreście.

- Czego tak bardzo się boisz, Han? - kolejny szept, a może raczej pomruk ze strony Tao. Nadal nie byłem zdolny do reagowania - Mnie? Tego, że zostaniesz ofiarą moich sadystycznych upodobań? Powiedz, Han... boisz się, że Cię zabiję? - tego mój mózg już nie wytrzymał.
Zupełnie się wyłączyłem. Straciłem rzeczywisty kontakt ze światem. Czerń, jaką do tej pory widziałem przed oczami, zmieniła się w otchłań, nie docierał już do mnie chłód czy choćby jeden szept demona. Po prostu uciekłem.
Nie wydaje mi się, żebym pod wpływem czegokolwiek czy kogokolwiek, tak bardzo się bał.
Nigdy nie zdarzyło mi się, popaść w letarg z przerażenia.
A on tego dokonał.
Tylko on.
...Jaki wyjątkowy.







- Luhannie.



...
Co? Ktoś coś do mnie mówił? N-nie... prawie nic nie słyszę...





- Ej, Luhan.


Co jest? Luhan? Na pewno mnie wołasz..?




- Han, żesz kurwa mać.

Siarczyste przekleństwo, jak nic innego przywróciło mnie do żywych.
Leżałem.
Nade mną wisiał Tao.
- Mówię do Ciebie - zrób mi herbatę, to Ty nic. Nie olewa się tak gości.
Usiadł obok po turecku jak naburmuszona księżniczka.
Że co proszę? Herbatę? Pojebało?
- E-ee... Tao... kiedy prosiłeś o herbatę? - zapytałem, podnosząc się do pół siadu i przecierając łzawiące dopiero teraz, po tej ogromnej dawce strachu, oczy.
- No jak to kiedy, przed chwileczką, jak odleciałeś. - demon wzruszył bezproblemowo ramionami i oglądnął własne paznokcie. - To dostanę filiżankę czarnej herbaty, czy mam sobie iść?
Nie nie nie.. to wszystko działo się zbyt szybko, jak na mój nie do końca aktywny jeszcze umysł.
- Oj no czekaj, nie obrażaj się, już lecę. - pogładziłem go po ramieniu, jako, że był odwrócony do mnie tyłem, po czym nie ogarniając całej sytuacji udałem się do kuchni. Włączyłem czajnik, wsypałem porcję czarnej herbaty do filiżanki, zalałem wrzątkiem. Wszystko jak przez sen,.
Gotowy napój przyniosłem mężczyźnie okupującemu moje biedne łóżeczko. On złapał naczynie i zmrużył oczy w przypływie przyjemności.
Parzył sobie, psia mać, ręce...
No nieźle.
- Dlaczego tak bardzo lubisz straszyć, Tao? - mruknąłem do niego, starając się objąć umysłem całą sytuację.
No bo czemu wywołuje u mnie napad tak okropnie szaleńczego przerażenia, a zaraz po tym nagle prosi mnie o waloną herbatę, ha?!
- Hmm... - pomruk przepełnił cały pokój. Srebrnooki uniósł filiżankę ku twarzy, zanurzył górną wargę w gorącym napoju, uśmiechnął się. - Bo widzisz... ja w Tobie szukam tego, czego mi brakuje.
Opuściłem wzrok starając się przeanalizować to, co właśnie zostało mi przekazane.
- Szukasz we mnie strachu, bo sam nie potrafisz się bać? - nie wiem, czy do końca o to mu chodziło, ale właśnie tak to pojąłem.
- Mhm, dokładnie. - parujący wywar z filiżanki, został uszczuplony przez demona o kilka łyków.

W milczeniu czekałem. No bo szczerze powiedziawszy, to nie miałem pojęcia co na to odpowiedzieć. Więc chciał sprawiać, że się boję, bo on sam nie może. To logiczne. Na swój sposób. Nie wyobrażam sobie czego mógłby bać się demon, w prawdzie gdyby brać pod uwagę jego wieczne życie i przypuszczać, że może przez rozmyślanie nad tym popaść w przerażenie, byłoby to możliwe, ale nie zakładałem aż tak rozbudowanych procesów myślowych u Tao. On był jak wiatr. Nie myślał o wczoraj, czy jutrze. On po prostu wiał.

- Tak samo jak strachu, szukam u Ciebie bliskości. - dodał po chwili demon, odstawiając puste naczynie na moją szafkę nocną. - W końcu sam jej sobie nie zapewnię, nieprawdaż? - prychnął w kpiący, wręcz niepodobny do niego sposób.
To stwierdzenie nieco mnie skrępowało, przyznam szczerze. Nie odpowiedziałem na ostatnie pytanie, tylko lekko podrapałem się w okolicach karku. Taki tam, typowy tik nerwowy.

- A Ty... szukasz we mnie czegoś? - rozległo się w końcu, a ja uniosłem wzrok na autora tych słów. Przyznam szczerze, że jak rozmyślałem o nim często, to nigdy w aspekcie odnajdywania w nim swoich własnych niedociągnięć.
- Uh... no może... pewnie jest dużo rzeczy, których ja nie posiadam, a Tobie nie sprawiają problemu. - nie mogąc podać żadnego konkretnego przykładu ponowiłem swój tik.
- Jak na przykład? - drążył rozmówca, najwyraźniej nie mając zamiaru odstawić tego tematu na bok.
- Na przykład... palenie dotykiem. - mruknąłem, posyłając demonowi jakże wymowne spojrzenie.

Zaśmiał się.
Choć wcale nie miałem czemu, uśmiechnąłem się na tą reakcję.
Strasznie dziwne te moje zachowania ostatnimi czasy.
Już po chwili, Tao przysunął się bliżej mnie, by ostatecznie wylądować głową na moich kolanach. Jego stalowe oczy błyszczały w świetle księżyca jak dzikie. Ciągle otwarte okno wpuszczało do pokoju chłodny zapach nocy. W powietrzu unosiła się jeszcze woń czarnej herbaty, a wszystko to odbywało się o tak przyjemnej porze jak 3:10. Podniosłem wzrok z demona na parapet. Potem wyżej, na widok za oknem. Uśmiechnąłem się, jakoś tak instynktownie. Wolność, jaka rysowała się gdzieś tam w oddali, zawsze napawała mnie wewnętrzną radością, to, że bez względu na wszystko mogę kiedy mi się zachce uciec i mieć wszystko inne gdzieś.
Być pewnym, że może nawet nie zasnę w łóżku.
I może nie pod dachem.
Może nawet w jakimś nie najbezpieczniejszym miejscu.

Ale on się zjawi.
On przyjdzie stuprocentowo, nie odpuści mi.
- Nie odpuszczę. - mruknął w końcu, a kiedy opuściłem głowę na wydźwięk tych słów, Tao uniósł się nieznacznie, lekko dotykając moich ust własnymi.
Nie porzuciłem uśmiechu ani na moment.
Demon, widząc moją spokojną reakcję, sam szeroko się uśmiechnął i zmrużył oczy, układając się wygodniej na moich kolanach.
Jej... myślałem nad tym, czy samemu jeszcze raz go nie pocałować.
Ale w końcu uznałem, że tyle wystarczy.



Na dzisiaj.

A teraz czas już spać...


Buhaha, jak mi się podoba pisanie tego gunwa. <3 Na prawdę, to jest coś genialnego, wcale nie zwracać uwagi na fakt, że ktoś to czyta bądź nie, tylko pisać z czystej przyjemności. Dziękuję za uwagę i dobrejnocki, życzy chory Saiacz (tak, leżę w łóżku i napierdzielam TaoHany zamiast spać ^3^)



niedziela, 24 listopada 2013

"Książę z bajki" ~

Książę z bajki,

Czyli seksy, krew i ja chcę VIXX'y ;-;Zespół: VIXX
Paring: LeoHyuk

Typ: smut
Narracja: Trzecioosobowa

- Strasznie się wkopałeś, kochaniutki. - N władczo stanął nad maknae swego zespołu.
Ten westchnął tylko głęboko, zdając sobie doskonale sprawę z konsekwencji przegranej.
No i po co się zakładał...
Lider ciągnął chłopca korytarzami ich dormu, a ten jak szmaciana laleczka gotował się na najgorsze.
- Lidaaaaaa... - jęknął w końcu, gdy Hakyeon zamknął ich w garderobie. - Tylko nie zabawa w zamknij oczy otwórz buzię...
- SANHYUK, ZAMKNIJ SIĘ! - odparł lider z morderczym uśmiechem.
Sięgnął do szafy i wygrzebał z niej...
- N, co to ma, k u r w a, być... - maknae z lekko nieprzytomnym wyrazem twarzy wpatrywał się w trzymane przez Hakyeona ubranie.
- Oto Twoja nowa kreacja. - zakrzyknął ten i rzucił Hyukowi w ręce...
Różowo białą, lolicią, krótką sukieneczkę, z milionem kokardek, falbanek i wstążeczek.
- LIDA! NIE WŁOŻĘ TEGO, CHOĆBY KEN NAUCZYŁ SIĘ ROBIĆ AEGYO! NIE MA MOWY! - maknae wyrzucił sukienkę na podłogę i wycofał się pod ścianę.
- Nie gorączkuj się tak, słoneczko... tylko raz. - lider podniósł ciuch, otrzepał go i przyłożył go do ciała Hyuka. - Pasuje jak ulał!
- Nie zmusisz mnie! - wrzasnął rozpaczliwie, kiedy N rozpiął jego koszulę, szarpiąc się z każdym guzikiem.
W końcu maknae, w samej bieliźnie, stanął zawstydzony przed liderem.
- Hyung, błagam... - jęknął i opuścił głowę w geście przegranej.
- Hyuk, kochanie. Zakład to zakład. - N uśmiechnął się niecnie, po czym rzucił maknaesowi ubranie. - Wbijaj w to.
Chwilę później, chłopiec wyglądał zupełnie niczym... dziewczynka. Blond włosy, niestety, tylko potęgowały to wrażenie.
  OMÓJBOŻEHYUKWYGLĄDASZTAKPRZEUROCZOMOJETYKOCHANIEZGWAŁCĘCIĘCHYBA! - pisk lidera rozległ się po całym dormie.
- Lida, błaagam... - jęknął blondyn rumieniąc się po uszy.
- Leo będzie zachwycony! - starszy klasnął w dłonie.
- L-leo...hyung...? - w oczach maknae pojawiły się łzy strachu.
- Nie bój się kotek, Leo lubi małe dziewczynki. - zachichotał Hakyeon.
Drzwi od garderoby otworzyły się, dongsaeng N'a wyszedł pierwszy. Zanim jednak skierowali się do pokoju wolaka, lider przytrzymał członka swego zespołu za rękę i przygwoździł go w momencie do ściany.
- Ah, jeszcze w ramach zakładu... - mruknął i złapał w zęby dolną wargę Hyuka, wsłuchując się jak jego maknae wydaje z siebie stłumione, ciche stęknięcie.
Liderzy lubią swoich maknaesiów...
Chwilę później stali już przy drzwiach do pokoju Leo.
- Lida, nie mogę, boję się. - szepnął Sanhyuk.
- Dasz sobie radę, jakby wyciągnął spod łóżka maczetę, to wołaj. - N poklepał chłopca po plecach, po czym otworzył drzwi, przed którymi stali.
Leo spał.
Hyuk... musiał przyznać sam przed sobą, że... jego hyung wyglądał, aż dziwnie niewinnie.
Był piękny. Taki... nieskazitelny.
- Hyuk, opanuj się, spazmy zaraz będziesz miał. - Hakyeon poruszył chłopcem, a ten z permanentnie zaróżowionymi policzkami potrząsnął głową.
- Lida...
- Nie. Bez gadania. Razdwatrzy! - pisnął N i wepchnał maknae do pokoju. - Powodzenia kochanie! - rzucił jeszcze na koniec, po czym zamknął drzwi z impetem.
Rozległ się głośny trzask, a zaraz potem szczęk przekręcanego w zamku klucza.
Hyuk zamarł.
"Zamknął mnie tu." pomyślał przerażony maknae "Zamknął, w różowej sukience, tuż przy Leo".
Pochylił się do przodu i zlustrował swój wygląd.
Pozwolić tak bardzo się spedalić...
Spojrzał w kierunku śpiącego na łóżku hyunga. Dziwne, że po tyly hałasach jeszcze się nie obudził.
- Ehh... - westchnął i usiadł tuż przy nim. - Tak jak się umawialiśmy, Hakyeon... maknae zawsze dotrzymują słowa.
Pochylił się nad wokalistą. Z wielką dozą ostrożności odgarnął kosmyk włosów, zasłaniający policzek hyunga.
- Obudzisz się od pocałunku, mój książę? - wysyczał prawie niedosłyszalnie kwestię niecnie opracowaną przez lidera.
Zgiął się i na dwie sekundy ułożył usta na skórze Taekwona.
Nic.
Chłopiec poczuł wielką ulgę, już chciał opuścić pokój, gdy przypomniał sobie co zrobił N, zostawiając go tutaj.
- Kurwa... - zaklął opierajac się o drzwi i wypuszczając powietrze przez zaciśnięte zęby.
Już moment później, jego uszu dobiegł szmer.
Odgarnianej kołdry.
Strach sparaliżował jego mięśnie.
- San.. Hyuk....? - rozległo się za  plecami maknae.
Cisza.
Gardło odmówiło mu posłuszeństwa.
Kolejny szmer.
"Wstał!" krzyczał głos głowie maknae.
Po krótkiej chwili, na ramieniu chłopca, bez jakiejkolwiek delikatności znalazła się dłoń Leo.
Maknae poczuł, że pod jej ciężarem uginają się jego kolana.
Starszy powoli obrócił go, twarzą do siebie.
Wzrok, jakim Hyuk został zaatakowany, był w stanie zabić. Oczy maknae zaszkliły się w momencie.
- L-...le-eo... hyu-...hyung... j-ja... - zaczął się jąkać, po czym w przypływie paniki złapał się kurczowo koszulki Taekwona i pisnął krótko.
Czuł, że mógłby się rozpłakać, z nadmiaru emocji i presji.
- Hyung, mianhae! Przegrałem zakład z N'em, a on kazał mi w tym stroju... tutaj... do Ciebie wbić... - maknae zaciął się kilka razy, wstrząsany falami paniki.
Leo odsunął go od siebie.
Jego wzrok nadal wypalał resztki odwagi Hyuka, jednak przysiągłby, że nieco złagodniał.
- Zakład z Hakyeonem? - powtórzył wokalista i westchnął. - I to on zamknął drzwi? - jego dźwięczny, niski głos cicho rozbrzmiewał w pokoju.
- T-tak... - wydukał dongsaeng Taekwona, nie będąc w stanie ani na chwilę spojrzeć na wyraz jego twarzy.
- Ehh... - wypłynęło z ust Leo, po czym chłopak odstąpił od młodszego, prężąc się i kładac obie ręce na karku. - Przysięgam, że kiedyś zamorduję go własnymi rękami.
Hyuk zadrżał, nie na żarty przejęty groźbą Leo posłaną liderowi. Był święcie przekonany, że jeśli hyung tak mówi, jest w stanie to zrobić.
Po chwili Taekwon ze spokojem zabarwionym jeszcze nutką irytacji podszedł spowrotem, powoli do maknae.
Chwycił w dłoń skrawek materiału sukienki, w którą wystrojony był Hyuk i uniósł sarkastycznie brwi.
- Sam to wybierał? - mruknął, po dłużącej się dla dongsaenga w nieskończoność, chwili ciszy.
W odpowiedzi, blondyn skinął tylko głową, speszony przez lidera do granic możliwości.
Leo jeszcze przez chwilę oglądał kreację chłopca, po czym zrezygnowany wrócił do swojego poprzedniego lokum, układając się w półsiadzie na łóżku.
Sanhyuk stał dalej pod drzwiami, nie podnosząc wzroku ani na moment.
Taekwon, najpierw mając zamiar zajęcia się czytaniem, rzucł spojrzenie na maknae. Wzrok, najpierw pobłażliwy i cięty, po chwili nieco się zmienił.
- Hyuk. - rzucił bezuczuciowo, sprawiając, że spanikowany chłopak uniósł przerażony wzrok na wokalistę. Ten skinął na niego, przywołując drobnym gestem do siebie.
Sanhyuk gotowy na poniesienia okrutnych tortur, na nogach jak z waty ruszył na egzekucję.
Gdy tylko dotarł do brzegu łóżka Taekwona, opuścił spowrotem głowę i zacisnął z przerazenia powieki. Po chwili jego uszu dobiegł dziwny dźwięk, jakby pocierania o coś śliskiego materiału. Otworzywszy oczy, ukazała mu się jego własna klatka piersiowa, dalej otulona materiałem sukienki. Coś było jednak nie tak.
- HYUNG! - pisnął w końcu Hyuk, dostrzegając w smukłych palcach Leo wąską, białą wstążeczkę. Należała ona do sukienki, w którą był ubrany i właśnie opuszczała przeznaczone jej miejsce; z przodu, kreacja przyozdobiona była mianowicie małym gorsecikiem, trzymajacym ją w całości.
- Hyung, przestań, proszę! - wyjęczał młodszy, uporczywie walcząc z powoli rozpinającą się sukienką.
Leo nic nie robiąc sobie z pisków dongsaenga, zwinął wstążkę i odłożył ją na bok. Złapał za krańce rękawów sukienki, w którą ubrany był Sanhyuk, po czym pociągnął mocno w swoją stronę, powodując to, że już po chwili maknae osiadł na jego kolanach.
Zaczerwieniony chłopiec odwracał głowę od hyunga, mimo wszystko będąc skrępowanym jego uściskiem.
- L-leo hyung... - wydukał, starając się ukryć spowijające jego policzki rumieńce.
- Wiń lidera. - odparł Taekwon, już po chwili zwieszając się nad leżącym na plecach maknae.
Pięść Leo zacisnęła się na blond włosach, czuł wreszcie, że ma pełną kontrolę nad młodszym. Drugą dłonią przesunął wzdłuż talii maknae. Hyuk zadrżał. Ostatnie czego się spodziewał, to taki obrót spraw. Mimo wszystko przestał się chyba aż tak rumienić, poddając się władaniu wokalisty.
Taekwon usatysfakcjonowany tym pełnym posłuszeństwem, podciągnął chłopca ku górze. Zdezorientowany dongsaeng otworzył oczy i w tym momencie jego wargi, zostały brutalnie zaatakowane przez starszego. Usta Leo, mimo że miękkie i ciepłe, w połączeniu z plączącym się między nimi językiem, i drobnymi ugryzieniami, pozwalały odkrywać Hyukowi zupełnie nowe emocje. Niepewnie uniósł delikatne ręce, zaplatając je wokół talii hyunga. Usłyszał przeciągły pomruk, wycelowany prosto we własne usta. Nigdy nie przypuszczał, że będzie świadkiem, a co dopiero sprawcą, takiego zachowania u Księcia Lodu.
Po upływie kilku sekund, Leo uchwycił młodszego w pasie, podnosząc go bez problemu i sadzając na swoich biodrach. Sam, oparty na łokciach, wyczekiwał pieszczot. Młodszy jak w transie, pozwolił instynktowi kierował swym ciałem. Właśnie dzięki temu, wiercił teraz biodrami, powodując stopniowe twardnienie przyjaciela Taekwona. Dłonie same wpłynęły pod koszulkę jego hyunga, na co Leo zareagował jedynie przymrużeniem oczu. Maknae dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że dalej ma na sobie ten... krępujący strój, już i tak uszczuplony o białą tasiemkę. Na moment zaprzestając pieszczenia torsu hyunga, postarał się ściągnąć ciuch, jednak poczuł silne dłonie, łapiace go bez chwili zwłoki za nadgarstki. Rzucił Taekwonowi pytające spojrzenie.
Ten uniósł się, kładąc maknae spowrotem pod sobą i sycząc nad nim, niemal dotykając wargami jego szyi:
- Zostaw, do twarzy Ci. - po czym język starszego naznaczył mokrym śladem płatek ucha Hyuka. Na ten gest, młodszy pozwolił sobie na ciche, jednak długie jęknięcie, a następnie podciągnął ku górze koszulkę Leo.
- Ale Ty bez ubrań będziesz wyglądał lepiej, hyung. - szepnął chłopiec, na co usta Taekwona na ułamek sekundy wyplotły cień uśmiechu.
Sanhyuk nie musiał mocować się z ciuchami niedoszłego kochanka - on sam szybko się ich pozbył, pozostawiającna sobie wyłącznie luźne bokserki. Postura hyunga, nieco onieśmieliła maknae, jednak postanowił jedynie ją podziwiać, peszenie się zostawiając na kiedy indziej.
Ciepłe wargi Taekwona, wkrótce po odrzuceniu na bok zbędnych części garderoby, wylądowały na chłodnej, mlecznej skórze maknae. Bez pośpiechu, naznaczał wybrane miejsca czerwonymi, mokrymi śladami. Owocowało to rozkosznymi dla uszu wokalisty jękami, które umykały z ust Hyuka. Pieścił obojczyki i szyję blondyna, a gdy ten niecierpilwym szarpaniem biodrami upominał się o więcej, podciągnął w górę jego sukienkę, zębami zsuwając bieliznę chłopca. Ten stęknął z rozanielonym wyrazem twarzy, czując jak usta Leo bez chwili namysłu oplotły jego, powoli twardniejące, przyrodzenie.

Taekwon wyprawiał z Hyukiem co mu się żywnie podobało - poza rytmicznym poruszaniem głową w przód i tył, oblizywał jego przyjaciela, wodził wargami po całej jego długości, momentami przygryzał delikatną skórę. O dziwo, na to ostatnie blondyn reagował najintensywniej, zamykał oczy i syczał z uśmiechem. Oczywiście tylko, gdy hyung nie patrzł, nigdy nie odważyłby się być takim śmiałym, mając na sobie jego wzrok.
Wkrótce dłoń maknae powędrowała po mięśniach brzucha Leo, lądując w końcu na wypukłym miejscu na jego bokserkach. Rozległ się kolejny pomruk, ze strony starszego. Gdy znudził się masturbowaniem Hyuka, po prostu podniósł się, ciągnąc go ku sobie za włosy. Dongsaeng oplótł ramionami szyję wokalisty, przyciskając się do jego klatki piersiowej i zachęcająco kręcąc biodrami. Wymienili kilka krótkich, pobudzonych pocałunków. Leo uraczył szyję Sanhyuka namiętnym pocałunkiem, którego skutkiem był kolejny, czerwony ślad. Powiódł językiem wzdłuż linii szczęki chłopca, zaznaczył nim jego wargi.
- H-hyung, pozwól mi... - szepnął maknae, zachrypniętym już z podniecenia głosem, spoglądając wymownie na znienawidzone ubranie na sobie. Ten skinął głową, po czym Hyuk z ulgą pozbył się z siebie różowej sukienki.
Chude ciało chłopca prezentowało się teraz w całej krasie. Leo zsunął z bioder bokserki, także pozostając kompletnie.nagim.
- Słodki Siwonie..! - wyrwało się Hyukowi, zaraz jednak zasłonił dłonią usta, a na policzki powrócił utrapiony rumieniec.
Taekwon nie powstrzymał krótkiego parsknięcia śmiechu.

...

Taekwon się zaśmiał.

...

O żesz kurwa.

" Ten potwór ma we się we mnie zmieścić?!" wrzeszczał maknae w myślach, zaraz jednak za sprawą Leo, kładąc się przed nim na brzuchu, bez możliwości odwrotu. Starszy splunął ordynarnie w dłoń, lekko nawilżając nią sztywnego przjaciela, po czym nie najdelikatniejszym ruchem wsunął się między pośladki Hyuka.
Chłopiec zdarł sobie głos, zachrypniętym jęknięciem. Zacisnął zęby na pościeli i spiął wszystkie mięśnie. Leo nie pytał o zgodę. W wybranym momencie zaczął poruszać się w chłopcu, który wił się pod nim i szarpał.
Bolało, jak cholera. Od nadmiaru tarcia między członkiem Taekwona a skórą blondyna, ze środka dongsaenga wypłynęła stróżka krwi. Niczym nie zrażony hyung, tylko przyspieszył pchnięcia, ciecz nadała poślizgu, przez co Hyuk czuł nieco więcej przyjemności. Dłonie starszego osiadły na pośladkach chłopca, ściskając je i masując wedle uznania. Gdy ten zaczął intensywniej się wiercić, był to dla Leo sygnał; oplótł rękami talię kochanka i pociągnął go do góry. Jednym sprawnym ruchem obrócił go przodem do siebie. Hyuk nic nie myśląc wpił się w usta hyunga, otoczył go ramionami. Z jego inicjatywy nastąpiła kontynuacja stosunku, zaczął mianowicie poruszać biodrami w przód i w tył, dalej będąc głęboko nadzianym na Taekwona. Kilkanaście sekund później, blondyn szarpał rozpaczliwie biodrami, co moment to przylegając ściśle do ciała Tae, to odrzucając głowę w tył i prężąc się mocno. Leo, z tytułu potrzeby panowania nad sytuacją złapał biodra dongsaenga, pomagając mu w zachowaniu spójnego rytmu.
- H-HYUNG, NIE TAM! - wyjęczał w końcu Sanhyuk, czując przyrodzenie Leo uderzające w jego prostatę. Wokalista zrozumiał doskonale, ponowił ruch i już po kilku takich pchnięciach, Hyuk bez stymulowania rękami rozlał się między ich ciałami.
Taekwon na moment uspokoił ruchy i zatrzymał się, dając młodszemu moment na oddech. Moment, bo na więcej nie pozwalało mu pożądanie.
Przez tą chwilę Hyuk opadł na ramię swojego hyunga, sapiąc głośno i walcząc z wypiekami zdobiącymi jego policzek. Leo silnymi ramionami otoczył talię chłopca i po chwili wznowił pchnięcia. Tym razem poczuł coś niezwykle interesującego. Młodszy, już przy pierwszym ruchu starszego w sobie, zagryzł skórę na jego szyi, wbijając równocześnie paznokcie w skórę na jego łopatkach.
Taekwon, z przyjemności, wygiął się w łuk. Do tej formy zaspokojenia dodał szybkie pchnięcia wgłąb Hyuka. Przez fakt, że chłopiec dawał mu dużo więcej, sunąc paznokciami wzdłuż jego kręgosługa i zaznaczając tym samym czerwone ślady na jego skórze, wbijając je w pośladki hyunga oraz drobnymi ugryzieniami znacząc trasę od jego obojczyka, aż po ucho Taekwona, ten nie wytrzymał długo. W kilka minut osiągnął szczyt, napełniając Hyuka nasieniem. Ten syknął, czując jak piecze go całe wnętrze, a jednak ten ból był tak rozkoszny, że zaraz stwardniał po raz kolejny.
Spełniony Leo, wynotował ten przypływ przyjemności u maknae, szybko pomógł mu, osadzając wargi na jego członku. Zagryzł go, na co Hyuk stęknął niekontrolowanie, już po chwili wystrzeliwszy wewnątrz ust Taekwona.
Dwa razy... aż za dużo jak na jeden dzień.
Mięśnie maknae dopier teraz puściły, prawie nieprzytomny rozłożył się wygodnie pod hyungiem. Ten nachylił się nad nim jeszcze na moment, przygryzł jego dolną wargę w krótkim pocałunku.
Hyuk nie zareagował, jedynie westchnął cicho przez nos.
Hyung wstał, nagi podszedł do okna, otworzył je. Z szafki obok wyciągnął paczkę zielonych LD.
Nikt w zespole nie wiedział, że Leo pali, nie było tego słychać w jego głosie, nie było go nigdy czuć. Hyuk, który dopiero po chwili ocknął się z chwilowego odpływu, uniósł się do siadu. Spomiędzy jego pośladków wypłynęła sperma, zmieszana ze śladowymi ilościami krwi. Zadrżał z przyjemności.
Wstał, jednak na nogach jak z waty, czuł się jakby wypił ze trzy piwa, mięśnie w ogóle nie chciały go słuchać. Powolnym krokiem podszedł do swojego hyunga. Ten nim odwrócił się do kochanka, wypuścił przez otwarte okno dym, wypełniający jego policzki i płuca.
- Leo-hyung... - wymruczał zachrypnięty Sanhyuk, opierając się o ramię wokalisty.
- Podobało Ci się? - szepnął Leo, otaczając chłopca ramieniem i zaciągając się dymem papierosowym.
- Mhmmm... bardzo. - w powietrzu zapachniało szlugiem, a maknae łapczywie wciągnął dym nosem.
Taekwon stuknął kilka razy palcem w papierosa, podał go blondynowi z pytającym pomrukiem. Chłopiec bez wahania złapał truciznę w usta, wciągnął dym do płuc.
Zaskoczeniem było dla starszego, gdy stanął na palcach, złapał jego głowę w dłonie i wypuścił szarą chmurę w usta hyunga. Leo uwolnił ten podarunek przez okno, już po chwili znów łapczywie się zaciągając.
Skończywszy zamknął okno, wcześniej wyrzucając przezeń niedopałek na ulicę. Zadowolony zlustrował Hyuka z góry na dół. Jego wzrok przykuła jasna ciesz, spływająca wnętrzem ud maknae.

Uśmiechnął się.

Chwilę potem, umyci wyszli z łazienki. Leo podbił do łóżka, chwytając i unosząc w kierunku Hyuka jego piękną sukienkę.
- Chcesz to spowrotem założyć? - prychnął, jednak widząc wyraz twarzy blondyna, zwinął ciuch w kulkę i wrzucił pod łóżko.
Następnie z szafy obok wyciągnął jeden ze swoich ulubionych podkoszulków, rzucił go chłopcu.
- Trzymaj, jest tak duża, że spodni nie potrzebujesz. - mruknął w kierunku dongsaenga, ten spiorunował go spojrzeniem, jednak nie skomentował i posłusznie nałożył na siebie koszulkę Leo.
Ubrali się kompletnie, pomijając spodnie u Sanhyuka i oboje, prawie równocześnie głośno westchnęli. Taekwon usiadł na łóżku, które przeszło zapachem nasienia i krwi. "Przyjemnie mi się dzisiaj zaśnie" przemknęło mu przez myśl, po czym rzucił spojrzenie na blondyna oglądająceo się w lustrze.
- Te, Hyuk. - mruknął, a gdy maknae odwrócił się do niego, poklepał wymownie swoje kolana.
Młodszy bez namysłu doskoczył do Leo i usiadł okrakiem na jego udach. Ze strony obu dało się słyszeć cichy, spokojny pomruk.
Ręce wokalisty otoczyły talię Sanhyuka, przyciagnęły go bliżej. Maknae bez jednego protestu wtulił się w kochanka. Usta starszego spoczęły kilka razy na rozgrzanej jeszcze szyi Hyuka.
Świat, dla obu, jakby nieco zwolnił. Wczesniej, w łóżku, zdawało im się, jakby nie minęło nawet kilka sekund, teraz jedna wlokła się za drugą przyjemnie powoli...

Rozległ się odgłos przekręcanego klucza, klamka się poruszyła i do pokoju wbił zadowolony lider VIXX.
- Leosiuu... chodź na kolacj... - nie dokończył, spostrzegłszy dwójkę siedzącą na łóżku. - Oja, Hyuk, skarbie, to Ty jeszcze żyjesz? - wyglądał na rzeczywiście zaskoczonego, jednak zaraz zachichotał zupełnie jak niewyżyta nastolatka.
Podszedł do maknae na kolanach Taekwona i pogładził go po blond czuprynie.
- Czemu mnie nie zaprosiliście, kiedy zrobiło się tak miło? - Hakyeon wyraźnie zawiedziony wysunął dolną wargę.
Leo zsunął z kolan swego kochanka, po czym jedną ręką stale go obejmując, pochylił się nad liderem.
- To tylko Twoja wina. Kto zamknął drzwi? - wymruczał prosto do jego ucha, na co N zarumienił się obficie, wręcz nie poznając zachowania swojego main vocala.
Już bez słowa, Taekwon z Hyukiem opuścili pokój, zostawiając w nim skołowanego i mocno speszonego Hakyeona.
- Lidaaa... idziesz, czy zawołać Ci Raviego i zamknąć pokój? - maknae zaśmiał się, na widok lidera, który oblany rumieńcem wybiegł z pokoju.
Leo również lekko się na to uśmiechnął.

...

Ale kurwa, Leo i uśmiech?

Tego Sanhyuk ile by się nie starał, nie pojmie.



THE END
Sai

Ta dam, Saiacz pokazuje, że potrafi napisać sado-maso smuta. I no, jestem teraz bardziej seme, o ~! X3 (lol nope) Re-reading'u nie zrobiłam, więc nie biorę odpowiedzialności za przypadkowe literówki. Dzięki za uwagę i spodziewać się wersji beta za jakieś dwa dni. ~








































sobota, 23 listopada 2013

"Bestia" rozdz. 1

Zadanie z historii. 

Czyli łzy Żelka, zakochany frajer i nowy nauczyciel, spowity tajemniczą aurą.
Zespół: B.A.P.
Paringi: Younglo
Typ: Shounen-ai (nie potrafię tego inaczej nazwać .-.) + Angst
Narracja: Pierwszoosobowa (pkt. widzenia Youngjae)

Zjawił się jak zawsze punkt 10 minut przed rozpoczęciem lekcji. Bez szumu przyjęto jego obecność, kilka osób rzuciło suche "cześć".
Podszedł do mnie, przywitaliśmy się, zagaił rozmowę o zadaniu domowym z historii.
Zacząłem wreszcie żyć.
Dzień trwał monotonnie, wszystko jak było tak jest. Czasem zastanawiam się nad tym, gdy nic innego nie przychodzi mi do głowy. Wtedy myślę czy długo jeszcze moje życie będzie opierało się na porannym wyczekiwaniu na Zelo, wegetowaniu na lekcjach, późnym powrocie do domu, nauce i śnie.
Ostatnią lekcję w końcu obwieścił dzwonek. Historia.
Weszliśmy ospale do sali, w której zawsze śmierdziało mieszanką spróchniałego drewna i środka do konserwacji skamieniałości.
Usiadłem w ławce, obok pojawił się Junnie.
Westchnąłem.
Historyk znowu się spóźnia.
Drzwi do klasy otworzyły się z impetem.
Wszyscy zajęci rozmową, podskoczyli jak poparzeni. Ten mężczyzna był nam obcy.
- Witam serdecznie. Od dziś będę uczył was historii. - rzucił facet, opierając się o blat biurka i energicznym ruchem przeczesując niedbale włosy.
Cała klasa siedziała w permanentnym milczeniu. Nikt się nie odezwał.
Zelo niepewnie uniósł dłoń w górę.
- Tak? - nowy nauczyciel wskazał na chłopca obok mnie, a ten wstał i cicho zapytał:
- Co się stało z profesorem Kyunghae? - jego głos był niski,  drżący.
- Wasz poprzedni nauczyciel zmarł, w wyniku postrzelenia w nogę i kilku silnych ciosów kietowanych na klatkę piersiową.
Ciszę przerwały szepty. Obróciłem się, cała klasa poruszona wiadomością o nagłym zgonie, zawrzała.
Przeniosłem wzrok na Junniego.
Stał i wpatrywał się w mężczyznę opartego o biurko.
Stał z nieobecnym wyrazem twarzy.
- Czy ta odpowiedź Cię satysfakcjonuje? - kontynuował nowy profesor, w kierunku Zelo.
- Tak, dziękuję. - odparł ten i usiadł na miejsce.
Kilka dziewczyn pisnęło coś w stylu " to serio prawda??", rozległ się cichy szloch co wrażliwszych.
Z niepokojem zawiesiłem wzrok na moim koledze z ławki.
Jego oczy zaszkliły się.
Odwrócił głowę w moim kierunku.
- Junhong... - dziś po raz pierwszy usłyszałem własny głos. Miałem chrypę.
- Nie przeczytam zadania, Jae. - głos Zelo zatrząsł się, po czym spod powiek przyjaciela wyciekło kilka dużych łez.
Zarzuciłem ręce na jego ramiona, wtuliłem go w siebie.
Jego łzy skapywały na moje ramię.
Czułem, że płonę smutkiem.
Po powrocie ze szkoły, mama podała mi obiad. Zanim zacząłem jeść, przypomniała mi się wiadomość o morderstwie Kyunghae.
Straciłem apetyt.
Mama usiadła obok mnie, zatroskana spojrzała na pełny talerz.
- Nic nie zjesz? Co się stało? Coś w szkole? - zasypała mnie od razu kaskadą pytań, a ja poczułem jakby kamień skrępował mi gardło.
- No... - zacząłem, ale oddech sprawił mi trudność. Nie, nie będę płakał przy mamie, muszę wytrzymać. - Dzisiaj zdałem sobie sprawę...
- Że?
- Że... - zawiesiłem na chwilę głos i poczułem, że mam ciarki. - Że nie mogę znieść widoku łez Junhonga.
Mama objęła mnie i przytuliła.
Nie powstrzymałem emocji już ani chwili dłużej.
Całą noc śnił mi się tamten moment w szkole. Mężczyzna nagle mówi, że profesor Kyunghae nie żyje, a ja widzę sposób w jaki go zamordowano; starszy nauczyciel ucieka ciemną uliczką, przewraca za sobą kosze. Za nim biegnie bestia. W oczach napastnika coś błyszczy, płonie.
On.. on się uśmiecha.
Skacze nieludzko zwinnie między budynkami. Nie mogę dostrzec jego twarzy. Kyunghae dalej bienie, traci dech.
Słychać strzał wygłuszony tłumikiem, ofiara upada na ziemię. Przestrzelona noga krwawi, zaznacza trasę za ugodzonym.
Bestia doskakuje do ofiary. Popycha go, dociska do ziemii. Nauczyciel zmuszony jest teraz patrzeć prosto na twarz niedoszłego mordercy.  Maluje się na niej dzikie podniecenie. Z pochwy u boku wyciąga niewielki nożyk.
Słyszę w głowie rozdzierający wrzask ofiary. W jego klatce piersiowej zatapia się powoli zimna stal. Oprawca równie niespiesznie ją zeń wyjmuje. Krew obficie rozlewa się po koszuli nauczyciela. Kolejne ciosy są precyzyjnie wymierzone, szybkie. Martwy Kyunghae leży na betonie. Gęsta czerwień paruje, tworzy gorące ślady w zimnym powietrzu otaczającym trupa i mordercę.
Bestia podnosi się, już bez uśmiechu, chce odejść. Zatrzymuje się. Wraca do miejsca zbrodni. Chwyta przypadkowy, żelazny pręt. Podchodzi do zamordowanego. Znalezionym narzędziem rozgrzebuje ranę w jego nodze. Kula utknęła w kości. Brutalnym pociągnięciem wyrywa ją z martwej tkanki, chowa do kieszeni. Nikt go nie znajdzie.
Nie wiadomo...
...kto zamordował naszego historyka.
Budzę się spocony. Otacza mnie ciemność, sapię. Jest mi niedobrze. Zamiast jednak zwymiotować zaczynam płakać.
Przed oczami staje mi wizja kryształowych łez, znaczących ślady na policzku Junhonga.
Nie potrafię spać spokojnie, kiedy w umyślę widzę ten moment.
Moje serce drze się na kawałki, jak papierowa kartka.
Następnego dnia w szkole nikt jakoś nie żartował rano.
Nie było słychać tylu śmiechów, co zazwyczaj.
Czułem się jakby... nieobecny.
Zadzwonił dzwonek.
Nie zjawił się.
Dziś Zelo pierwszy raz, od kiedy go poznałem spóźnił się na lekcję. Przyszedł z opuchniętymi, podkrążonymi oczami.
Nie spał.
Zajął miejsce obok mnie.
Zapatrzyłem się na niego, starając się bardzo, żeby zwrócił na mnie uwagę. Nic z tego; wypakował się tylko i zanotował temat.
- Zelo... - szepnąłem przy chwili nieuwagi nauczycielki.
Nie odwrócił się.
Przez cały dzień jeszcze kilka razy próbowałem do niego zagadać. Nie odzywał się do nikogo.
Pod koniec zajęć, kiedy już z torbą w ręku otwierałem przeszklone drzwi naszej szkoły...
- Youngjae! - usłyszałem za plecami. Obróciłem się ospale, ujżawszy Zelo otworzyłem szerzej oczy.
- Young... - powtórzył, po czym wpadł w moje ramiona, drżąc lekko. - Przepraszam, że dzisiaj taki byłem. To... to prostu za dużo jak dla mnie... nigdy... nigdy nikt kogo znałem nie umarł.
Zasępił się, po czym skruszony opuścił głowę w dół.
Uśmiechnąłem się i wtuliłem go w siebie czule.
- Nie szkodzi. - odparłem, a on odsunął się i rozmazał po policzku łzy sączące się z jego oczu.
Na ten widok moje serce ugodził przeszywający smutek.
W pierwszym momencie nie zdałem sobie sprawy z tego, że ja również płakałem.
Junnie sięgnął do mojej twarzy, przecierając wierzchem dłoni kropelki, które po niej spływały.
Uśmiechałem się.
Potem powiedział, że musi iść do tego nowego nauczyciela od historii, bo prosił go, by został po lekcjach.
Uśmiechałem się gdy mi machał.
Z uśmiechem wróciłem do domu.
Uśmiechałem się.
Uśmiechałem.
Do końca dnia.
W nocy byłem spokojny.
Te koszmarne wizje z wczoraj już mnie nie nękały.
W myślach widziałem uśmiech Zelo.
Czułem spokój.
Następnego nie pojawił się w szkole.
A ja nie mogłem zacząć żyć. ~

C.D.N.
Sai

No ja nie wiem co robię, zakochuję Youngjae w Zelku, niech będzie, i tak jest frajerem XD

czwartek, 21 listopada 2013

Nowy rozdziałowiec BANGLO. ~

Zapowiedź

Czyli to samo, ale po Saikowemu...enjoy ~

Bieg.
Mordercza ucieczka, brak tchu.
Tętno zapierdala jak szalone.
Krew chce rozsadzić żyły.
Ślina gęstnieje, a przed oczyma pojawiaja się mgła.
Kolejny świst przelatującego obok mojej głowy pocisku.
Śmiech.
Obracam głowę w prawo, biegnący obok mnie przyjaciel śmieje się w głos.
Ja też zaczynam.
Ktoś jeszcze.
W końcu wszyscy się śmiejemy.
I tak nam się uda.
Jak zawsze.
Samotność.
Dobiegamy zmordowani do siatki, uzbrojonej w drut kolczasty.
Za nią jest nasz azyl.
Tam nas już nie dorwą.
Tylko my i nikt inny.
Sami.
Wskakujemy na płot, zupełnie, jakby był dla nas dziecinną igraszką.
Przeskakuję pierwszy, czekam i liczę.
I wreszcie wszyscy bezpieczni.
Ból.
Wyjmowanie kul z ran w ciałach przyjaciół to nie jest przyjemne zajęcie.
Ten rozdzierający wrzask, przy każdym fałszywym ruchu.
To gryzące sumienie.
Ale jakoś trzeba sobie radzić.
Trzeba wytrwać, choćby ból paraliżował zmysły.
A my nie mamy wykształcenia lekarzy.
Nie mamy lepszego znieczulenia, niż wódka, zatruwająca krew i umysł.
My niczego nie mamy.
Głód.
Taki przeogromny głód, już od tygodnia.
Ale wystarczy woda.
Nauka nie-jedzenia, nie idzie w las.
Przeżyjemy.
Damy sobie radę, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.
Ciągła ucieczka, konieczność izolacji.
Rabunki, walka i cierpienie.
Czy to dla mnie coś specjalnego?
Niee... haha! ~

C.D.N.
Sai

Hwaiting! -3-

wtorek, 19 listopada 2013

"Jesteś moim życiem... wiesz?" pt.4

Rośćau 4

Czyli Animal, to nie kto inny jak... no właśnie. Czytajcie. ~
Zespoły: M.B.L.A.Q; 2am
Paringi: JoMir (w zarodku)
Typ: Fluff
Narracja: Trzecioosobowa


Blondyn domyślał się kim może być ta cała gwiazda. Znaczy domyślał, to jednak za dużo powiedziane. Miał kilka typów co do tejże osoby, a jednak nic o nim nie wiedząc trudno było go dookreślić. Jedyne czego był pewien, to że był to mężczyzna.


Były raper nie zarabiał w klubie wielkich sum, jednak pieniądze jakie otrzymał po  dezaktywacji zespołu w zupełności mu wystarczały.
W końcu po raz pierwszy dostał od swego pracodawcy calutką nocną zmianę. Od 22 do 5 nad ranem. Pracy było dużo, ale to oczywiście dawało mu możliwość zobaczenia Animal'a na własne oczy. Ciekawość zżerała go od samego rana. Kim on się w końcu okaże?
Dzień dłużył się Mirowi w nieskończoność, od czekania na rozpoczęcie zmiany rozbolała go głowa.
Towarzyszyć miał mu, także pewien początkujący; znali się z widzenia, wiedział o nim tylko tyle, że ma na imię Taochin (postać wyimaginowana). Słyszał, że bliżsi znajomi wołali na niego zdrobniale Chin. O dziwo nikt nie pokusił się by nazwać go Tao, wszyscy uparcie powtarzali; Chin, Chin, Chin to, Chin tamto, Chin chodź tu, Chin pomóż... bywało to denerwujące. Zwłaszcza, że wzbudzał powszechną sympatię i na prawdę zdecydowana większość dobrze go znała, pomimo, że był nowy. On także nie widział nigdy Animal'a w klubie.
Bo ponoć każdy przynajmniej raz widział go w telewizji, niewielu jednak wiedziało o jego... "pracy dodatkowej".

Mir wkroczył do swego miejsca pracy wręcz podekscytowany. Za ladą Chin bawił się już szklankami i kieliszkami, od tak je przewracając, podrzucając, i przelewając w wymyślne sposoby naparstek alkoholu. Trzeba było mu oddać, że miał do tego talent.
- Hej. - rzucił raper na powitanie, nie zwracając na towarzysza większej uwagi i zaczynając myć swoją część naczyń.
- Cześć Mir! - odparł rozentuzjazmowany chłopiec odkładając szklanki i wyciągając do rozmówcy dłoń z bardzo oficjalnym wyrazem twarzy, ucieszony jakby witał się z premierem.
Mir... owszem, uścisnął dłoń znajomemu, ale z tak niezrozumiałym wyrazem twarzy, że Chinowi mina zrzedła w momencie. Raper nie czuł winy.
Tego dnia, myślał tylko i wyłącznie o występie Animal'a. O tym, kim on jest.

Około 22:30 tłumnie zaczęli się schodzić studenci, pojawiały się pary i grupki zdesperowanych panów po 40-stce. Po północy cały klub był zapchany.


Po czole Mira spływały kropelki potu, masowo przyrządzał drinki i bronił się, przed wulgarnymi odzywkami co niektórych, mocniej wstawionych klientów. Animal'a, jak nie było wcześniej, tak nie było teraz.
- Strasznie się niecierpliwisz... - usłyszał raper w pewnym momencie tuż przy swoim uchu. Wzdrygnął się i spojrzał w bok. - Będzie dopiero o pierwszej, z tego co mi wiadomo.
- Ale, że... że Animal? - mruknął Mir, wlepiając w China zaciekawiony wzrok.
- No tak, dowiedziałem się od kumpli, że zawsze występuje o pierwszej i trzeciej.
- Tylko dwa razy?! - oburzył się były maknae M.B.L.A.Q.'u, o mało nie upuszczając mytego kieliszka.
- No tak, tylko dwa razy.
- I tyle hajsu zgarnia??
- Musu być zajebisty, nie sądzisz? - Chin uśmiechnął się porozumiewawczo, po czym zachowawszy taki wyraz twarzy skupił się na myciu szklanek.
Mir powrócił do przygotowywania napojów alkoholowych. Po pewnym czasie zaczęło wkurzać go wysłuchiwanie zamówień, z których jedyne co wydedukować był w stanie, to kolor drinka.
Przez to zapamiętanie w irytacji, nawet nie spostrzegł kiedy wybiła pierwsza; światła zgasły a z okolic sceny popłynął równy, niski bit.
Wkrótce dołączyła do niego melodia z syntezatora, niezbyt ambitna, ale chwytliwa.
Reflektor padł na sam początek sceny.
Tam, na ćwiekowanym fotelu z napisem głoszącym jego ksywkę branżową, siedział gwóźdź wieczoru, Animal we własnej osobie.
Odwrócił się w momencie rozpoczęcia się partii wokalnej.
No tak, cóż by innego, niż płytkie teksty o seksie, mające na celu dotrzeć do największych desperatów w klubie.
"[...] On the floor".
Nie trudno było domyślić się, co miało odbywać się, cytując "on the floor".

Twarz jak na razie Animal miał zasłoniętą. Ale Mir pamiętał skądś ten głos.
Moment moment...


Nagle rozległ się głośniejszy dźwięk, pokroju szumu, a wykonawca śpiewając głośno "I'm an animal!" odrzucił maskę na bok.
Mi doznał istnego szoku.


Jo Kwon?! Na serio kurwa?!

Oczywiście, że go kojarzył, z widzenia, bo nie poznali się nigdy, ale wiedział kim jest, nawet za dobrze.
Za dobrze, by teraz oglądać jego wstęp w klubie nocnym, na wybiegu dla dziwek!
Z minuty na minutę tekst piosenki przybierał na agresywności, jednak... to najmniej obchodziło widzów. Ruchy Kwona, sposób w jaki chociażby chodził, w tych na ćwiekowanych butach na 20 cm obcasach, jak świetnie leżały na nim srebrzyste leginsy... to było dużo bardziej interesujące.
Mir mógł się na obserwacji skupiać do woli, bo wraz z rozpoczęciem występu Kwona, ilość zamówień zmalała do blisko zera. Wszyscy byli zbyt pochłonięci pokazem.
Chin przez chwilę z cwanym uśmiechem spoglądał na rapera, wręcz hipnotycznie wpatrzonego w gwiazdę wieczoru.
- I jak? Podoba Ci się, nie? - mruknął w końcu, niebezpiecznie zmniejszając odległość między swymi ustami, a uchem Mira
- Noo.... jest boski. - zdołał tylko wydukać raper, potem rzucając wzrok na zacieszonego rozmówcę. - A w ogóle co to za pytanie, jakim cudem mogłoby być inaczej? Tobie się nie podoba?
- Heh... nie wiem, ja nie jestem gejem. - wzbronił się Tao z kpiącym wyrazem twarzy, spojrzał w kierunku sceny, pokiwał pobłażliwie głową i przyjął grzecznie, jedno z niewielu ogarniętych zamówień.
- A wyglądasz jak męska dziwka... - mruknął Mir pod nosem, na powrót zapatrując się w tancerza.
Ten wykonał jeszcze dwa kawałki, w których już nie śpiewał, po czym opuścił scenę, ku niezadowoleniu jego największych adoratorów; 50-letnich panów przy kości, siedzących w pierwszych rzędach, z cygarem w zębach i kilkoma zgrabnymi dziewczętami u boku.
Po drugim występie nie zszedł tak jak wcześniej, pod scenę, ale przeszedł przez tłum "fanów" do osobnego pokoju, chowając się za drzwiami z karteczką "nie wchodzić".
- Podobno po występach daje, ale tylko tym najbardziej nadzianym. - zaczął Chin, zwracając się do Mira gdy lokal był już pusty, a oni zmęczeni jak nigdy ścierali podłogę.
- A co ma to mnie obchodzić? - Mir kąśliwie spojrzał na rozmówcę.
- Może masz jakieś aspiracje... tylko tak mówię. - Chin wzruszył ramionami i powrócił do szurania mopem po posadzce.
- To nie mów, bo pierdolisz. - zaśmiał się Mir, jakoś dziwnie wesoły, po tymże stwierdzeniu kolegi.

"Ja bym miał mieć do Kwona jakieś aspiracje?" myślał i sam do siebie się uśmiechał.
Nie patrzył na niego pod tym kątem. Przyjemnie się oglądało, ok, ale... czy coś więcej?
Pewnie gdyby nadarzyła się okazja, to by się nie sprzeciwiał.
Tak bez uczuć... na zimno.

Dawno tego nie doświadczał.
Joon zawsze był czuły i....
...Nie.

Nie myśl o nim. Jego już nie ma.
Uf.
No tak. Nie ma.

Jest git.

Po kilku nocach spędzonych w klubie, Kwon rozpoznał Mira; ba, wręcz uważał go za autorytet.
- Ten Mir, z dawnego M.B.L.A.Q... nie do pomyślenia, że tutaj nas obu zagnało. - powiedział kiedyś przy jednej z luźnych rozmów między występami Kwona.
Fakt, że co do powierzchownej słodkości, znajomi mieli rację - nawet w tak wyzywających ciuchach, jakie miał na sobie, potrafił rozmawiać w wręcz niewinnie uroczy sposób.
- Do czystej zajebistości tego występu brakuje mi rapera... - wyznał mu kiedyś, przy innej okazji, wyraźnie niepocieszony tym, że J-hope z BTS nie chce razem z nim występować w tanim klubie nocnym, wydawało się, że jest to dla niego zupełnie niezrozumiałe.
Stopniowo Mir i Kwon zacieśniali swoją znajomość, czasem jeden zapraszał drugiego na kawę, lub drinka, poza tym prawie co noc przegadywali przynajmniej kilka godzin.
Kwon stał się Cheol Yonga dobrym przyjacielem, kimś takim jak koło ratunkowe, rzucone na ich jezioro smutku - wystarczyło go znaleźć.
Jednak nie spodziewał się, że to jego "koło" podryfuje do jakiegoś nocnego klubiku na przedmieściach.
Nie wiedział też, że stanie się nim Jo Kwon.

Z czasem Mir zaczął dostrzegać w Kwonie rzeczy, na które ludzie zwykle zupełnie nie zwracają uwagi. Mianowicie uznał, że jego odstające uszy wcale nie są śmieszne, a urocze.
Albo, że gdy się uśmiecha, ma minimalne dołeczki, których trzeba się dopatrzeć.
Albo, że jego palce, są chyba najbardziej kobiecą jego częścią.

Kwon... polubił Mira. Nawet bardzo. Przez wspólną pracę i to spotykanie się, stali się sobie na prawdę bliscy. No i trzeba było przyznać, że były raper M.B.L.A.Q.'u nieźle mu imponował. Mimo tego, że miał wątpliwości do jego charakteru. Wyobrażał sobie, że będzie bardziej gwiazdrorzył, że będzie cyniczny czy arogancki...  a jednak na prawdę pozytywnie się zaskoczył. Nie podejrzewał, że będzie on tak miły, wdzięczny... romantyczny wręcz momentami.
No dobra, prawda była taka, że zaczął mu się podobać.
Tylko... wiedział, że nawet jeśli nie miałby przeciw niemu zastrzeżeń, pozostaje problem Kwona... "pracy". Jakkolwiek by jej nie nazwał, wszystko sprowadzało się do tego, że był po prostu zimną dziwką. Dawał za grube pieniądze, jakimś starym zbokom i biznesmenom, którzy na wyjeździe z pracy, poczuli się bez żony i dwójki dzieci troszeczkę zbyt wolni.

Czy czuł do siebie wstręt?
Nie.
Czemu miałby?
Czy on jeden to robi?
Zarabia i tyle.
Jedyne co go bolało, to ten chłód.
Nikt nie był wobec niego czuły. /

Tak... prawdziwie.

A Kwon jedyne czego chciał, to tak bardzo poczuć czyjąś bliskość. Fakt, że przez rozpolnawalność wielu ludzi chciało się z nim umawiać i te sprawy, ale rudzielec potrafił zgadnąć, o co im wszystkim chodzi - pieniądze lub sam seks. Nic więcej. Zero budowania czegokolwiek razem, zero uczuć, tylko jedno. Do obrzydzenia. A Kwon chciał, by ktoś go tylko pocałował, lub choć przytulił. Zupełnie normalnie i bez ceregieli. I z serca. Hm.. z serca. Ciekawe, czy on sam dawno go już nie stracił.

To dlatego Mir tak bardzo go zafascynował. Widać, że nie leciał do niego z wywieszonym językiem, w jego oczach nie było tego pożądania, jakie Jo Kwon wyłapywał u każdego, z kim zaczynał rozmawiać. Mir był normalny. Zachowywał się dla Kwona tak... ludzko, że aż ujmująco. I to było genialne.
A poza tym nazywał go KWON.
Kwon, a NIE ANIMAL.
To było kolejną rzeczą, która chwyciła go za serce, u Mira.

Ten z kolei nie uważał, że tancerz jest jakoś wyjątkowo dla niego. Przyjaźnili się, nawet bardzo, ale nie patrzył na Kwona pod kątem jakiegokolwiek wiązania się. Podczas występów ciekła mu ślinka, musiał przyznać, a jednak... chłopak był za bardzo inny, gdy opuszczał scenę. Mira nieco przerażały te jego maski. Był wspaniałym aktorem, więc przypuszczalnie każde uczucie także mógłby zagrać.
A z resztą... od czasu rozstania z Joonem nie miał ochoty na zabawy w związki. Wiedział, że Lee był jedyną osobą, którą pokochał na serio i tak mocno, że nic nie było w stanie zniszczyć jego uczucia. Więc żaden inny związek nie byłby prawdziwy, przecież Mir dalej kochałby Joona. Widział czego potrzebował Kwon - prawdziwych uczuć. Postanowił więc tylko takie mu dawać. Zero fałszu - czuje, że to nic poza przyjaźnią, więc tak będzie. Bardzo nie chciał go ranić, czy oszukiwać. Ten chłopiec był już wystarczająco wykorzystywany.
Pieniądze jedna nie były w stanie wynagrodzić mu emocji.
W końcu nie za wszystko da się zapłacić.

Czyż nie?

C.D.N.
Sai

감사합니다 (gamsahabnida), ありがとう (arigatō), 謝謝 (xièxiè), merci, danke shön, thanks, děkuji, grazie, спасибо (spasibo), köszönöm i dobranoc bitches, nie mam weny na komentarz ~


























I ciężki dojeb:


XD
Tag bardzo mega długi spam tym razem,
pewnie i tak nikt tego nie ogląda ._.